Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Mariusz Sieniewicz,

HOUELLEBECQ I MOTOROLLA

A A A
Felieton
Michel Houellebecq odwiedził Polskę. Głównym powodem odwiedzin była teatralna inscenizacja „Cząstek elementarnych” we wrocławskim Teatrze Polskim. Pisarz odbył jednocześnie „trasę koncertową” po większych miastach naszego kraju. Niestety, do Olsztyna – gdzie mieszkam – nie wiedzieć czemu nie trafił. (Mieszkańcy mojego miasta uważają, że Olsztyn to jest owo „większe” miasto. Na tym polega lokalny patriotyzm, by swoje gniazdo widzieć większym, niż jest w istocie.) Nie oznacza to jednak, że nie zostałem wciągnięty w przyjazd Houellebecqa. Przeciwnie. Dzień przed przyjazdem autora „Poszerzenia pola walki” zadzwonił telefon. Pani dziennikarka oznajmiła, że mogę zadać kilka pytań Houellebecqowi via „nasza gazeta”. Taki most komunikacyjny. Ja u siebie, w Olsztynie. On pewnie jeszcze w Paryżu, choć już przygotowany do przekroczenia granic powietrznych Francji. Oczywiście nie byłem jedynym, który dostąpił tego zaszczytu jednostronnej konwersacji – oprócz mnie, jeszcze kilku polskich pisarzy.

Czesław Miłosz zmarł kilka lat temu. Od pewnego czasu żegnał się ze światem, pisząc testament odejścia, zarówno wprost, jak i między wierszami. W dniu jego śmierci, gdy jeszcze nie było wiadomo, gdzie spocznie ciało wieszcza, szarpane plemiennymi rozgrywkami, zadzwonił do mnie dziennikarz ze smutną prośbą, bym „skomentował” śmierć poety. Jak Polska długa i szeroka wszyscy opłakiwali wieszcza, roniąc funeralne słowo. Pan dziennikarz spytał: kim dla mnie był ten wielki poeta? Jaką rolę pełnił w cukrowaniu się moich literackich poglądów? Nie mogłem być w tamtej chwili w Krakowie, ale pan dziennikarz umożliwił mi pochylenie się nad trumną Noblisty i ułożenie pożegnalnej mowy w kilku żołnierskich słowach. W kilku, bo w gazecie na notę przewidziano niewiele miejsca, ale zawsze to coś. Również i w tym przypadku moja wypowiedź miała być jedną z wielu.

Czesław Jerzy Małkowski, żeby odejść od literackich nazwisk – tak, tak ten Czesław Jerzy, najsłynniejsza gwiazda Warmii i Mazur ostatnich miesięcy, od tychże kilku miesięcy siedzi w pierdlu. Przepraszam, że mieszam sprawę Czesława Jerzego do wzniosłych spraw Czesława-poety i Michela-pisarza. Ona służy tylko egzemplifikacji bez konsekwencji. Otóż w dniu jego aresztowania zadzwonił pan dziennikarz z prośbą o zdiagnozowanie całej „sprawy”. Ja tu, w Olsztynie, a pan prezydent już w drodze do białostockiego aresztu. Jak to wszystko widzę? Czy mógłbym pokusić się o słowo refleksji. Nad zaszczutym człowiekiem albo nad skrzywdzonymi kobietami. Moje stanowisko zależało od mego poglądu. Żadnych nacisków ze strony pana dziennikarza. Żeby była jasność – nie tylko moja wypowiedź będzie wzięta pod uwagę.

Niby naturalna, zwyczajna rzecz. Ktoś dzwoni i pyta. Ktoś odbiera telefon i odpowiada. Ludzie muszą przecież ze sobą rozmawiać. W każdej chwili. Na każde tematy.

A jednak nie do końca. Bo naturalna, zwyczajna rzecz czasem jest jednak mocno skomplikowana. Przechodzę do sedna: gdy zadzwonił telefon w pierwszym przypadku, jechałem zakiszkowanym autobusem, w godzinach szczytu. Jedną ręką trzymałem się pleców jakiegoś emeryta, druga drętwiała w powietrzu. Z tyłu dociskała mnie korpulentna pani. W przypadku drugim siedziałem w toalecie. Tylko wzgląd na wielkiego wieszcza nakazuje mi zmilczeć, co w niej robiłem. Dzwoniący telefon w przypadku trzecim zastał mnie obładowanego zakupami. Akurat dokonywałem cudów manualnej ekwilibrystyki, z gorzką świadomością, że to coś rwące się, cienkie, co nazywamy reklamówką, przeżyje całą ludzkość. W każdym przypadku oddzwonienie później nie wchodziło w grę. Tak się akurat składało, że redakcje zamykały gazetę, oddawały za chwilę do druku i deadline dawno już minął. Tym samym prośba o ewentualną autoryzację byłaby z mojej strony naiwnym niezrozumieniem ducha informacyjnych czasów.

Mój brak asertywności i chęć zrozumienia ducha informacyjnych czasów skutkowały tym, co Gombrowicz zawarł w słowach: „Czasami sobą zdumiewam siebie”. Oj, tak… Sobą zdumiewałem siebie. Doświadczenie groteskowości i absurdalności egzystencji dopadało mnie w każdym z trzech wymienionych przypadków z całą mocą. Oto ja w zatłoczonym autobusie, gdzie jeden przysypia na siedzeniu, inny przyciska torbę w pozycji a la „czekający na pekaes”, reszta tłoczy się między sobą, rozmawia o grillu i Euro, przypomina puszkę sardynek. Ja w tej puszce – rozprawiam o Houellebecqu przez komórkę. Mówię o hedonizmie i nihilizmie świata. Analizuję antyutopię francuskiego pisarza, dociśnięty przez spoconą, puszystą panią. Oto ja w toalecie, na proszonym niedzielnym obiedzie. W ciszy, między umywalką i pralką mówię do telefonu o „Ziemi Ulro”, o „Dolinie Issy”, nawet doceniam „Pieska przydrożnego”. I słyszę pukanie do drzwi. Gospodarz pyta, czy wszystko w porządku. Czy dobrze się czuję. Odpowiadam, zakrywając dłonią słuchawkę, że zaraz skończę, zaraz wychodzę. Oto ja uprawiający siatkówkę, to znaczy weekendową pielgrzymkę konsumpcji, odchodzący od terkoczącej kasy, pośród innych wyznawców, obładowanych tonami dóbr wszelakich, poddaję krytyce społeczeństwo patriarchalne, ołtarzyki fallusowej władzy. I staram się być przy tym oszczędny, syntetyczny, wyzbyty gadulstwa. O, potęgo aforystycznej zwięzłości. Twoją trudną i krnąbrną naturę zna chyba najlepiej Cioran. Ale nie pan, pani z gazety. Bo pan, pani z gazety wtrąca jeszcze jedno pytanie wspomagające, jeszcze chce się upewnić. W autobusie jakiś kark patrzy na mnie spod byka i zaraz przywali z bańki. Za drzwiami toalety gospodarz woła, że on też chciałby skorzystać. W sklepie zagradzam bramkę, pękają rączki reklamówek. Dobro wszelakie leci na ziemię.

Człowiek nie zna dnia i godziny. Każdego dnia, o każdej godzinie może zadzwonić telefon. Z niezidentyfikowanym numerem. Nieznanym, tajemniczym. Do niedawna byłbym pierwszym krytykiem „krótkiej smyczy”, jaką jest komórka, byłbym oskarżycielem natarczywości dzwoniących, którzy chcą rozmawiać teraz, już, w tym momencie. Dzisiaj wiem, że telefon warto zawsze odebrać. Istnieje szansa na doświadczenie groteskowości życia. Bo zazwyczaj jest tak, że ważny telefon pojawia się w zgoła prozaicznej scenerii. I na odwrót: ktoś dzwoni w jakieś banalnej sprawie, chce uraczyć się pogaduchą swojską, pierdołowatą w okolicznościach podniosłych i wymagających powagi. Tak unieważnia się zasadę decorum, regułę stosowności. A groteskowość całej sytuacji rodzi ten niezbędny dystans do świata. Jest jeszcze jeden walor ustawicznego bycia pod telefonem – walor mnemotechniczny. Już zawsze będę pamiętał przyjazd Houellebecqa do Polski. Nigdy nie zapomnę dnia śmierci wielkiego polskiego poety. O sprawie prezydenta mojego „większego” miasta wspomnę na kartach pamiętnika za lat trzydzieści.

Moja Motorolla leży teraz na stole. I tak sobie myślę: może warto samemu zainicjować groteskę, podbić absurdalność ludzkiej komunikacji. O czwartej nad ranem zadzwonić do Lolity i powołując się na kwestię życia i śmierci, poprosić o egzegezę tzw. „śląskiej poezji religijnej”. A może w godzinach niedzielnego obiadu wykręcić numer jakiegoś krytyka literackiego i zacząć błagać, by wtajemniczył mnie w meandry Žižkowej myśli. A może oglądając galę z okazji wręczenia Nagrody Literackiej Gdyni, zadzwonić do jej właśnie wyłonionego laureata – Adama Wiedemanna, i poprosić o komentarz tegorocznych nominacji do Angelusa?

Nie wolno li tylko pokornie poddawać się grotesce. Trzeba ją samemu stwarzać. Ona łączy światy pozornie rozłączne. Kto by przypuszczał, że Houellebecq, Motorolla i zatłoczony autobus linii jedenaście mają ze sobą jakiś związek. Mają. Wystarczy odebrać telefon. Światy zaczynają się łączyć, przenikać. I to jest prawdziwa literatura życia.