Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (107) / 2008

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

POŻEGNANIE Z AFRYKAŃSKĄ MATKĄ

A A A
Powyższy tytuł jest nieco mylący, gdyż główna postać kobieca „Kochanków mojej matki” Christophera Hope’a nie ma w sobie krwi rodowitych mieszkańców Afryki, a wręcz przeciwnie – kolor skóry nigdy nie był dla niej ważny. Bohater-narrator przez całe życie zmaga się z oceną matki, która – rzec można klasycznie, po freudowsku – wpływa na jego relacje z innymi kobietami. Matka już od pierwszych stron jest główną bohaterką powieści, zwłaszcza że narrator – Alexander, skrupulatnie buduje jej legendę, odtwarzając barwne epizody z jej życia. Kathleen Healey boksowała się z Ernestem Hemingwayem, polowała z Karen Blixen, gościła u Alberta Schweitzera, uczestniczyła z realizacji „Mogambo” z Clarkiem Gable i Grace Kelly. Słowem Healey znała niemal wszystkich, którzy Europejczykom mogli kojarzyć się z Afryką w wersji złagodzonej i skrojonej według schematu „dobry, biały człowiek góruje mądrością i ujarzmia naturę”. Sama Kathleen również stała się postacią otoczoną nimbem superwoman, kobietą, która wywoziła potajemnie z kraju niewygodnych, a przez to będących w niebezpieczeństwie ludzi, była wolontariuszką w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci, nie dostrzegała ras czy narodowości, przyjaźniła się z królową deszczu i właścicielami ziemskimi.

Podzielona na części powieść obejmuje przeszło pół wieku, od lat czterdziestych do pierwszych lat nowego tysiąclecia. Każda z części tej uporządkowanej chronologicznie opowieści została poprzedzona mottem stanowiącym komentarz do treści, zaś cały tekst otwiera cytat z Hemingwaya, co można wytłumaczyć także na płaszczyźnie fabuły, gdyż początkowe rozdziały przywodzą na myśl męskie przygody. Pierwsza część („Świt”) opisuje postać matki, dorastanie syna i wzajemne bariery wyrastające między nimi, kończy się wyjazdem dorosłego już Alexandra, dręczącego się, że nie może sprostać postawionym wymaganiom. Próby dopasowania się do matki porzucił wiele lat wcześniej, gdy zrozumiał, że „sensem jej życia było nie zatrzymywać się, lecz wstawać i iść dalej”. Uznawał to za wadę, pielęgnując w sobie obraz samotnego dziecka, czytelnik jednak podziwia żelazną wolę kobiety, która z równą łatwością, co broń, dobierała sobie przyjaciół i kochanków, odrzucając ich, gdy była już w innym momencie życia. Odzywa się zatem w bohaterze zazdrosny kilkulatek, który nie zna swojego ojca, za co obwinia matkę. Tytułowi kochankowie, których liczba wydaje się zresztą być przesadzona, jako że patrzymy na Kathleen z punktu widzenia syna, nawet po rozstaniu szanowali ją i w razie potrzeby pomagali. Fragment „Kryzys kubański” stanowi relację z ostatniego, nietypowego i melancholijnego romansu bohaterki z kubańskim lekarzem. Po raz ostatni Kathleen zapragnęła podarować komuś szansę i udało jej się to, choć czas jej eskapad i lądowań w najbardziej niedostępnych miejscach skończył się nieodwołalnie.

Czytając kolejne strony, uświadamiamy sobie, że choć syn stworzył obraz kobiety, który nie był do końca prawdziwy, łatwo w niego wierzyć, gdyż odpowiada potrzebie silnego bohatera. Cała powieść jest wielką rozmową z matką, próbą zrozumienia jej wyborów, drogą od buntu i wyparcia („prawda wyglądała tak, że nie miałem zielonego pojęcia, kim była moja matka. Udawała, że jest moją matką, a ja udawałem, że jestem jej synem. W końcu oboje w to prawie uwierzyliśmy”) do znalezienia odpowiedzi na dręczące pytania. Zrozumienie przychodzi późno i wymaga ofiary, konkretnie śmierci Kathleen. Katharisis, które musi się dokonać, przychodzi stopniowo i nie oznacza gwałtownej reakcji.

Cóż poza odwiecznym konfliktem pokoleniowym przeżywa narrator? Alexander wiele uwagi poświęca historii i współczesności Afryki Południowej. Wychował się w Johannesburgu, mieście ogromnych różnic społecznych i paradoksów – ci, którzy posiadają, nieustannie muszą żyć w gotowości obrony życia i mienia, stając się zakładnikami strzeżonych osiedli. Daleko odeszliśmy od polowań na sawannie i codziennego, acz barwnego życia Karen Blixen. Jeśli na początku lektury tkwi w nas mit „Pożegnania z Afryką”, to nieubłaganie przychodzi się z nim pożegnać. Narrator prezentuje trzeźwy i ironiczny stosunek do kontynentu, który przez wiele dziesięcioleci znajdował się pod panowaniem Europejczyków, targany konfliktami i wojnami. Wyobrażenia przedstawicieli kolejnych narodów o ich dominacji nad „prymitywnymi” plemionami czy naturą okazały się iluzją, mamiąca coraz to nowe pokolenia i popychającą do rozlewu krwi. Christopher Hope buduje obraz postkolonialnej Afryki, podając genezę status quo. Dyskurs postkolonialny w powieści nie sprowadza się jednak jedynie do rewizji stereotypów, zauważmy przede wszystkim odwrócenie ról kulturowych w dwóch głównych związkach. Najpierw Kathleen przejmuje funkcje obojga rodziców, a Alexander podejrzewa, że jego ojciec był postacią przypadkową w życiu matki lub wręcz żałosnym „białym” szamanem. Żaden z przyjaciół matki nie zastąpił mu ojca, gdyż ona na to nie pozwoliła, porzucając ich wcześniej. Po dwóch nieudanych małżeństwach z matką w tle (w taki sposób odczuwały to żony Alexandra) w związku z Cindy przyjmuje on pozycję bierną, co więcej, akceptuje przemianę kochanki. Hope dokonuje dekonstrukcji ról płciowych, obdarzając swojego bohatera większą porcją melancholizmu. Wszak po kolejnej tragedii Cindy znajduje w sobie siłę, Alexander zaś pozwala unosić się z nurtem. W tle widzimy katastrofę systemu kolonialnego, nieporadne państwo toczone AIDS, którego nie można nazwać po imieniu. To kolejna zmiana, której natura Kathleen nie zdołałaby zaakceptować. Inną z konsekwencji długoletniej polityki jest zatrważający wzrost przestępczości. Życiem rządzą reguły, od których przestrzegania może zależeć życie, a które głoszą, że podjeżdżając pod dom, wyłącz radio, żeby usłyszeć ewentualnych napastników i nigdy nie zatrzymuj się na wezwanie patrolu policji. Johannesburg to dżungla (co nie jest niestety jedynie wyświechtanym chwytem retorycznym), która udaje miasto zbudowane przez bogobojnych białych.

W świecie, z którego dorosły Alexander ucieka w podróże, nie ma miejsca dla słabych. O ich istnieniu przypomina poznanie Cindy i jej autystycznego syna, co stanowi konsekwencję śmierci matki. Jako wykonawca jej testamentu Alexander musi spotkać się z wieloma beneficjentami. Cindy zbudowała od podstaw nową tożsamość, odcięła się od biednej dzielnicy, zrobiła karierę, ale brakowało jej pewności siebie Kathleen. Wraz z otrzymanymi przedmiotami przejęła jakąś część jej osobowości. Tragiczne wydarzenia, które połączyły z nią narratora, pozwalają na osiągnięcie spokoju obu stronom. Cindy zyskała nowy cel, zaś jej partner postępował zgodnie z radą dawnego kochanka matki, który wyrzucony przez system poza nawias znanego sobie układu, zadowalał się resztkami dawnej pozycji i po prostu żył. Narrator, pozbawiony natury wojownika, znajduje własną niszę. Czy zdoła w niej wytrwać, czy zgodnie z johannesburską zasadą „Graj dalej albo spieprzaj stąd” lub „Zgarniaj, co się da, albo utoniesz” będzie zmuszony do reakcji – czytelnik nie może się dowiedzieć.

Opis fabuły może skłaniać do zaszufladkowania powieści jako lektury kobiecej, bo jest w niej dużo o emocjach, zdradzie, miłości i namiętnościach. Od romansu dzielą ją jednak lata świetlne, przede wszystkim zaś brak złudzeń. Powieść wyróżnia dopracowana forma – podział na zakończone puentą części, wyraziści bohaterowie, połączenie melancholijnego nastroju z brutalnością wydarzeń. Narrator jest bezlitosny w swoich sądach, obnaża słabości bohaterów, z których każdy doznaje w życiu poważnego rozczarowania. Jeden dowiaduje się, że ukochana żona jest w ciąży z pracodawcą, więc będzie musiał ją oddalić, mimo że była przecież dobrą matką. Innemu rodzi się niepełnosprawne dziecko, które nie pasuje do luksusowego osiedla, ktoś umiera na AIDS, ale nie można tego głośno nazwać, królowa deszczu traci swoją władzę, bo nie ma zapotrzebowania na jej magiczne zdolności. Rozczarowania są nieodłączną częścią egzystencji, wydaje mówić się autor, nie sposób się przeciwko nim buntować. Długa opowieść Alexandra, którego parę faktów biograficznych łączy z autorem, spaja w sobie zadumę z nadzieją „mimo wszystko”, że może jeszcze będzie dobrze. Tylko czy lepiej unosić się, czy płynąć pod prąd – zastanawiam się po przeczytaniu ostatniej litery.
Chistopher Hope: „Kochankowie mojej matki”. Tłum. Ewa Pankiewicz. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].