Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Maciej Woźniak,

PIELESZE I DRESZCZE

A A A
R.E.M., „Accelerate”, Warner Music 2008.
„Ironia życia w tym, że żyje się do przodu, a rozumie do tyłu”, zauważył Kierkegaard, a muzycy R.E.M. pokazują, że to wcale nie taki zły pomysł. Wyrywnym kawałkom z ich nowej płyty udaje się to, czego nie potrafiły piosenki z „Reveal” czy „Around The Sun”, starannie zaaranżowane i solennie odegrane. Żeby było ciekawiej, to na tamtych albumach grupa próbowała, ze zmiennym szczęściem, dojrzewać, zmieniać styl i brzmienie, zaś „Accelerate” może być odebrane jako zawracanie głowy.

Michael Stipe wydawał się nawet trochę zdziwiony, że tak to wyszło. W wywiadach powtarzał: „Nigdy jeszcze nie zdarzyło nam się tak szybko nagrać płyty”. Co prawda zarejestrowanej w 9 dni muzyki też słucha się szybko (trwa niespełna 35 minut), ale rezygnacja ze studyjnego makijażu i powrót do gitarowej prostoty wyszły zespołowi na dobre. Płytę wyprodukował Jacknife Lee (odpowiedzialny za podobny zwrot na ostatnim albumie U2), więc to także jego zasługa, że zamiast gładkiego „rocka dla dorosłych” muzycy wrócili do pryszczatego „college rocka” sprzed dwóch dekad. Dla sporej części potencjalnych nabywców „Accelerate” to w zasadzie mityczny okres „przed naszą erą”: przed narodzeniem Nirvany, przed „Losing My Religion” i przed „Balcerowicz musi odejść”. Ale nic nie szkodzi, bo nie ten najlepiej słucha, kto rozumie.

Wybrany na pierwszy singiel utwór „Supernatural Superserious”, którego żwirowate brzmienie kontrastuje z chwytliwą melodią, dobrze wprowadza w klimat nagrań. Dominują wśród nich – o czym lojalnie uprzedza tytuł płyty – nerwowe, zdyszane kawałki, rzadko przekraczające trzy minuty (jak „Living Well Is the Best Revenge”, „Man-Sized Wreath” czy „Horse To Water”). Wrażenie efektownej zwięzłości podkreśla produkcja. Nikt się nie cacka z żadną solówką czy przesterem: zabrzęczało, a jak nie zdążyłeś się załapać, to posłuchaj jeszcze raz. Mniej więcej w połowie pojawiają się wyraziste, oparte na mocnych akordach ballady o tradycyjnym, folkowym rodowodzie („Houston”, „Until The Day Is Done”), a także utwory o śmielej rozbudowanych aranżach (poprzedzony leniwym, fortepianowym wstępem „Hollow Man” oraz najdłuższy na płycie, pełen napięcia „Sing For The Submarine” z frapującymi niby-chórkami w tle). Można się czepiać, że zespół powiela w paru nagraniach patenty z „Out Of Time” czy „Automatic For The People” (przy braku tamtego potencjału przebojowego), albo że albumowi daleko do narowistego temperamentu „Monster”, ale powrót do bezpośredniego, lekko wymiętego stylu przekonuje bardziej niż odprasowana „muzyka środka”, której grupa zakosztowała na dwóch poprzednich albumach.

R.E.M. to faza snu z marzeniami sennymi. Mózg gada sam ze sobą, filują gałki oczne, oddech i komory serca. Właściwie nie wiadomo, po co to organizmowi, lecz kiedy naukowcy sztucznie wyłączyli rapid eye movement u szczurów, wiele osobników po kilku tygodniach umierało. Zespołowi, który przyjął taką nazwę, a mimo to podpisał kontrakt z Warnerem, od lat udaje się rzadka sztuka: cieszy się uznaniem alternatywnie nastawionej publiczności, prezentuje ujmująco anachroniczną „wrażliwość społeczną” i empatyczną otwartość (wbrew modzie na pielęgnowanie neurastenii), jednocześnie utrzymując status gwiazdy show biznesu. Już się zdawało, że górą pielesze solidnego, zachowawczego rzemiosła, a tu proszę – „Accelerate”, który brzmi momentami, jakby Bruce Springsteen poprosił o akompaniament Sonic Youth.

„Nie chcę być wydrążonym człowiekiem” śpiewa Michael Stipe i to wyznanie jest tak samo naiwne i szczere, jak naiwne i szczere były jego zwierzenia o utracie religii, które trafiły do MTV i na listy przebojów obok pustych, jednorazowych piosenek na letnie dyskoteki. Melancholia sprzeciwu? Dreszcz niepokoju i nieufności? Niby nic, ale wypełnia muzykę R.E.M. od ponad 30 lat.