Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (108) / 2008

Grzegorz Mucha,

THE WHO

A A A
“Amazing Journey: The Story of The Who / Six Quick Ones”. Spitfire Pictures 2007.
Można zaryzykować twierdzenie, iż jeden z najsłynniejszych brytyjskich zespołów rockowych, jakim bez wątpienia jest The Who, pozostaje w Polsce mało znany. Pośrednio jest to efekt tego, iż nie był zbyt lubiany przez wszechwładnych prezenterów radiowej Trójki. A może jest inna, tajemnicza, przyczyna ich słabej popularności nad Wisłą?

Dziś to już nie ma znaczenia. Ale jeśli ktoś chce zapoznać się z fenomenem brytyjskiej sceny rocka, powinien wiedzieć czym dla niej byli The Who. Dlaczego? Ano dlatego, że to oni, a nie The Beatles czy The Rolling Stones, jako pierwsi dali czadu. Chłopcy z południowego Londynu, chłopcy z Shepherds Bush, pokazali jak się robi muzykę, rozwalając na scenie gitary. Wydane w ubiegłym roku filmy pokazują fascynującą historię grupy, która po 24 latach przerwy, wydała kolejną płytę (Endless Wire). Bez nowej muzyki owe filmy i tak by powstały, bo The Who dali początek rebelii. Narratorami w filmie „The Story of The Who” są Roger Daltrey i Pete Tawnshend, dwaj żyjący członkowie grupy. Opowiadają o początkach, ale ich historia co chwila kontrapunktowana jest przez ludzi związanych z zespołem. Na ekranie pojawiają się m.in.: inżynier nagrań i producent – Glyn Johns; współpracujący z grupą po dziś dzień menadżer – Bill Curbishley; menadżer z lat 1964-1975 – Chris Stamp, promotor koncertów – Harvey Goldsmith, czy kolega z zajmowanego wraz z Townshendem pokoju w college’u – Richard Barnes. Ponadto pojawiają się członkowie rodziny oraz liczni muzycy. Wśród tych ostatnich wyróżnia się Noel Gallagher z Oasis, Kenney Jones ze Small Faces, Eddie Vedder z Pearl Jam, Steve Jones z Sex Pistols, The Edge z U2 oraz Sting.

Film „The Story of The Who” opowiada wszystko zgodnie z klasyczną chronologią, od początków grupy występującej pod nazwą Detours, poprzez zmianę nazwy na The High Numbers, aż do powstania The Who i dalej śledzi wszystkie wzloty i upadki, ze śmiercią aż dwóch członków-założycieli zespołu włącznie. Ale liczne wywiady i znakomity montaż ukazują nam coś więcej niż tylko jeszcze jedną rock’n’rollową przygodę.

Oglądając te dwa filmy („Six Quick Ones” jest swoistym uzupełnieniem wyżej wymienionego) m.in. można dowiedzieć się, co wyróżniło zespół na tle innych grup oraz dlaczego zerwali z rhythm and blues’em. Prezentowana jest przełomowa w dziejach grupy piosenka „Happy Jack”, która połączyła muzykę angielską z rockiem. Dowiadujemy się, jak muzycy flirtowali ze sztukami wizualnymi. Wspominana jest Ealing Art School, gdzie muzycy zetknęli się z twórczością i artystycznymi zapatrywaniami takich artystów jak: Gustav Metzger, Malcolm Cecil, Yoko Ono czy Pete Meaden. Ten ostatni wkrótce wprowadził ich w świat reklamy, od której częściowo zaczerpnęli swój wizerunek (słynna do dziś, skrojona z brytyjskiej flagi, marynarka Townshenda). Poruszona jest kwestia brzmienia, bo The Who zwrócili się do startującego w latach 60. do światowej sławy, producenta wzmacniaczy Jima Marshalla. Zamawiali u niego coraz większe egzemplarze, aby, jak to ujął Townshend, ich muzyka zaczęła odpowiadać współczesnym czasom. Miała stać się wyzwaniem wobec wielkomiejskiego hałasu (pędzącego pociągu, startującego odrzutowca).

Pojawiający się w filmie „Six Quick Ones” muzycy opowiadają, nierzadko z zazdrością, o fenomenie czwórki z Shepherds Bush. The Edge stara się zanalizować styl gry Townshenda. Bierze do ręki gitarę i gra „pod niego”, uzasadniając na czym polega specyficzna agresja jego gry. Okazuje się, że ten bazujący na akustycznym jazzie i flamenco muzyk zawsze atakuje struny w sposób sprawiający, iż koniec akordu ma siłę równą jego początkowi. The Edge nazywa to „przestrzenią negatywną”. Sam Townshend twierdzi, że jego styl gry na gitarze akustycznej różni się od tego, którego używa grając na gitarze elektrycznej. O tej ostatniej mówi, że musi brzmieć jak… karabin maszynowy. W samych superlatywach wypowiadają się muzycy o stylu gry Keitha Moon’a, który jakby zastępował… całą orkiestrę, bez przerwy improwizując. John Entwistle jawi się zaś jako człowiek, który wyzwolił gitarę basową. Basówka przestała być nowym kontrabasem; stając się oddzielnym instrumentem. Oczywiście znaczna część materiału poświęcona jest Daltrey’owi, którego styl śpiewania ulegał zmianom wraz z muzyką zespołu.

Z obu filmów wyłania się fenomen znajomości czterech młodych chłopaków z południowego Londynu, którzy zakładając zespół nie przypuszczali jak bardzo połączy on ich losy, ale także umocni ich przyjaźń. Długoletnia przyjaźń jest osobnym fenomenem, który w filmie również został zauważony. Z chaosu licznych scen i wypowiedzi można wyłowić kwestię motywacji. Pete Townshend zdradza, co napędzało go przez długie lata do dalszej, wytężonej pracy. Wspomina, iż dokładnie zapamiętał moment, kiedy jego piosenki zaczęły zyskiwać uznanie i słowa, które w związku z tym usłyszał: write some more (napisz więcej). Te proste słowa dały mu wewnętrzną siłę, aby dzielić się swoją muzyką.

Filmy pod wspólnym tytułem „The Amazing Journey” ukazują jak bardzo rock wrósł we współczesność i jak trudno wyobrazić sobie dzisiejszą muzykę bez gitarowego sprzężenia.