Wydanie bieżące

15 lipca 14 (110) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

CZTERY (MI)NUTY

A A A
Twórcy filmów muzycznych przejawiają często tendencję do idealizowania muzyki jako drogi wyzwolenia i samorealizacji. Chris Kraus stanowi w tej mierze jeden z wyjątków. Z pewnością „Cztery minuty”, podobnie jak „Pan od muzyki” Christophe’a Barratiera (2004) czy „Jak w niebie” Kaya Pollaka (2004), ukazują terapeutyczną rolę muzyki. Tym jednak, co różni je od wymienionych wyżej filmów, jest możliwa do odczytania między wierszami (czy też raczej między nutami) prawda, że muzyka to nie tylko dobrodziejstwo – to także system ograniczeń i uwarunkowań, które mogą stać się więzieniem dla duszy.

Traude Krüger (Monica Bleibtreu) jest starą i surową pianistką udzielającą lekcji gry na fortepianie więźniarkom z pobliskiego zakładu karnego. Resocjalizacja przez muzykę nie jest zbyt skuteczna – po samobójstwie jednej z dziewcząt pani Krüger ma już tylko cztery uczennice, do których dołącza wkrótce nowa więźniarka – agresywna i okrutna Jenny (Hannah Herzsprung). Nauczycielka, choć pogardza dziewczyną, nie może nie dostrzec jej ogromnego talentu, postanawia więc przygotować ją do konkursu fortepianowego. Nawiązana w ten sposób relacja odmieni rzecz jasna obie kobiety, pozwalając im lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Jednakże to nie motyw odmieniającej, aczkolwiek trudnej przyjaźni dwóch złożonych osobowości – znany doskonale przecież z innych filmów – jest w „Czterech minutach” najciekawszy, choć być może jest najważniejszy. Znacznie bardziej intrygujące są poboczne wątki (niekoniecznie fabularne), które Chris Kraus wplata mimochodem do snutej przez siebie opowieści. Nadwyżka ta rzuca zupełnie nowe światło na świat, w którym żyją bohaterki i na rolę, jaką pełni w nim muzyka.

Nuta harmonii

Pani Krüger na pierwszy rzut oka reprezentuje „starą szkołę” podejścia do muzyki. Swojej uczennicy próbuje wpoić szacunek dla klasyki, strofując ją za każde odstępstwo od normy. Kiedy Jenny zaczyna wygrywać na fortepianie swoje ekspresyjne rockowe albo jazzowe improwizacje, nauczycielka kategorycznie nakazuje jej porzucić ten „murzyński jazgot”. W miłości do muzyki klasycznej, jaką żywi nauczycielka, kryje się jednak coś więcej niż przywiązanie do tradycyjnej hierarchii gatunków muzycznych i konserwatywny gust. Umiejętnie wprowadzane retrospekcje pokazują, że klasyka ma dla pani Krüger znaczenie wręcz fundamentalne.

Wspomnienia nauczycielki przenoszą nas w czasy końca II wojny światowej. Traude była wtedy młodą sanitariuszką i początkującą, ale już uznaną, pianistką. Pracując w szpitalu polowym, młoda kobieta na co dzień oglądała cierpienie, z którym radziła sobie jedynie dzięki muzyce. Najpełniej obrazuje to scena, w której Traude asystuje przy amputacji nogi rannego żołnierza. Dziewczyna przytrzymuje miotającego się i krzyczącego mężczyznę, scena jest jednak w pewien sposób odrealniona – zamiast wrzasków żołnierza i nerwowego hałasu szpitalnej sali, z offu rozbrzmiewa łagodna, harmonijna, klasyczna melodia. Jasne jest, że Traude ucieka od codziennego okrucieństwa w świat muzyki. Melodia milknie dopiero wtedy, gdy do szpitala wkraczają żołnierze SS i wyrywają struny ze stojącego w niej fortepianu. W tej chwili miejsce muzyki zajmują realistyczne odgłosy – krzyk mężczyzny, głośne rozmowy, hałas.

Skonfrontowana ze złem i okrucieństwem, pani Krüger kieruje swój słuch do własnego wnętrza, w którym nieustannie rozbrzmiewają fortepianowe sonaty. Tak dzieje się także w scenie, w której nauczycielka poznaje Jenny. Kiedy pianistka chce wyrzucić dziewczynę z lekcji, więźniarka wpada w furię i atakuje strażnika. Pani Krüger natychmiast przestaje patrzeć – zapada się w sobie, koncentruje wzrok na małym owadzie próbującym się poderwać do lotu, następnie idzie spokojnie do wyjścia, patrząc uparcie przed siebie, byleby tylko nie zobaczyć sceny przemocy rozgrywającej się tuż obok niej. Kiedy tylko nauczyciela zamyka za sobą drzwi, spoza kadru zaczyna dobiegać muzyka – fenomenalna kompozycja Jana Tilmana Schadego. Pani Krüger, słysząc ją, przestaje odbierać inne sygnały – nie słyszy już krzyków i biegu strażników, nie słyszy zamieszania, które wokół niej stopniowo narasta. Okazuje się jednak, że tym razem muzyka ma swoje konkretne, realne źródło – to Jenny po zmasakrowaniu strażnika improwizuje na fortepianie pani Krüger…

Stara nauczycielka postrzega zatem muzykę przede wszystkim jako kontrapunkt wobec zła świata, sensowną całość w rzeczywistości, która jest niemożliwym do ogarnięcia chaosem. „Poświęciłam moje życie pięknu” – mówi bohaterka w jednej ze scen. „Piękno” to w jej odczuciu harmonijna muzyka klasyczna – kompozycje Schumanna, Schuberta i innych wybitnych kompozytorów. Pani Krüger nie dostrzega jednak, że jej „poświęcenie” jest przede wszystkim ucieczką. Świat muzyki jest dla niej domeną ładu i porządku, rzeczywistością, w której każda nuta ma swoje doskonale określone miejsce. Tak rozumiana muzyka spełnia także funkcję ramy nałożonej na rzeczywistość, pozwalającej na oddzielenie tego, co harmonijne i dobre, od tego, co okrutne i złe, tego, co potrzebne, od tego, czego należy się pozbyć. Taką wizję pani Krüger próbuje przekazać Jenny. Problem polega jednak na tym, że dziewczyna ma mocne powody, by takiej propozycji nie zaakceptować.

Nuta dysharmonii

Skłonność Jenny do buntowniczych improwizacji, tak samo jak miłość pani Krüger do muzyki klasycznej, nie jest bynajmniej przypadkowa. Kiedy nauczycielka zabrania jej po raz kolejny grania „murzyńskiego jazgotu”, dziewczyna odpowiada: „Ale ten jazgot to ja!”. Jenny doświadczyła swego typu opresyjności muzyki klasycznej. Jako dziecko była świetnie zapowiadającą się pianistką. Wygrywała międzynarodowe konkursy, była postrzegana jako geniusz. Ojciec zmusił ją do podporządkowania swego życia muzyce – rygorystyczne ćwiczenia, nieustanne życie na walizkach i rywalizacja z innymi młodymi muzykami sprawiły, że w wieku dwunastu lat dziewczyna postanowiła się zbuntować.

Podobnie jak pani Krüger, Jenny poznała okrucieństwo i zło – dotknęły jej one bezpośrednio, wdarły się w jej świat tak głęboko, że dziewczyna oswoiła się z nimi, popadając wręcz w zobojętnienie. Wykorzystana seksualnie przez ojca, oszukana przez mężczyznę, którego kochała, skazana za zbrodnię, której najprawdopodobniej nie popełniła, Jenny nie ma zbyt wielu powodów, by cieszyć się życiem. Muzyka klasyczna stała się początkiem zła, jakie ją spotkało, była pierwszym więzieniem, w jakim ją zamknięto, dlatego też dziewczyna nie godzi się na jej idealizowanie – zbyt dobrze zna cenę, jaką płaci się za perfekcyjne wykonanie danego utworu. Mimo to przyjmuje pomoc pani Krüger. W głębi duszy Jenny wie bowiem, że jedynie muzyka może ją wyzwolić. Nie pomóc jej uciec od zła świata – jak to się dzieje w przypadku nauczycielki – ale dosłownie wyegzorcyzmować z siebie zło. Dziewczyna, w przeciwieństwie do starej pianistki, nie próbuje zanegować zła – podświadomie stara się opowiedzieć o nim za pomocą dysharmonijnych melodii, ekspresyjnych i nieuporządkowanych tonów. Zwieńczeniem tego dążenia jest fenomenalny finałowy koncert Jenny, podczas którego dziewczyna gra całym swoim ciałem, umysłem i duszą, wykorzystując nie tylko klawisze, ale i całą konstrukcję fortepianu, łącząc muzykę Schumanna z własnymi dzikimi improwizacjami. Jedynie w ten sposób może uzyskać wolność w muzyce, wyrwać się z więzienia chłodnego perfekcjonizmu, w jakim próbowano ją zamknąć.

Nuta dobra, nuta zła

„Nie mogę pomóc ci stać się lepszym człowiekiem. Ale mogę pomóc ci stać się lepszą pianistką” – mówi pani Krüger w jednej z pierwszych rozmów z Jenny. „Cztery minuty” to film, który jest ilustracją prawdy o paradoksalnej naturze ludzkiej, o tym, że najwyższe piękno sąsiaduje w człowieku z najgorszym zezwierzęceniem. Z tej perspektywy struny fortepianu są zarówno idealnym instrumentem do wygrywania pięknych melodii, jak i potencjalnym narzędziem zbrodni – środkiem, za pomocą którego można dokonać egzekucji na młodej komunistce, czego świadkiem jest Traude. Mroczne sekrety czają się w każdym człowieku, sale koncertowe sąsiadują z miejscami kaźni, a więzienia wyrastają w samym centrum uporządkowanych miejskich przestrzeni. Nie dziwi więc fakt, że łagodny i sympatyczny strażnik, skatowany przez więźniarkę, sam daje wyraz tkwiącym w nim pokładom okrucieństwa, podczas gdy strażnik okrutny zdolny jest odczuć wzruszenie podczas koncertu więźniarki, którą otwarcie pogardza. Nie dziwi też to, że Jenny nie jest tak podła, jak wydawało się pani Krüger, która sama zresztą też nie jest bez winy.

Jest w dziele Krausa pewna nadwyżka znaczeniowa bliska metafizyce. Symbole, którymi posługuje się reżyser – stylizowane ujęcia sal koncertowych, eksponowanie bieli pierwszego śniegu, posępny cień wisielca odbijający się na tle okna czy otwierające film ujęcie przedstawiające klucz ptaków na tle szarego nieba – sprawiają, że opowieść przez niego snuta nabiera znaczenia uniwersalnego, staje się wariacją na temat nieustającego agonu dobra i zła. Sceny muzycznego uniesienia zostają tu skontrapunktowane infernalnymi obrazami wyjętymi ze wspomnień Traude. Wyraźna, choć niewidzialna axis mundi przebiega przez świat przedstawiony przez reżysera – a możliwość poruszania się po niej daje oczywiście muzyka.

Chris Kraus, dla którego „Cztery minuty” są dopiero drugim filmem, opowiada o podstawowych prawdach w sposób bezpretensjonalny, unikając frazesów i łatwych uogólnień. Choć muzyka ostatecznie ujawnia swoją moc terapeutyczną i pozwala Jenny poczynić istotny krok w stronę uleczenia własnej duszy, okazuje się także siłą stosunkowo ciemną, mogącą służyć jako mechanizm ubezwłasnowolnienia i represji. Muzyka nie jest niewinna, zdają się mówić twórcy filmu. Nie jest niewinna, ponieważ człowiek nie jest niewinny. Ostatecznie jednak to właśnie ona stanowi jeden z nielicznych sposobów, za pomocą których możemy próbować wyrazić prawdy niewyrażalne – tak jak Jenny, dająca w swoim koncercie wyraz tkwiącym w jej wnętrzu traumom i pięknie i tak jak pani Krüger, próbująca uczynić z muzyki narzędzie nadające światu sens.
„Cztery minuty” („Vier Minuten”). Scen. i reż. Chris Kraus. Obsada: Monica Bleibtreu, Hannah Herzsprung. Gatunek: dramat. Niemcy 2006, 112 min.