Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (107) / 2008

Przemysław Pieniążek,

Z PAMIĘTNIKA ARCHEOLOGA

A A A
Dawno, dawno temu… W odległej Ameryce...

To był zwyczajny wakacyjny wyjazd dwóch niezwykłych przyjaciół. George Lucas regenerował nadwerężone nerwy po ciężkiej pracy na planie „Imperium kontratakuje” (1980), natomiast Steven Spielberg nie mógł pogodzić się z utratą wymarzonego projektu, czyli kolejnej odsłony przygód agenta 007. Wtedy Lucas przedstawił – w niezobowiązującej formie – projekt stworzenia postaci łączącej w sobie najlepsze cechy agenta Jej Królewskiej Mości oraz etos poszukiwacza przygód, utrwalony przez produkcje z czasów „starego” Hollywood. Nieustraszony łowca skarbów (zwany także Jamesem Bondem w stylu retro) miał przeżywać najwspanialsze przygody, uwodzić piękne kobiety oraz rozprawiać się z zastępami czarnych charakterów. Do wizji awanturniczego archeologa Spielberg chciał dołączyć rys problemu alkoholowego, aby dodać postaci cech bardziej ludzkich. Na szczęście twórcy zrezygnowali z pomysłu, zanim jeszcze rozpoczęły się zaawansowane prace nad scenariuszem.

Równolegle ruszyły poszukiwania aktora, który wcieliłby się w postać Indiany Smitha (bo tak początkowo miał się nazywać amator eksploracji ziemnych). Spielbergowi zależało na popularnym wówczas Tomie Sellecku, lecz aktor musiał odmówić ze względu na ciągle obowiązujący kontrakt, jaki podpisał z producentami serialu „Magnum”. Wtedy Lucas zadzwonił po swojego dobrego znajomego, z którym pracował wcześniej na planie „Amerykańskiego graffiti” (1973) oraz 4 i 5 części „Gwiezdnych wojen”. Kiedy Spielberg ujrzał Harrisona Forda, nie miał wątpliwości, że jego kandydatura będzie strzałem w dziesiątkę. Pierwszy klaps na planie, pierwszy trzask bicza, powiew „nowej przygody” – tak narodził się (prawie) nieustraszony, szarmancki oraz niestrudzony poszukiwacz historycznych i legendarnych artefaktów, który niepostrzeżenie zajął poczesne miejsce na Olimpie współczesnej pop-mitologii.

Jak na film, którego podstawowym założeniem było poprawienie humoru jego twórców, „Poszukiwacze zaginionej Arki” odnieśli niebywały sukces (pięć statuetek Oscara plus bajeczne wpływy ze sprzedaży biletów na całym świecie), sprawiając, że sale kinowe na nowo zapełniły się widzami, spragnionymi jedynych w swoim rodzaju wrażeń. Oczywiście, każdy sukces ma wielu ojców. Popularność filmu wynikała także ze sprawnie skonstruowanego scenariusza, którego ostateczną formę opracował Lawrence Kasdan – początkujący wówczas reżyser („Żar ciała”, 1981) oraz zdolny scenarzysta („Imperium kontratakuje”; „Powrót Jedi”, 1983). W „Poszukiwaczach…” Indiana (imię odziedziczone po czworonożnym pupilu Lucasa) razem z córką swojego mentora, Marion Ravenwood (Karen Allen), wyrusza na pełną niebezpieczeństw wyprawę, w której po wielokroć przyjdzie mu zmagać się z odwiecznym rywalem, Belloqiem (Paul Freeman). Nikczemny Rene Belloq, francuski łowca skarbów, wspomagany przez watahę nazistów, jest coraz bliższy odnalezienia biblijnej Arki Przymierza, która w niewłaściwych rękach może stać się bronią o niewyobrażalnej sile. Wszak według Starego Testamentu, armia znajdująca się pod boską opieką Arki jest niezwyciężona…

„Poszukiwacze zaginionej Arki” to fantastyczny ukłon w stronę „starego” Hollywood oraz komiksowej tradycji, utrzymany w sensacyjno-awanturniczym stylu, okraszonym szczyptą humoru oraz – spreparowanej na potrzeby celuloidowej rozrywki – historii. W filmie nie zabrakło także kinofilskich smaczków oraz zabawy z oczekiwaniami widzów. Kiedy Indiana dociera do Studni Dusz, na ścianie można dostrzec miniatury przedstawiające… R2D2 oraz C3PO, czyli przesympatyczne roboty z Lucasowskiej sagi. Natomiast subtelnym żartem z oczekiwań widza jest scena pojedynku Jonesa z uzbrojonym olbrzymem. Zamiast barwnej sceny walki pojawia się tu tylko jeden strzał z rewolweru oddany przez znudzonego Jonesa, co jest czytelnym odwołaniem do wieloletniej tradycji westernu. Jak po latach stwierdził Spielberg, zwięzłość tej sceny wynikła głównie z nalegań samego Forda, cierpiącego tego dnia na wyjątkowo uciążliwą biegunkę…

Sukces produkcji to także dynamiczne zdjęcia Douglasa Slocombe’a, weterana sztuki operatorskiej (karierę zaczynał już w latach czterdziestych). Slocombe współpracował wcześniej ze Spielbergiem na planie „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” (1977), natomiast wcześniej był autorem zdjęć między innymi do „Nieustraszonych pogromców wampirów” Romana Polańskiego (1967) oraz „Jesus Christ Superstar” Normana Jewisona (1973). „Poszukiwacze…” to również popis „nadwornego” kompozytora Spielberga, Johna Williamsa, który skomponował jeden z najbardziej popularnych i najłatwiej rozpoznawalnych motywów muzycznych w historii kina. To wreszcie świetne aktorstwo – zarówno Harrisona Forda (który w kolektywnej świadomości widzów na zawsze pozostanie Indianą Jonesem), jak również uroczo zadziornej Karen Allen. Ukłon należy się także Paulowi Freemanowi (który, co ciekawe, wystąpił później w pełnometrażowym epizodzie serialu o przygodach młodego Indiany – „Pancerny pociąg widmo” – w roli Fredericka Selousa) oraz świetnym aktorom drugoplanowym – Denholmowi Elliottowi, wcielającemu się w postać Marcusa Brody’ego oraz Johnowi Rhys-Davisowi, którego kreacja Sallaha, wiernego i oddanego przyjaciela oraz przewodnika, na długo pozostaje w pamięci. W „Poszukiwaczach…” na ekranie zadebiutował także Alfred Molina jako zdradziecki Sapito, którego śmierć ucieszyła z pewnością niejednego widza...

W roku orwellowskim ekrany kin szturmem podbijała kolejna część przygód dzielnego archeologa (będąca de facto prequelem), zatytułowana „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Tym razem znajdujemy Indy’ego w szanghajskim nocnym klubie (nomen omen „Obi-Wan Club”, co jest kolejnym nawiązaniem do szlachetnej tradycji rycerzy Jedi), gdzie dobija targu z szefem triady, Lao Che (Roy Chiao). Transakcja jest jednak trefna, gdyż w zamian za bezcenny klejnot Indiana dostaje śmiertelną dawkę trucizny. Od tragicznego finału ratują go wierny druh Short-Round (Jonathan Ke Quan) oraz piosenkarka Willie (Kate Capshaw). Ich spektakularna ucieczka zwieńczona zostaje połowicznym sukcesem. Gdy trio wsiada do samolotu – pilotowanego przez ludzi Lao – żadne z bohaterów nie wiem, że ich podróż zakończy się nie mniej widowiskowym awaryjnym lądowaniem, przeczącym zdroworozsądkowemu oglądowi rzeczywistości oraz prawom fizyki. Indiana wraz ze swymi druhami dociera do indyjskiej wioski, z której porwano wszystkie dzieci. Starszy osady obiecuje wskazać przypadkowym gościom drogę do Delhi, jednak w zamian za odzyskanie przez nich skradzionego klejnotu, który wszedł w posiadanie sekty Thugów – wyznawców krwawej bogini Kali – na czele których stoi złowieszczy Mola Ram (Amrish Puri)…

Drugą część przygód Indiany cechuje większa porcja humoru słownego oraz sytuacyjnych gagów. Harrison Ford miał o wiele więcej możliwości eksperymentowania z rolą, tworząc komiczno-wzruszającą relację ze swoim synem-wspólnikiem, Short-Roundem (imię odziedziczone po psie scenarzysty filmu, Willarda Huycka) oraz melodramatyczny związek z Willie (w ramach niespodzianki – to imię ukochanego pupila Spielberga). Niezłe aktorstwo prezentuje także Ford w scenie „przechodzenia na ciemną stronę mocy”, kiedy Indiana wypija pod przymusem zawartość bluźnierczego kielicha. A skoro już nawiązałem do „Gwiezdnych wojen”, dodam, że w scenie pamiętnej wieczerzy u maharadży Indy ma na sobie taką sama koszulę, jaką nosił… Han Solo.

Na kolejną część przygód awanturniczego archeologa widzowie musieli czekać pięć lat. Jednak z pewnością nie był to czas zmarnowany, gdyż „Indiana Jones i ostatnia krucjata” (1989) to jedna z najlepszych części cyklu. Już pierwsze sceny filmu zapowiadają się ciekawie, gdyż poznajemy krótki epizod z młodości Indy’ego (w tej roli nieodżałowany River Phoenix, rekomendowany przez Forda po ich dobrej współpracy na planie „Zatoki Moskitów” Petera Weira, 1986). Gdy łowcy skarbów rzucają się w pościg za dzielnym skautem, finał pogoni przynosi scenę, w której przywódca bandy – aparycją i strojem podobny do „dorosłego” Indiany – nakłada na głowę chłopca swój kapelusz w geście przekory oraz źle maskowanej zachęty. Kiedy młody Indy podnosi wzrok, widzimy już pokiereszowaną twarz dojrzałego Jonesa. Trudno o lepiej skonstruowaną czasową elipsę oraz symboliczne podkreślenie docierania do własnej tożsamości, zapisanej na ścieżkach przeznaczenia już od samego początku. Wyjątkowość tej części jest również zasługą jednego z najlepszych duetów ojcowsko-synowskich, stworzonego przez Forda oraz Seana Connery’ego, wcielającego się w rolę apodyktycznego seniora rodu Jonesów (choć początkowo do tej roli przewidziany był Gregory Peck). Tym razem przeciwnikami archeologicznego duetu są Walter Donovan (Julian Glover), multimilioner owładnięty pragnieniem życia wiecznego oraz ponętna i niebezpieczna dr Elsa Schneider (Alison Doody), której powabowi nie jest w stanie oprzeć się żaden z Jonesów. Zanim jednak staniemy się świadkami malowniczych pokoleniowych utarczek, Indiana musi odnaleźć porwanego przez nazistów ojca, którego dziennik ma doprowadzić ich do kolejnego legendarnego artefaktu – św. Graala.

Trzecia część przygód niezwykłego profesora archeologii jest hołdem złożonym Hitchcockowi, klasycznym westernom oraz rycerskim eposom (doskonała scena motocyklowego pojedynku na kopie). Nie zabrakło także dobrze znanego „mrugnięcia okiem” – w trakcie rozmowy Indy’ego z Donovanem do pokoju wchodzi żona milionera, a wraz z nią do pomieszczenia przenika atmosfera uroczystego przyjęcia, rozgrywającego się w salonie obok. Uważny słuchacz wyłapie melodię wygrywaną przez pianistę, którą jest… „Marsz Imperium”.

Przygody Indiany Jonesa znalazły swoją kontynuację w rozlicznych grach, komiksach oraz powieściach, ale także w telewizyjnym serialu zatytułowanym „Kroniki młodego Indiany Jonesa” (1993-94). W każdym odcinku 92-letni Indy (George Hall) powraca do czasów swojej awanturniczej młodości. W rolę dziesięcioletniego Indiany wcielił się Corey Carrier, natomiast jego szesnastoletnim odpowiednikiem był Sean Patrick Flannery. W ramach ciekawostki dodam, że gościnnie wystąpił w serialu także sam Harrison Ford, odtwarzający postać pięćdziesięcioletniego Indiany. Za realizację serii, cieszącej się całkiem sporym powodzeniem, odpowiadali między innymi: Peter McDonald, Nicolas Roeg, Billie August oraz Terry Jones. Z kolei autorstwo scenariuszy przypadło Frankowi Darabontowi oraz aktorce Carrie Fisher, lepiej znanej całemu światu jako… księżniczka Leia.

„Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” to najnowsza propozycja duetu Lucas/Spielberg (choć pod uwagę były brane takie tytuły jak: „Indiana Jones i Miasto Bogów”; „Indiana Jones i Niszczyciel Światów” czy „Indiana Jones i Czwarty Kraniec Ziemi”). Akcja filmu rozgrywa się w czasie zimnej wojny, w 1957 roku, dokładnie 19 lat po „Ostatniej Krucjacie”. Okoliczności zewnętrzne znów wrzucają profesora archeologii w wir nieprawdopodobnych przygód. Indy decyduje się pomóc młodemu buntownikowi, Muttowi (Shia LaBeouf) odnaleźć zaginionego naukowca, Oxa (John Hurt), który dzięki Kryształowej Czaszce odkrył drogę do legendarnego El Dorado. Jednak kryształowym artefaktem zainteresowani są także Rosjanie pod wodzą zimnej niczym ostrze szpady Iriny Spalko (Cate Blanchett). Legenda głosi, że kryształowe czaszki zostały wykonane przez kosmitów lub wysoko rozwiniętą cywilizację Majów. A wysoka aktywność parapsychiczna tajemniczego czerepu jest doskonałą okazją dla Rosjan na stworzenie nowej, mentalnej broni. Indiana oczywiście nie może na to pozwolić…

Czwarta odsłona przygód Jonesa – do dnia premiery owiana całunem tajemnicy – od dawna stanowiła przedmiot ożywionych dyskusji. Problemem miał być wiek Forda (65 lat) oraz wynikające z tego tytułu obawy o jego zdrowie i sprawność. Ale Harrison, podobnie jak Indiana, jest człowiekiem o żelaznej wprost kondycji, czego najlepszym dowodem są wykonywane przez niego karkołomne (nawet jak na epokę buzujących efektów specjalnych) sceny kaskaderskie. Jego bicz i pięść nadal sieją niemałe spustoszenie, więc widz może spokojnie liczyć na (nieziemską) porcję przygód. Widać, że Ford nabrał do swojej roli (oraz własnego wieku) pewnego dystansu, jednak nie ma mowy o autoparodii. Po raz kolejny stworzył udany duet z Karen Allen (ciekawe, co na to życiowa partnerka Forda, Calista Flockhart, która również miała w produkcji wystąpić); dobrze sekunduje im LaBeouf, będący swoistą krzyżówką młodego Marlona Brando i Jamesa Deana. Słowa uznania niewątpliwie należą się również Cate Blanchett, której kreacja wymagała intensywnego treningu fizycznego. Natomiast swoją widowiskowość – momentami ocierającą się o efekciarstwo – obraz zawdzięcza zdjęciom Janusza Kamińskiego. Jedyna nutka żalu może wynikać z ekranowej nieobecności Seana Connery’ego (złośliwi twierdzą, że wolał grać w golfa) oraz Denhollma Elliotta (aktor zmarł w 1992 roku).

Czy film ma szansę stać się klasykiem pokroju poprzednich części przygód awanturniczego archeologa? Raczej nie. Wyjątkowość serii o Indianie Jonesie była wynikiem korelatu historii, społecznych przemian oraz zmiany sytuacji widza kinowego. Dziś, kiedy ekrany szturmują kolejne sequele „Mumii” czy „Skarbu narodów” (de facto zrodzonych w „żałobie” spowodowanej wieloletnią nieobecnością Jonesa), „Królestwo Kryształowej Czaszki” nie jest żadnym novum. Jednak – co należy podkreślić – nie odstaje od swoich poprzedników i zdecydowanie nie przynosi rozczarowania (z którym podświadomie pewnie wielu z nas się liczyło). To emocjonujące zwieńczenie niezapomnianych przygód bohatera, na których wychowały się rzesze wielbicieli kina (i nie tylko ich). I z pewnością będą się wychowywać kolejne.
„Poszukiwacze zaginionej Arki” („Raiders of the Lost Arc”). Reż. Steven Spielberg. Scen. George Lucas, Philip Kaufman. Obsada: Harrison Ford, Karen Allen. Gatunek: przygodowy. USA 1981, 115 min. „Indiana Jones i Świątynia Zagłady” („Indiana Jones and the Temple of Doom”). Reż. Steven Spielberg. Scen. George Lucas, Willard Huyck. Obsada: Harrison Ford, Kate Capshaw. Gatunek: przygodowy. USA 1984, 118 min. „Indiana Jones i ostatnia krucjata” („Indiana Jones and the Last Crusade”). Reż. Steven Spielberg. Scen. George Lucas, Menno Meyies. Obsada: Harrison Ford, Sean Connery. Gatunek: przygodowy. USA 1989, 127 min. „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” („Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull”). Reż. Steven Spielberg. Scen. George Lucas, David Koepp. Obsada: Harrison Ford, Karen Allen. Gatunek: przygodowy. USA 2008, 124 min.