Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Łukasz Iwasiński,

TROPIĆ DŹWIĘKI, NIE ETYKIETY

A A A
Wydana właśnie debiutancka płyta formacji Tempfolder – „Empty Bottles And The Dolphins” przynosi opartą zwykle na funku bądź dubie, acz eklektyczną fuzję elektroniki i jazzu. O kulisach powstania grupy i swojej wizji muzyki opowiadają jej członkowie.



Łukasz Iwasiński: Skąd wziął się Tempfolder?

Augustyn Maciejowicz: Nazwa Tempfolder powstała przy okazji przeróżnych spotkań mających charakter improwizacyjny, nie związanych z żadnym szczególnym stylem muzycznym ani stałym składem. Po kilku miesiącach kręcenia się to tu to tam, dzięki naszemu wspólnemu przyjacielowi, poznałem Witolda (perkusja). Zagraliśmy dwie próby, spędzając przy okazji parę godzin na ględzeniu o muzyce, naszych fascynacjach i pomysłach na wspólny projekt. Stwierdziliśmy, że organizujemy regularny band, poszerzając go o bas (Darian Kopaniarz), sax i instrumenty klawiszowe (Kuba Sosnowski). W tym składzie zagraliśmy kilkanaście koncertów, dziwnym trafem głównie przy okazji wystaw, wernisaży czy festiwali filmowych. Byliśmy wtedy w stałym kontakcie z grupą artystyczną Wunderteam, która niejako wypchnęła nas na scenę, zapraszając do wspólnych przedsięwzięć. Wielkie dzięki dla chłopaków. Potem nastąpiły pewne roszady w składzie, dołączył Michał Fetler z saksofonami altowym i barytonowym, ale zabrakło basu. Jako kwartet (choć czasem pomagał nam Kuba Rohde na basie) zaczęliśmy tworzyć zupełnie nowy rozdział z nowym materiałem. Po bardzo pozytywnych rozmowach z wytwórnią zaczęliśmy przygotowywać się do nagrania albumu. Kupiliśmy trochę sprzętu i wyremontowaliśmy nową salę, w której przesiadywaliśmy niemalże codziennie. Tak rodziło się „Empty Bottles And The Dolphins”.

Witold Skrzypczak: A propos Wunderteam, kiedy po raz pierwszy graliśmy na ich wystawie w poznańskim squacie Rozbrat, na plakacie nazwali nas DJ Tempfolder, co było bardzo zabawne.

Ł.I.: Droga dojścia do takiej muzycznej fuzji, jaką prezentujecie, jest zwykle dwojaka – albo jazzmani szukają możliwości poszerzenia swej ekspresji poprzez elektronikę, albo muzycy związani z szeroko rozumianą sceną elektroniczną w pewnym momencie odkrywają dla siebie jazz. Jak było w waszym przypadku, wywodzicie się ze środowisk jazzowych czy elektronicznych?

A.M.: Niekoniecznie dwojaka. Nam ta dychotomia do niczego nie jest właściwie potrzebna. Tzn. do żadnych z tych stylistyk nie musieliśmy się zmuszać, zbieżność obu fascynacji jest czymś trwałym, naturalnym i istnieje od wielu lat. To nic nadzwyczajnego. Wystarczy prześledzić kilkanaście ostatnich lat w muzyce niezależnej. Jeśli np. grałem kilka lat temu w projekcie maik / exam support na polskiej trasie Mouse On Mars, czy oznacza to, że wywodzę się ze sceny elektronicznej? Można tak powiedzieć. Ale w tym czasie fascynowały mnie także około-jazzowe czy wręcz tradycyjnie jazzowe rzeczy. A w to wszystko zamieszany jest też hip-hop, ambient, techno, reggae, post-rock, noise i jeszcze brytyjski urban, new romatic oraz zimna fala. Dorastanie muzyczne polega m.in. na tym, żeby nieprzerwanie otwierać się. W Tempfolder chcemy tropić dźwięki, nie etykiety.

Ł.I.: Czy zarejestrowane na płycie utwory zawierają elementy improwizacji, czy są precyzyjnie aranżowane? I jak wyglądają wasze koncerty – odtwarzacie wiernie materiał z płyty?

A.M.: Jak zwykle jest trochę tak i tak. Ale zdecydowana większość to precyzyjne aranże, a jeśli improwizacja, to w dużej mierze „ogarnięta” produkcją studyjną. Koncerty będą niespodzianką, warto się przekonać jak to będzie działać, do końca sami nie wiemy (śmiech). Już w czerwcu wystąpimy na festiwalu Nowamuzyka w Cieszynie [27-29 czerwca – przyp. Ł.I.]. Rozpoczęliśmy intensywne przygotowania.

W.S.: Dodam, że materiał zarejestrowany na płycie to w 90% nowe kawałki. Można powiedzieć, że zrobiliśmy „reset” w naszych głowach. Utwory powstawały bardzo różnie. Część wynikała z improwizacji, cześć z gotowych partii elektronicznych (beat, harmonie klawiszowe), do których tworzyliśmy partie bębnów, basu i dęciaków. Zawsze staraliśmy się całość precyzyjnie aranżować i budować odpowiednią dramaturgię.

Ł.I.: Ile w waszej muzyce jest roboty studyjnej / samplingu / programowania, a ile grania?

A.M.: Bębny, saxy, klarnet, klawisze, bas – grania jest co niemiara. Programowane są bity, czasem basy. A sample? Jest jeden sample na całej płycie! Natomiast roboty studyjnej jest sporo! „Empty Bottles...” ma swoją atmosferę (mam nadzieje że to słychać), żeby ją zbudować działania studyjne są często równie istotne jak samo granie. Studio jest dodatkowym muzykiem, z całą pewnością.

W.S.: Do elektroniki już nagranej staraliśmy się dobrać spójne brzmienie bębnów, basu, dęciaków. Istnieją utwory, w których szkic stanowiła elektronika – w sensie programowanego beatu, basu i partii harmonicznych vide „Nothing But Bright Square”, „RTJ” czy „Data War”, ale też istnieją utwory, które prawie w całości są zagrane na „żywych” instrumentach jak „Metropolitan hip” czy „Being roka”.

Ł.I.: Wielu twierdzi, ze muzyka w 100% programowana, nie oparta o fizyczny kontakt z instrumentem, pozbawiona jest pewnych wartości, które można przekazać tylko poprzez „żywe” granie, a zdaniem niektórych w ogóle brak w niej emocji. Jak się na to zapatrujecie?

A.M.: Bez wątpienia istnieją różnice. Bez wątpienia jednak nie mają one wpływu na ostateczną wartość artystyczną. Nie rozumiem stanowiska, że komputer jest bezduszny, a gitara czy trąbka to uniwersum, w którym zaklęty jest niepowtarzalny duch muzyki. Rozumiem, że ten czy ów muzyk może mieć niesamowite parcie na duchowość, ale takimi stwierdzeniami tylko ją spłyca. Drewno ma tyle samo duszy co układ scalony. Dokładnie tyle, ile artysta jest w stanie w nie włożyć swoją pracą i talentem. Oczywiście, że granie np. samplowanym kontrabasem na klawiaturze ma się nijak do grania na nim samym, ale tylko w muzyce, która nie może obyć się bez artykulacyjnych niuansów czy dramaturgicznych huśtawek ciągnących się przez cały utwór. Nie oznacza to jednak, że w ogóle to neguję. Muzyka repetytywna oparta na sekwencerach, czy jest to techno czy hip-hop i ich pochodne, świetnie sobie radzi często bez jakichkolwiek zmian dynamiki, artykulacji itd. Właściwie programowo jest ich pozbawiona. Rozumiem ludzi, którzy wychowani są na klasyce czy jazzie i nie potrafią przyswoić sobie tych idei, ale tylko jeśli nie obstają przy bezwzględnej wyższości swoich przyzwyczajeń. My w Tempfolder chcemy łączyć oba żywioły z jak najlepszym skutkiem.

Ł.I.: Szukanie odniesień dla waszej muzyki to działanie dość karkołomne, bo jest ona eklektyczna i żadna lista nie wyczerpie problemu. Ale dwie kluczowe nazwy, jakie przychodzą mi do głowy, to Tied and Tickled Trio oraz – w mniejszym stopniu – Jaga Jazzist. Zgodzicie się?

A.M.: Myślę, że jest tego więcej... w ogóle jestem zdania, że muzyka w największym procencie wynika z muzyki po prostu. Tzw. życie albo natura mogą inspirować, ale nie do tego stopnia co ciągłość tradycji, jej wyczerpywanie i zaprzeczanie. Wracając do przykładów, owszem, cały niemiecki post-rock, był w swoim czasie bardzo znaczący, ale twórczość Norwegów z Jaga Jazzist znam słabo. Jeśli szukanie odniesień dla naszej muzyki jest karkołomne, to pozostaje mi tylko podziękować za tą myśl.

W.S.: Porównanie o tyle miłe, że są to zespoły, które bardzo lubię. Zawsze stajemy przed kłopotliwym pytaniem: „a jaką muzykę gracie?”, na które trudno jest odpowiadać jednoznacznie i wyczerpująco. Sięgając do poszczególnych stylów muzycznych staramy się, aby były to jedynie punkty wyjścia do tworzenia własnego języka. Po prostu „post quasi neo pop music”.

Ł.I.: Na świecie środowiska jazzowe i poświęcone temu gatunkowi media zasymilowały taką twórczość jak wasza. U nas największa ekstrawagancja, jaką te kręgi są w stanie zaakceptować, to – skądinąd wyśmienite, ale bliższe stricte jazzowej ekspresji – Pink Freud. Czy sądzicie, że możecie przekonać do swojej twórczości szalenie konserwatywne (i jednowymiarowe), jazzowe kliki w naszym kraju?

Michał Fetler: Odpowiedź częściowo zawiera się w pytaniu, nie jesteśmy w stanie przekonać tych szalenie konserwatywnych i jednowymiarowych jazzowych klik, skoro one takie właśnie są. Dla wielu z nich jazz to wyuczone skale, frazy. Czasem nawet patenty, które trzeba użyć, aby móc nazwać tę czy inną muzykę jazzem. Na festiwalach jazzowych (zwanych też konkursami) dominują style które powstały w latach 50., 60., 70. i one są uznawane przez naszych rodzimych tuzów za jazz „właściwy”. To trochę tak jakby zatrzymać się na Bachu i przyjąć, że tylko tak należy grać muzykę. Niestety, na tych festiwalach raczej nie pojawiają się zespoły wykonujące szeroko pojęty jazz alternatywny, nowoczesny – z elementami popu, elektroniki itp. Ale poza tym, moim zdaniem, polska scena jazzowa, czyli traktująca jazz jako muzykę osobowości a nie patentów, właśnie odradza się.

A.M.: Jestem przekonany, że ta sytuacja będzie się zmieniać na lepsze, bo już powoli zmienia się. Na całym świecie nie jest to problemem. Jednak w Polsce wciąż trzeba starać się gonić świat.

Ł.I.: Wydaje się, na podstawie tego, co mówicie, że kluczem do Waszej twórczości jest pozbawiony jakichkolwiek odgórnych założeń eklektyzm – oddaje to także retoryka i poetyka waszego Myspace'a: karkołomne zestawienia w „influances”, ukute przez was określenie „post quasi neo pop music”, jak i sam zabieg z mixowaniem „top friends”, czy zgodzicie się z taką interpretacją?

A.M.: Zamykanie się we własnych cieplutkich przyzwyczajeniach i schematach myślowych jest po prostu nudne, o ile nie zaczyna być groźne.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.