Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Monika Glosowitz,

ZABAWA NA WYSPIE GENDER

A A A
Debiutancki tom opowiadań „Całkowity koszt wszystkiego” Agnieszki Kłos otwierają „Mistrzostwa świata”, wprowadzające w klimat, w którym utrzymany jest cały zbiór. Żadnych skojarzeń z atmosferą igrzysk olimpijskich – to raczej prześciganie się w formułowaniu szczytów absurdu rodem z popularnych dowcipów. Całość wydaje się przekornym szturmem na skamieniałe mury Kanonu i galaretowatą breję literatury popularnej, bo „pomyślałam, że zupełnie mimochodem, tak przypadkiem i anonimowo, weszłaś do fragmentu literatury polskiej” (s. 13) – zdradza swoje ambicje narrator(ka). Mnóstwo tu przezabawnej chucpy, żonglerki popkulturowymi ikon(k)ami (proszę spojrzeć na „shrekowy koncept”), najróżniejszych kalamburów, a nawet czarnego humoru.

Wszystkie te zabiegi budują przedziwny obraz skarykaturowanego świata. W żadnym wypadku jednak to nie książka o młodej/młodym wrażliwej/wrażliwym yuppie. Raczej o „tylko trochę nieugiętej” (powiedziałabym – nawet przegiętej) bohaterze-bohaterce, snującej opowieści o pękających kiełbasach, śniących samochodach, pestce mango czy bajki o piersi. Cały ten rozgardiasz zamknięty w dynamicznych całostkach daje mantryczną, samonakręcającą się historię. I „to nie jest historia skończona” (s. 8).

„Wszystkie moje kłopoty wynikały z tego, że byłam wilkiem, a miałam być sarną. Albo czułam się sarną, a powinnam wilkiem” (s. 55–56). I wszystkie kłopoty z lekturą ogniskują się wokół „mechanizmu wymiotu” – często praktykowanego umieszczania „innego podmiotu” poza granicami bezpiecznych kodowań, kiedy to fascynacja graniczy z obrzydzeniem. W „Kutasie” bohaterka budzi się i ma „na sobie białe bokserki, a między nogami kutasa”, zaś w „To mi wystaje ze spodni, Aido” bandaże i skorupy, w które „zakuwa się”, jak nic przypominają sztafaż każdego drag Kinga. „O sarnach i wilkach” to właściwie opowieść o tych i innych, bajkowa rekonstrukcja matrycy rządzącej powszechnym społecznym „systemem wartościowania”. Figurki wilka i sarny są szczególnie adekwatne do ukazania moderowanych rozgrywek heteryków i wszystkich tych „innych” właśnie. W gruncie rzeczy cały zbiór jest prześmiewczą analizą skomplikowanej maszynerii, która klasyfikując, daje i odbiera. I konstatacja jest jedna – nic się nie zmienia: „Nie miałam nic przeciwko i zanim szczytowałam, spojrzałam na telewizor. W szklanym okienku jak w dzieciństwie leciała właśnie dobranocka i wilk gonił strachliwego zająca” (s. 99).

Wszystkie metamorfozy, przebieranki, przegięcia – słowem zabawy na wyspie Gender – stają się grą o coś. Z jednej strony zdarza się przecież, że cały ten repertuar drażliwych problemów (kwestia płci, seksualności, religii w „RM” i „RM [kwadrans później]”, kwestia żydowska w „Brzezince”, choroba w „Bajce dla dodo”, nawet migracje Polaków w „Znajomym z londynu”) bywa traktowany instrumentalnie (zwłaszcza na fali zainteresowania literaturą wszelkich mniejszości), li tylko jako chwyt marketingowy (wystarczy sobie przypomnieć „sukces” Marty Dzido). Z drugiej jednak, w przypadku prozy Kłos niebezpieczeństwo windowania na wyżyny z powodu ideologicznego zacięcia niweluje poetyka, którą autorka operuje. Szafuje konwencjami, proponuje eklektyzm stylistyczny. Co ciekawe, indywidualizuje głosy swoich bohaterów, ani na chwilę nie rezygnując z kreacji prześmiewczego narratora.

Są w tomie opowiadania słabsze (choćby „Łapówka”), w których psychologia tłumu nie zostaje skarykaturalizowana tak wyraziście, jak w innych (na przykład mistrzowsko przerysowanym obrazkiem jest „Zmienne pasmo”). Często w dłuższych formach brakuje też werwy i napięcia błyskawicznie budowanego w krótszych, bardziej dynamicznych całostkach. Nie do końca przekonują mnie też serwowane parokrotnie odsłony z życia codziennego (czytaj podbojów miłosnych) bohaterki. Rozbijanie heteronormy przez jak najzwyczajniejsze ukazanie stosunków homoseksualnych właśnie najzwyczajniej nudzi: „Wyspać się, najeść tłustych rzeczy, popić colą, beknąć, a na koniec położyć się spać” (s. 94). Rozumiem chwyt z góry wykluczający głosy ucieszone „lesbijskimi smaczkami”, jednak przyjęta w opowiadaniu „Tylko trochę nieugięta” forma narracji przypomina raczej relację jednego dnia w reality-show niż literacko oryginalny i odkrywczy obraz kobiecej namiętności.

Gdyby pokusić się o próbę systematyzacji współczesnej prozy kobiecej, trzeba by wspomnieć o coraz popularniejszym nurcie tożsamościowym, w obręb którego zalicza się również prozę lesbijską. Proza Kłos podminowuje te podziały, nie mieści się w wygodnych kategoriach. Ani to „typowa” proza, raczej prozatorskie obrazki, ani kobieca, ani męska, bo wulgarno-liryczna. Zatem blokuje możliwość łatwych uśmiercających klasyfikujących ruchów. Niezwykle ważne i cenne wydaje się właśnie to balansowanie na granicach, uciekanie od oczywistości, przełamywanie szeroko pojętego decorum. Zabiegi to nienowe, ale w prozie Kłos nabierają lekkości i pełne są ciętego dowcipu. Wszystkim konserwatywnym miłośnikom młodej prozy autorka mogłaby szepnąć: „aj noł łoczu łont”.
Agnieszka Kłos: „Całkowity koszt wszystkiego”. Biblioteka Rity Baum. Wrocław 2007.