ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (109) / 2008

Bernadetta Darska,

ŻYĆ CZY UMIERAĆ?

A A A
Powieść Orneli Vorpsi ma swoją dedykację. Autorka nie poświęca jednak książki jednemu człowiekowi lub grupie ludzi, jak to zwykle bywa, lecz – jak czytamy – „słowu pokora, które w języku albańskim nie występuje”. Zważywszy, iż mowa będzie o „Kraju, gdzie nigdy się nie umiera”, bo taki tytuł nosi powieść, i o kraju, w którym nie istnieje pokora, już na początku mamy do czynienia z mieszanką wybuchową. Bohaterka krótkich fragmentów, z jakich skonstruowana jest opowieść, nie nadużywa emocji. Jej narracja niebezpiecznie zbliża się do pozycji obserwatora. Tyle że dość specyficznego – rozpaczliwie udającego, że dystans jest możliwy, że można opowiedzieć innym, że to, czego się doświadcza na co dzień, uda się przerobić w wiarygodne słowa. Rozpaczliwość opowiadania wydaje się być szczególnie istotna, bowiem wypowiadane zdania przypominają momentami strzały z karabinu. Zdecydowane, czyste, nierozważające niuansów „za i przeciw”, relacjonujące i – przede wszystkim – uderzające. Czyż nie brzmi tak na przykład stwierdzenie: „Chodzi o sprawę kurestwa” (s. 9) lub „(...) kobieta w ciąży równa się kobieta zerżnięta w krzakach” (s. 12)?

Nieprzypadkowo powyższe cytaty dotyczą seksualności i kobiet. Książkę Vorpsi można bowiem potraktować jako portret społeczności, w której kobieta zostaje zdegradowana do tego, co ma między nogami. Definiowana jest przez seks lub jego brak. Tak więc mamy dziewczynki, które muszą pilnować swojej seksualności, i kobiety, które już jej w takim stopniu kontrolować nie muszą – na wszelki wypadek myśli się bowiem o nich jak o kurwach. Nie ma znaczenia, co ze swoją seksualnością faktycznie robią. Liczy się potencjalność. Mężczyzna zawsze może sięgnąć po kobietę, a skoro tak jest, to niższość kobiety w tej relacji jest naturalna. Vorpsi udaje się prostymi słowami pokazać to, co w patriarchalnym społeczeństwie jest szczególnie przerażające – oczywistość. Z nią się nie dyskutuje, przeciwko niej się nie buntuje, z nią trzeba się nauczyć żyć – od małego, jeśli się jest dziewczynką, do końca życia, jeśli się jest kobietą. Seks i kobiecość urastają do rangi najważniejszego wydarzenia, ich wzajemne powiązanie umożliwia zdefiniowanie podstawowych relacji społecznych. Vorpsi ironicznie i dosadnie zauważa: „Chodzi o sprawę kurestwa. Jakże ich pasjonuje, jakże rozpala ich serca (które płoną z byle powodu), do jakich szaleństw i dramatów prowadzi. To kwestia o zasadniczym znaczeniu, obchodzi starych i młodych, wykształconych i analfabetów. Są pewne reguły, które duch narodu wytwarza, ot tak, w sposób naturalny, niczym drzewo liście. Reguły te opierają się u nas na jednej zasadzie: ładna dziewczyna jest dziwką, a brzydka – biedaczka! – nie. W tym kraju dziewczyna musi bardzo uważać na swój ‘nieskalany kwiat’, bo ‘mężczyzna umyje się kawałkiem mydła i będzie jak nowy, dziewczynie zaś nie wystarczy nawet morze!’. Całe morze” (s. 9). Nad kobietą sprawuje więc kontrolę nie tylko mężczyzna, ale też inne kobiety. Dyscyplinowanie i pilnowanie seksualności kobiet to zadanie narodu. Prywatne staje się więc tutaj polityczne i publiczne, co Vorpsi dostrzega i piętnuje.

W powieści albańskiej autorki znajdziemy też specyficzny opis choroby. Nie jest ona czymś złym, czymś powodującym wyrzucenie poza rytm codzienności. Pozwala doznać normalności, umożliwia wyrwanie się choć na chwilę z niewoli własnej cielesności. Spojrzenia innych, nieustannie kontrolujące kobiecość, w trakcie choroby odwracają się, ciało schorowane nie jest interesujące dla strażników czystości moralnej. Vorpsi pisze: „Choroba była zawsze okresem radości, (...) przestawałam być dziwką. Aż do dnia wyzdrowienia, przeklętego dnia wyzdrowienia, od którego zaczynały się znowu obelgi, ponownie zostawałam dziwką (...)” (s. 12-13).

Kolejne fragmenty opowieści odsłaniają pragnienie zwyczajności. Bohaterka wyraźnie tęskni za tym, by móc żyć bez ciągłego tłumaczenia się, by doświadczać radości i beztroski, a nie smutku, obraźliwych krzyków, rozpaczy. Chciałaby nie przynależeć. Widać to wyraźnie we fragmencie, w którym dowiadujemy się o rozwodzie jej rodziców. Matka wraca do panieńskiego nazwiska, w efekcie córka zostaje skojarzona z ojcem, choć bardziej związana czuje się z matką. Po raz kolejny kobiecość musi należeć do mężczyzny. Po raz kolejny z wolą kobiecości/dziewczyńskości nikt się nie liczy.

Zwyczajność, normalność, czułość, spokój są do tego stopnia czymś obcym i niezrozumiałym, że kiedy się komuś zdarzają, budzą zawiść i agresję. Vorpsi odtwarza rytuał celebrowany przez dziadka, który z upodobaniem dryluje czereśnie dla babci. I od razu porównuje, dostrzegając brak podobnego doświadczenia w swoim najbliższym otoczeniu: „Trzeba przyznać, że ojciec nigdy nie drylował czereśni dla mamy i że musi to być prawdziwy dowód miłości, bo chodzi przecież o czynność delikatną, ulotną, a także dlatego bardzo trudno jest usunąć pestkę z czereśni, nie niszcząc owocu (...)” (s. 68). Przywołana przez Vorpsi scena przypomina rozważania Jolanty Brach-Czainy, która także owoc czyni symbolem tego, co najważniejsze w człowieczej egzystencji. Przypomnijmy więc raz jeszcze, że właśnie na to w świecie albańskim jest bardzo mało miejsca.

Vorpsi, choć obnaża zniewolenie, na które z zadziwiającą skwapliwością otwierają się Albańczycy, to jednak dostrzega też, paradoksalnie, element przetrwania tkwiący w takiej mentalności. Z jej opowieści wynika bowiem, że Albania to kraj, który stopniowo niszczy – niszczy indywidualność, pasję, wolność, niezależność. Ale też „kraj, gdzie nigdy się nie umiera” – jego mieszkańcy wybierają więc życie, wolą bowiem żyć byle jak, niż umierać z klasą. Vorpsi zdaje się więc pozostawiać czytelnika z następującym dylematem – co lepsze? który wybór pozostawia człowieka człowiekiem?
Ornela Vorpsi: „Kraj, gdzie nigdy się nie umiera”. Przeł. Joanna Ugniewska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2008 [seria: Inna Europa, inna literatura].