Wydanie bieżące

1 lipca 13 (109) / 2008

Andrzej Ciszewski,

„SALAAM NAMASTE”. INDYJSKA POCZTÓWKA Z ANTYPODÓW

A A A
Statystyczny zachodni widz, wychowany na hollywoodzkim kinie głównego nurtu lub na „ambitnych” produkcjach europejskich, zupełnie inaczej niż Hindusi postrzega i przeżywa kino rodem z Bollywood, które najczęściej jawi mu się jako tandetne i kiczowate. W powszechnej świadomości utrwaliła się dość krzywdząca definicja poziomu obrazów z indyjskiej Fabryki Snów jako masowo produkowanych, bliźniaczo do siebie podobnych, wielogodzinnych opowieści o nieszczęśliwej miłości i rodzinnych problemach, w których akcja – zredukowana do dynamiki telenoweli – urozmaicana jest kiczowatymi wstawkami muzycznymi, w których możemy podziwiać radośnie pląsające Hinduski w malowniczych sari. Na szczęście jest to tylko częściowa prawda. Bollywoodzkie produkcje wpisują się w gatunkowy schemat komedii romantycznych, gangsterskich dramatów, dreszczowców, horrorów, fantastyki i opowieści biograficznych. W większości przypadków poziom realizacyjny filmów jest zaskakująco wysoki – ich twórcy operują świetnym montażem, szeroką paletą barw oraz dynamiczną narracją. Co zaś się tyczy oprawy muzycznej i powiewających sari – we współczesnym Bollywood muzyka coraz częściej czerpie z zachodnich dyskotekowych brzmień, przez co także sekwencje taneczne stanowią lustrzane odbicie teledysków lansowanych w MTV. Doskonałym przykładem dla niedowiarków jest obraz „Salaam Namaste” w reżyserii Siddhartha Ananda, który w Polsce ukazał się pod tytułem „Trudna droga do miłości”.

Ambar (Preity Zinta) jest studentką medycyny pracującą w radiostacji „Salaam Namaste”, gdzie przeprowadza kontrowersyjne rozmowy z Hindusami mieszkającymi w Australii. Kiedy w jej audycji padają krytyczne słowa na temat restauracji Nikhila Arory (Saif Ali Khan), rozsierdzony szef kuchni oraz architekt w jednej osobie grozi jej pozwaniem do sądu. Po jakimś czasie młodzi spotykają się (oczywiście, nie rozpoznając się nawzajem) na ślubie wspólnych znajomych. Między Ambar i Nickiem rodzi się gorące uczucie, które jednak wielokrotnie zostanie wystawione na ciężką próbę…

Już pierwsze ujęcia filmu zapowiadają przygodę na granicy dwóch kinematograficznych światów. Krzykliwe, cukierkowe napisy w czołówce budzą skojarzenia z mało obiecującymi amerykańskimi komedyjkami romantycznymi. Po nich następuje dynamiczna panorama, jaką spokojnie mógłby się zaczynać serial „C.S.I. Kryminalne zagadki Melbourne” – gdyby oczywiście kiedykolwiek powstał. Później pojawia się nie mniej ciekawa sekwencja, w której poznajemy bohaterów (oraz naszą heroinę), zrealizowana na obraz i podobieństwo formalnych zabaw Guya Ritchiego. Powiew Zachodu widoczny jest także w aranżacjach taneczno-wokalnych. Popisowa scena na plaży przypomina wideoklipowe dokonania Petera André połączone z reklamówkami pewnego lodziarskiego potentata. Ale nie warto się zżymać, gdyż wstawki tego rodzaju służą przede wszystkim promocji samego obrazu oraz uruchamiają (w szczególności w przypadku Hindusów) proces interaktywnej zabawy, polegającej na stadnym śpiewaniu podczas projekcji razem z bohaterami filmu. W zasadzie fakt ten nie powinien dziwić zachodniego widza, mającego w pamięci doświadczenia kina kultowego (fenomen „Rocky Horror Picture Show” Jima Sharmana, 1974). Warto także nadmienić, iż bajkowy charakter tych sekwencji ma swoją genezę w historii indyjskiego kina, które w pierwszych latach swego istnienia rozwijało się pod kontrolą Imperium Brytyjskiego. Pragnąc oszukać kolonialną cenzurę, filmowcy wplatali do swoich opowieści sceny oniryczne, przedstawiające wizję niepodległej ojczyzny. Widownia potrafiła natychmiast rozszyfrować sygnały, których brytyjscy kolonizatorzy najwyraźniej nie byli w stanie dostrzec. Z biegiem czasu tematyka piosenek zogniskowała się głównie na sprawach damsko-męskich.

Przeciętny zjadacz masali spragniony jest ekranowej bliskości gwiazd filmowych, które w Bollywood otoczone są prawdziwie nabożnym kultem. Wielbiciele mają pełną świadomość tego, że ich idole żyją w lepszym, niedostępnym dla zwykłego śmiertelnika świecie. Jedyną okazją, pozwalającą na chwilę zapomnieć o żałości doczesnej egzystencji, jest rytuał spotkania z celuloidowym bóstwem. Niepomiernej satysfakcji dostarcza widzom także charakterystyczna konwencja gry, jawnie ignorująca wymogi stylu „zerowego”. Jednak bezpośrednie nawiązanie kontaktu wzrokowego z bożyszczem usprawiedliwia wszelkie pogwałcenie zasad sztuki aktorskiej. Kino Bollywood z założenia ma charakter masowy, będąc zasadniczo jedynym obowiązującym systemem kinematograficznym (w Indiach nie pokazuje się praktycznie żadnych filmów zagranicznych). Nie bez przyczyny zatem Hindusi wszędzie wielbią tych samych gwiazdorów i wyśpiewują te same filmowe szlagiery, przejmując elementy ubioru, wyglądu czy zachowania swoich idoli.

Preity Zinta oraz Saif Ali Khan w „Salaam Namaste” hojnie rozdają czułe spojrzenia i perliste uśmiechy, operując przedziwnym językiem, będącym wypadkową angielskiego oraz hindi. Uwodzą widzów swoją urodą, statusem społecznym, niedościgłym powiewem zachodniego stylu życia… W filmie nie brakuje jednak elementów przejaskrawiających wpływ obcej kultury na hinduskich emigrantów. Najlepszym przykładem jest Jaggu Yadava (Javed Jaffrey), ekscentryczny outsider-milioner, łączący w sobie cechy kowboja spod znaku Lee van Cleefa oraz aparycję Mike’a „Krokodyla” Dundee. Odziany w skórę, z nieodłącznym cygarem i spojrzeniem zabijaki, Jaggu nie ukrywa pogardy dla swoich rodaków („Są dwa rodzaje Hindusów – jednym nie możesz ufać; drugich nie możesz znieść” – objaśnia skonfundowanemu Nickowi), dumnie podkreślając, że jest Australijczykiem.

„Salaam Namaste” to ciepła, rozśpiewana komedia romantyczna o uczuciu rodzącym się między „Marsjaninem” i „Wenusjanką” (odwołując się do popularnego poglądu na temat domniemanej niemożności międzypłciowego porozumienia), żyjącymi razem, ale osobno, wytyczającymi sobie granice własnych światów. To pogodna, ale niepozbawiona łyżki dziegciu (ale malutkiej) opowieść o „docieraniu się” dwóch silnych osobowości, o blaskach i cieniach wspólnej codzienności oraz krzepiąca – szczególnie pierwiastek męski – historia o emocjonalnym dojrzewaniu i odpowiedzialności.

W opinii fanów kina z Bollywood, zachodnie społeczeństwo – wraz ze swymi brutalnymi oraz dosłownymi obrazami – utraciło swoją czystość i niewinność, która do dziś króluje w kinie indyjskim. „Salaam Namaste” nie jest wyjątkiem, choć za sprawą jednego wątku (ale nie zdradzę jakiego) mógłby spokojnie zostać zaliczony w poczet dramatów społecznych. Na szczęście pozostaje wierny swojej bajkowości. A takiej bajki jak „Salaam Namaste” przyjemnie jest wysłuchać (oraz obejrzeć) przed snem. Ot tak, chociażby dla poprawy nastroju po zobaczeniu kolejnych serwisów informacyjnych czy „moralnie niepokojących” dokonań rodzimego kina.
„Trudna droga do miłości” („Salaam Namaste”). Scen. i reż.: Siddharth Anand. Obsada: Preity Zinta, Saif Ali Khan, Jugal Hansraj. Gatunek: musical / komedia romantyczna. Indie 2005, 152 min.