Wydanie bieżące

1 lipca 13 (109) / 2008

Łukasz Iwasiński, Bartek Kujawski,

EKSPERYMENTATOR Z ZAORANĄ CZACHĄ?

A A A
„Murlull movies”, nowa płyta Barka Kujawskiego, może okazać się nie lada wyzwaniem nawet dla fanów jego dotychczasowych produkcji, realizowanych pod szyldem 8 Rolek. Czołowy twórca naszej elektronicznej awangardy tłumaczy kulisy jej powstania

Łukasz Iwasiński: Jak pracowałeś nad płytą „Murlull movies”?

Bartek Kujawski: Nie jestem pewien, czy odpowiadając na to pytanie, nie strzelam sobie samobója. Myślę, że o takich sprawach powinno się mówić jak najmniej, a muzyka powinna obronić się sama. Paplanie niepotrzebnie zawęża pole interpretacji. Niektóre rzeczy mogą stać się zbyt oczywiste i przez to zupełnie niepociągające. Wolę słuchać tego, co inni tam zobaczyli, niż narzucać cokolwiek. Czasem, opisując całkiem abstrakcyjną muzykę, można się nieźle zabawić. Przypomina mi się w tym momencie moja debiutancka płyta, czyli „ptak mechaniczny”. W co drugiej recenzji ludzie pisali, że słyszą na niej wszelkiego rodzaju ptactwo, a niektórzy wręcz posądzali mnie o bieganie z mikrofonem po kurnikach, dziuplach. a prawda jest taka, że nazwa i sam pomysł ptaków pojawił się już po ukończeniu albumu (śmiech). Teraz nie chcę tworzyć żadnych legend.

Ł.I.: Opowiedz w takim razie o technicznej stronie płyty.

B.K.: No, to już są kompletne nudy. Kogo obchodzi, czy używam winampa, itoonsa czy foobara? (śmiech). Używałem wszelkiego typu oprogramowania. wymyśl sobie dowolny program i na 99% korzystałem, jeśli nie z tego konkretnego programu, to z takiego, w którym dźwięk tworzy się lub przetwarza w podobny sposób. Używałem programów, w których łączy się klocki liniami, takich w których układa się kwadraciki, takich w których ustawia się nutki, takich w których kręci się gałeczkami, takich w których wpisuje się cyferki, takich w których przesuwa się suwaczki. Jest dużo przetworzonego akustycznego materiału, dużo nieprzetworzonego, całkiem sporo syntezowanego..., dam sobie głowę uciąć, że w co drugim dźwięku większość ludzi pomyli się, szukając źródła. To nieistotne, liczy się efekt. Zawsze staram się łączyć dźwięki kompletnie różne. brzmienie jest wtedy bardziej pełne, ciekawe i ludzkie.

Ł.I.: Spytam więc, czym płyta różni się – z Twojego punku widzenia – od wcześniejszych produkcji, jak byś ją usytuował w ich kontekście?

B.K.: Tym razem nie było tak, że najpierw poprzez godziny mniej lub bardziej udanych prób, eksperymentów i brnięcia na oślep, powstawał materiał, który z biegiem czasu krystalizował się i dopiero na samym końcu okazywało się, co to jest i dlaczego akurat tak. Tym razem od razu wiedziałem, co chcę nagrać. Miałem plan i konsekwentnie go realizowałem, zarówno jeśli chodzi o całość, jak i poszczególne kawałki. Najpierw powstawały na kartce, dopiero potem starałem się je przenieść na komputer. To co za chwilę powiem w kontekście dźwięków z mojej nowej płyty może wydawać się totalnym idiotyzmem, ale uważam, że „Murlull movies” jest najmniej eksperymentalną rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Możliwe, że nowa metoda wyniknęła z lekkiego zmęczenia softem do muzyki eksperymentalnej. Niby nadal używam narzędzi, w których dźwięki powstają w sposób programistyczno/matematyczny, ale miałem też ochotę napisać parę nutek na partyturze, jak jakiś stary pierdziel. Konsekwencją takiego podejścia jest rzecz, która chyba najbardziej różni tę płytę od poprzednich. Gdzieś nagle i niespodziewanie zniknęło mi techno. Wcześniej pojawiały się bity i różne rozwiązania znane z muzyki klubowej. nawet jeśli nikt zdrowy psychicznie nie był w stanie do tego tańczyć, jakoś dało się wyczuć, że jest to osadzone w takiej, a nie innej tradycji. Tutaj nawet jeśli pojawi się wyraźny rytm, bardzo szybko rozmywa się i gubi w gmatwaninie zgrzytów i melodii. Muszę przyznać, że po skończeniu materiału, kiedy byłem już totalnie zmęczony, dłubaniem w nim, poprawianiem każdego pryknięcia tak, żeby plan został w 100% zrealizowany, strasznie zaczęło mi brakować rzeczy, z których zrezygnowałem. Nie w samej płycie, bo ona jest taka, jaka miała być i cieszę się, że taka wyszła. Zaczęło mi brakować tworzenia muzyki przez nieskrępowaną, bezmyślną zabawę. No więc, żeby jakoś odreagować, zacząłem napierdzielać techno. Na maksa, bez cienia pretensji do awangardy, bez silenia się na oryginalność.

Ł.I.: Jak należy rozumieć ten „plan”, który miałeś?

B. K.: Oczywiście na dzień dobry nie wiedziałem dokładnie, gdzie jaki dźwięk ma się pojawić. Takiego czegoś nie wiedziałbym choćbym był Mozartem. Pojedynczych dźwięków nie da się rozpatrywać w oderwaniu od brzmienia, a w brzmieniu zostało najwięcej eksperymentu. Wiedziałem, jaki chcę uzyskać efekt, ale często z góry nie wiedziałem, jak go uzyskać. Wiem, gdzie potrzebuję tekstury składającej się z losowych drobin, wiem, gdzie jest mi potrzebny dron, ale jednak zawsze tworząc brzmienie, muszę pokręcić różnymi gałkami, nie do końca wiedząc, co się stanie. Tutaj niestety nie potrafię zrezygnować z eksperymentu. W przypadku tej płyty było to trochę kłopotliwe, bo wiedziałem, co chce uzyskać i nie chciałem zmieniać koncepcji po przypadkowym natrafieniu na jakiś ciekawy efekt. Tak zazwyczaj to wyglądało w przeszłości. Jeśli chodzi o strukturę, to była zaplanowana dokładnie. W różnych utworach wyglądało to różnie, ale większość w pierwszym etapie prac namalowałem normalnie na papierze.

Ł.I.: „Murlull movies” zdecydowałeś się wydać pod własnym nazwiskiem, a nie pod aliasem 8 Rolek, jak wcześniejsze płyty...

B. K.: Tym sposobem urodziły mi się dwa różne projekty. Musiałem je rozdzielić, nie było wyjścia. Musiałem też nazwać te rzeczy odpowiednio. „Poważne” podpisałem swoim nazwiskiem, a 8 Rolek pasuje lepiej do „zabawnych”. Druga płyta, czyli nowa płyta 8 Rolek jest już prawie gotowa. Muszę jeszcze zaśpiewać na niej tu i ówdzie, zrobić mastering, namalować okładkę. I jeśli nie stanie się nic nieprzewidzianego, wydam ją jesienią. Rozdwojenie wyszło samo, ale jestem bardzo zadowolony, że tak się stało. Wiesz, mam niewielką nadzieję, że będę teraz lepiej pasował do świata (śmiech). Przenikanie się u mnie tych dwóch estetyk sprawiało, że nawet interesujący się tego typu muzyką patrzyli na mnie z przymrużeniem oka. Ci od awangardy mieli mnie za wiejskiego głupka, bo czasem pojawiało się coś tanecznego lub śmiesznego. Ci od muzyki tanecznej mieli mnie za eksperymentatora z zaoraną czachą, bo nie wiedzieli po co obok rytmu pojawią się jakieś pierdoły. Pewnie w dużym stopniu będzie tak nadal. Nie byłbym sobą, gdybym zrobił wszystko tak, jak być „powinno”. Możliwe, że przy okazji jakiejś kolejnej płyty wszystko znowu się połączy, a może właśnie jeszcze podzieli na 100 innych projektów. Nie planuję takich rzeczy, nie wiem, na co będę miał ochotę za rok. Nie lubię nagrywać w kółko tego samego.

Ł.I.: Kolejne novum to fakt, że wydałeś płytę samodzielnie, a nie w mik.musik.

B. K.: Z mik.musik sprawa wygląda tak, działając w sposób, w jaki działaliśmy w momencie, kiedy trzonem wytwórni, poza ojcem założycielem, czyli Wojtkiem Kucharczykiem, byłem ja i Piotrek Połoz (Deuce), osiągnęliśmy wszystko co byliśmy w stanie osiągnąć. trzeba było wymyślić inną formułę, żeby nie dreptać w miejscu. Bez mika na pewno nie osiągnąłbym niczego na polu muzycznym, ale nagle się okazało, że dalej lepiej ciągnąć to samemu. Bo dlaczego nie? Jestem w pewnych kręgach trochę znany, mogę sam wydać płytę i już nie do końca ma znaczenie pod jakim szyldem. To nie jest takie trudne, jak podczas debiutu, a najlepiej jak się samemu dba o własne sprawy. W mik.musik nikt nie był biznesmenem, wszyscy jesteśmy muzykami. Nie ma powodu, dla którego Wojtek miałby chodzić na pocztę z paczkami z moją płytą, ma wystarczająco dużo paczek ze swoją. Każdy z nas ma teraz więcej czasu na realizację swoich planów i nadal pełne ręce roboty. Wojtek gra koncerty jako The Complainer i nagrywa nową płytę, projektuje miliony plakatów, robi różne instalacje. Piotrek gra jako Deuce, nagrywa płytę i gra koncerty z Psychocukrem, rozkręca imprezy z moim bratem pod szyldem Cobula, gra świetne koncerty z żoną w zespole Neogotik i doprowadza do upadku audycję radiowe z Bautatą (prezentowaną w ramach audycji Instytut Adama B., na antenie łódzkiego, studenckiego Radia Żak: http://www.instytut.zak.lodz.pl/ – przyp. Ł.I.). Wydałem jedną płytę, niedługo wydam następną, gram trochę koncertów, ale nie jest też tak, że my sobie nagle przestaliśmy pomagać. Ten stary mik nadal działa, tylko na innej płaszczyźnie, czysto przyjacielskiej. Gdyby nie pomoc Wojtka dużo trudniej szło by mi otwieranie własnego labela, Wojtek projektuje okładkę nadchodzącej płyty Psychocukra, ja zrobiłem wizualiację dla Cobuli i Neogotika, zdarza mi się przeszkadzać za pomocą gitary w koncertach The Complainerowi – można by tak wymieniać bez końca...

Ł.I.: Jak – z perspektywy paru ładnych lat – oceniasz dokonania i rolę mik.musik. Jak widzisz przyszłość tej oficyny?

B. K.: Dla mnie jej rola była nieoceniona, dzięki niej zaistniałem. Myślę, że mik był i nadal jest dla polskiej awangardy tym, czym Franek Kimono był dla polskiej piosenki aktorskiej. Co by nie mówić, jest zjawiskiem dosyć wyjątkowym w naszym pięknym, ale czasem nudnym i szarym kraju, a jeśli chodzi o przyszłość to musisz zapytać Wojtka. W tym momencie mik.musik to Wojtek Kucharczyk. Z tego co wiem, póki co będzie wydawał tylko płyty The Complainera i artystów związanych z tym projektem.

Ł.I.: Jak zmienił się twój status w ciągu ostatnich lat? Funkcjonujesz na marginesie (trudno by było inaczej zważywszy na Twoją muzykę), ale wydaje się, że jesteś coraz mniej anonimowy, a w pewnych zainteresowanych kręgach bardzo ceniony. Udaje Ci się przebić do jakichś „poważnych” (zinstytucjonalizowanych) środowisk? Skąd dżingiel dla tvp kultura?

B. K.: Całkiem anonimowy w środowisku nie jestem. Zresztą środowisko, które się zajmuje tego typu muzyką jest tak mikroskopijne, że trudno być w nim anonimowym jeśli się cokolwiek zrobiło. Jeśli chodzi o „poważne” (zinstytucjonalizowane) środowiska to właściwie nie wiem, co masz na myśli. Jakieś wielkie instytucje medialne? Dobrze wiemy, że normalnymi drogami taki dziwak jak ja nie ma szans do nich wejść. To są bezduszne i bezmyślne kolosy. Na szczęście siedzą w nich, tu i ówdzie, różni dywersanci, więc czasem uda się gdzieś przebić niezauważenie, tylnymi drzwiami. Zazwyczaj niezauważenie dla kompletnie nikogo. Najbardziej udanym z takich niezauważalnych przebić, jakie mi się przytrafiło jest udźwiękowienie migawek dla TVP Kultura, o których mówisz. Jest więc chyba kilka osób, które słuchają moich dźwięków dzień w dzień, prawdopodobnie w ogóle ich nie zauważając. Mówię „chyba", bo nie mam TVP Kultura i nie widziałem nigdy tych dżingli w akcji (śmiech). Trafiłem tam całkiem zwyczajnie. Muzyk, który robił do tego dźwięki, nie mógł wpasować się w ramy, które zostały wyznaczone. Ludzie, którzy się tym zajmowali, napisali do Wojtka Kucharczyka. Wcześniej współpracowali przy dziwnych eksperymentach, ale on akurat nie miał czasu i ochoty się tym zająć, więc skierował ich do mnie. Szczęśliwie, okazało się, że to co robię dobrze pasuje. Wszystko poszło szybko i bezboleśnie.

Ł.I.: Co Cię aktualnie inspiruje, pociąga w muzyce? Jakie zjawiska czy postacie w ostatnim czasie zrobiły na Tobie wrażenie? Czy te inspiracje przełożyły się na twoją twórczość?

B. K.: Na nowej płycie można się doszukać wielu inspiracji. Uwielbiam dekonstruować różne style i estetyki, ale tym razem w sposób świadomy nie sięgałem po aktualną muzykę. Są tam strzępki muzyki klasycznej, co nieco sakralnej, trochę filmów Kurosawy, wiele różnych historii... Jeśli chodzi o rzeczy godne uwagi w tym momencie, to jest tego wiele i nigdy nie zdarza się inaczej. Villalobos ciągle w formie, podobnie Kevin Drumm. The Two Man Gentlemen Band, Dan Le Sac Vs. Scroobius Pip. Snoop Dogg ładnie jak zawsze. El Guincho, Jon Mueller, Clark, Steven R. Smith jako Ulaan Khol... Jeśli chodzi o Polskę to Dick4Dick nagrali genialną płytę. Mam nadzieję, że niedługo zdecydują się wydać jakiś materiał Samorządowcy. Słyszałem niedawno świetne koncerty Kristen i Ścianki. Odkurzona Siekiera wywołuje łezkę w oku i drżenie pałki. Uh, same gitary? Żeby polskim gitarzystom nie było tak słodko, to muszę napisać, że najbardziej modne wśród naszej młodzieży licealnej zespoły są totalnie żałosne. Lepiej nie będę podawał nazw, bo boje się piętnastoletnich wyrostków z pokaźnymi grzywkami ubranych w czarne kalesony. A może po prostu zazdroszczę im bujnych fryzur?