Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Tadeusz Kosiek,

BURNING STAR CORE

A A A
“Challenger”. Hospital Productions / Plastic Records, 2008.
Burning Star Core to jedna z wielu formacji działających w obrębie prężnej sceny amerykańskiej muzyki, którą z braku lepszego terminu pozwolę sobie określić mianem niszowej. BXC to właściwie alter ego multiinstrumentalisty i wokalisty C. Spencera Yeh, jednak – o czym wspomniał on w jednym z wywiadów – samego muzyka oraz ten projekt rozdziela wyraźna granica. Choć historia Burning Star Core liczy już lat piętnaście – lat odliczanych nazwiskami współpracowników, dziesiątkami wydawnictw i setkami koncertów – to dopiero czas pokaże, gdzie dokładnie owa granica przebiega (-ła). Zainteresowani mogą jej poszukiwać porównując nagrania sygnowane nazwą projektu z tymi, które Yeh podpisuje własnym nazwiskiem.

Burning Star Core jest kojarzona ze sceną noise, jednak uważnego słuchacza nie trzeba długo przekonywać, że formację tę niełatwo jest zaszufladkować. Charakteryzuje ją wrażliwość na dźwięk umożliwiająca swobodne i, co ważne, efektywne posługiwanie się bogatą paletą brzmień oraz szerokie spektrum wykorzystywanych gatunków i stylistyk, rozciągające się od ambientu i muzyki akuzmatycznej, poprzez dronową (i nie tylko) psychodelię, rozmaite rodzaje rocka, muzykę improwizowaną i konkretną, preparacje nagrań terenowych oraz głosu ludzkiego, aż po minimal czy power electronics. Oryginalność BXC nie leży jednak w międzygatunkowym miszmaszu, lecz w umiejętnym wyważeniu proporcji oraz odpowiednim rozłożeniu akcentów. „Challenger” stanowi potwierdzenie stylistycznego eklektyzmu projektu, po raz kolejny dowodząc, że w tym przypadku ów eklektyzm nie jest celem sam w sobie, lecz jedynie jednym ze środków wiodących do celu.

Na tę krótką, bo trwająca ledwie trzydzieści trzy minuty, płytę złożyło się osiem utworów ewokujących nastrój smutku i melancholii; kompozycji oddających rozmaite stadia zamierania, obumierania i rozkładu. Być może – co wnoszę z tytułu oraz aury muzyki – jest to zbiór bezsłownych trenów, którymi BXC opłakują katastrofę promu i śmierć jego załogi. C. Spencer Yeh, który tę płytę praktycznie nagrał sam – tylko w dwóch nagraniach pojawili się związani z Burning Star Core instrumentaliści: Trevor Tremaine (gitara) oraz Robert Beatty (drumla) – umiejętnie żongluje przenicowanymi gatunkowymi kliszami, tworząc wyrafinowany mariaż zgrzebnego lo-fi i stylistycznego rozbuchania. Nieograniczonej wyobraźni sekunduje magia studyjnych preparacji i modulacji ujawniająca się w eteryczności brzmień elektronicznych i kostropatości field recordingów.

Poszczególne utwory są niczym zatopiona w dźwięku i przestrzeni esencja wyciszenia, nieobecności i smutku. Czasem raptownie przechodzą od zaabsorbowanej z ambientu melancholii do dosadnego konkretu nagrań terenowych, innym razem przechodzą od beznadziei stopniowo otaczanych metaliczną chmurą dystorcji i sprzężeń postrockowo-minimalistycznych riffów do smętku przetworzonych i zapętlonych głosów wyśpiewujących mechaniczny chorał, dopełniony elektrycznymi szumami i wizgami. Posępność minimalistycznego dronu sąsiaduje ze skorodowanym i skarłowaciałym lamentem nad nieuchronnością zapowiedzianego końca. Elektroakustyka splatająca tajemnicze stukoty z nakładanymi na siebie warstwami syntezatorowych westchnień i pomruków poprzedza dźwiękową relację z piekieł transmitowaną przez nadajnik zagubiony w pobliżu żarzących się polan podłożonych pod kocioł pełen potępieńców. Wszystko, co ważne w tego typu muzyce – barwa, nasycenie, głębia – uzupełnione jest melodyjnością kompozycji, które momentami, ocierając się o patos i kicz, nigdy nie przekraczają granic dobrego smaku. Patos równoważony jest brudem i chropowatością, hałas subtelnością, a delikatność intensywnością.

„Challenger” to płyta, która może być doskonałym początkiem znajomości z Burning Star Core i Chih-Fu Spencerem Yeh. Zawiera materiał, który choć aurę ma posępną i przymgloną, to muzycznie jest nie tylko zróżnicowany i nieprzegadany, ale dość przystępny i naprawdę przyjazny uszom. Co więcej, w odróżnieniu od wielu wydawnictw firmowanych przez BXC jest pozycją stosunkowo łatwo dostępną, bowiem wydany został w miarę sporych nakładach w dwóch postaciach – przez Hospital Productions w formacie CD oraz przez Plastic Records jako winylowy LP. I choć subiektywnie mam temu materiałowi nieco za złe zbytnie przeestetyzowanie, to obiektywnie oceniam tę płytę wysoko i gorąco ją polecam.