Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (111-112) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

„4 MIESIĄCE, 3 TYGODNIE I 2 DNI” ROK PÓŹNIEJ

A A A
Prezentowany podczas tegorocznej edycji festiwalu Era Nowe Horyzonty film „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” z pewnością był największym wydarzeniem sezonu 2007/2008. Bynajmniej jednak nie ze względu na – dyskusyjną mimo wszystko – wartość artystyczną. Niespodziewany zdobywca Złotej Palmy na festiwalu w Cannes w 2007 roku, Cristian Mungiu, zapewne nie przypuszczał, że jego kameralne, niskobudżetowe dzieło odniesie tak wielki międzynarodowy sukces. I nic dziwnego. Z perspektywy czasu trudno jest zrozumieć, dlaczego „4 miesiące…” tak wielkie wyróżnienie otrzymało. Pisząc to, zdaję sobie sprawę, że narażam się na krytykę ze strony tych, którzy film Mungiu uznają za skończone arcydzieło (a są wśród tych osób i nazwiska wielkie). Niemniej jednak, wykorzystując szansę odświeżenia sobie „4 miesięcy…”, jaką dają nam tegoroczne Nowe Horyzonty, warto chyba zrewidować nazbyt wysokie oceny, jakie film rumuńskiego reżysera zebrał od światowej krytyki.

Dwie kobiety samotne

„4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” to jeden z tych filmów, na których ponowne zobaczenie mogą się zdobyć jedynie masochiści i ewentualnie niektórzy filmoznawcy o mocnych żołądkach. Opowieść o dwóch rumuńskich studentkach próbujących w czasach późnego komunizmu zorganizować nielegalny i surowo karany przez prawo zabieg aborcji dla jednej z nich, niesie w sobie tak wielki ładunek brutalności, upokorzenia i cierpienia, że doprawdy trudno jest wyjść z kina po seansie z wysoko podniesioną głową. Satysfakcję z zobaczenia tego filmu mogą mieć jedynie ci, do których przemawia zaprezentowana przez Mungiu wizja kina jako środka służącego do wywoływania moralnego i estetycznego szoku. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że w ten sposób osiągnąć można bliższy kontakt z „prawdziwą” rzeczywistością. Od samego początku, ukazującego dziewczęta – Gabitę (Laura Vasiliu) i Otilię (Anamaria Marinca) – w środowisku brzydkiego akademika, Mungiu tkwi bowiem po uszy w szeregu konwencji, z którymi radzi sobie poprawnie, lecz bynajmniej nie oryginalnie i które w żaden sposób nie czynią jego dzieła bliższym obiektywnej prawdy.

Podstawowa dla „4 miesięcy…” jest oczywiście konwencja filmu paradokumentalnego. Kamera z ręki, mająca tworzyć iluzję „tu i teraz” oraz niewielkiego stopnia ingerencji twórcy filmu w rzeczywistość, weryzm i dosłowność, odejście od symbolu i unikanie metafor, mocno zarysowane tło społeczne, estetyka brudu (jeśli można tak powiedzieć) – wszystko to elementy doskonale znane i doprawdy nie można zarzucić Mungiu, że źle odrobił lekcję warsztatu dokumentalisty. Kiedy w pierwszych sekwencjach filmu Otilia krąży po ciemnych korytarzach akademika, a kamera podąża za nią, nie sposób nie pomyśleć o analogicznych ujęciach z filmu „Słoń” (2003) Gusa Van Santa – i tu i tam sceneria wędrówki bohaterów kojarzyła się z labiryntem, w którym czaiła się jakaś groza. Gąszcz rumuńskiego akademika jest jednak bardziej przytłaczający, brudny i ponury, nie tak „metaforycznie sterylny” i pusty jak szkolne korytarze (w których postaci mijają się jak gdyby z daleka) w filmie Van Santa.

Na konwencję paradokumentalną Mungiu nakłada przynajmniej jeszcze dwie inne konwencje: dramatu społecznego i dramatu psychologicznego. Choć reżyser kilkakrotnie wspominał w wywiadach, że zdecydowanie bardziej interesowały go relacje interpersonalne w przedstawionym przez siebie świecie, „4 miesiące…” zostały potraktowane jako wypowiedź dotycząca kwestii aborcji. Prawdą jednak jest, że gdyby Mungiu chciał opowiedzieć przede wszystkim o tym właśnie problemie, z pewnością wybrałby bardziej współczesne realia – po 1989 roku w Rumunii, tak jak i w całej Europie, zmieniło się wiele i doprawdy nie wiem, w jaki sposób „4 miesiące…” mogłyby się przysłużyć dyskusji dotyczącej aborcji. No chyba że miałyby dążyć do podkreśleniu faktu, że niechciana ciąża to sytuacja, w której kobieta powinna mieć znacznie większy wachlarz możliwości, niż urodzić albo nielegalnie i z narażeniem własnego życia i zdrowia usunąć płód. Co z kolei jest prawdą tak trywialną, że dla jej udowodnienia nie trzeba kręcić dwugodzinnego, wielowątkowego filmu osadzonego w realiach komunistycznej Rumunii. Aborcja to z pewnością temat ważny, jednak Mungiu nie wnosi do jego zobrazowania niczego nowego: oczywiście, prawa kobiet są i bywały łamane w różnych kontekstach kulturowych na całym świecie; oczywiście, nielegalne usuwanie ciąży to zagadnienie palące dla krajów, w których obowiązuje zakaz dokonywania aborcji; oczywiście, jest to kwestia bardzo drażliwa etycznie, co zresztą Mungiu komentuje zaledwie jednym ujęciem: kiedy Otilia znajduje na podłodze łazienki wydalony dopiero co przez Gabitę niespełna pięciomiesięczny płód, jej twarz wykrzywia grymas bólu i przerażenia, jak gdyby nie spodziewała się, że zobaczy istotkę tak bardzo już ukształtowaną i podobną do człowieka.

Mungiu rzeczywiście w znacznym większym stopniu zdaje się zainteresowany kwestią psychologicznych relacji niż dywagacjami na temat problemu aborcji. „4 miesiące…” to przede wszystkim dramat ukazujący niezwykłą relację dwóch kobiet. Silna i zaradna Otilia jest oparciem dla nieporadnej życiowo i dość głupiej Gabity. Przyjaźń obu kobiet można wytłumaczyć chyba tylko poprzez kompleks matki-karmicielki u pierwszej z nich, połączony z kompleksem sierotki u drugiej: Gabita nie tylko pozwala Otilii roztoczyć nad sobą opiekę (to Otilia organizuje miejsce i zdobywa pieniądze na zabieg dla swojej przyjaciółki), ale wręcz domaga się troski ze strony koleżanki. Poświęcenie Otilii graniczy jednak z nieprawdopodobieństwem psychologicznym: kiedy mający dokonać zabiegu złowieszczy mężczyzna w ramach zapłaty żąda, by obie dziewczęta mu się oddały, Otilia – po chwili niezdecydowania – zgadza się na ten chory układ, co staje się oczywiście źródłem kolejnej eskalacji upokorzenia i psychicznej brutalności. Trudno powiedzieć, czy Otilia osiąga dno upodlenia w tej chwili, czy dopiero później – gdy wywozi na odległe blokowisko i wyrzuca martwy płód. W karkołomnym dążeniu do zapewniania przyjaciółce opieki kryje się chyba zresztą przekonanie, że jedynie taka kobieca solidarność może zapewnić obu dziewczętom jakiś punkt oparcia w trudnej rzeczywistości. Chociaż bowiem Otilia ma całkiem sympatycznego, aczkolwiek nieco niedojrzałego emocjonalnie, chłopaka, podejrzewa, że w sytuacji zagrożenia nie będzie mogła na niego liczyć, o czym zresztą nie omieszka mu powiedzieć w odpowiedniej chwili.

Cios w żołądek

Pora obecnie zapytać o to, w czym – jeśli w ogóle – tkwią źródła wielkości tego filmu. Otóż – proszę mi wybaczyć brutalność tego stwierdzenia – jedynie w głowach członków jury ubiegłorocznego festiwalu w Cannes oraz tych krytyków, którzy albo święcie wierząc w pewną ideę kina, albo podążając za pewnym trendem, ogłosili „4 miesiące…” arcydziełem.

Podkreślam raz jeszcze: temat poruszany przez Mungiu jest ważny, a zaprezentowany przez twórcę warsztat paradokumentalisty – solidny. Nic więcej jednak nie da się o tym filmie powiedzieć. Ktokolwiek widział „Kobietę samotną” (1981) Agnieszki Holland, może sobie wyobrazić, do jakich kanonów kina odwołują się „4 miesiące…”. Mungiu osiąga efekt „wbicia widza w fotel” za pomocą środków bardzo podobnych do tych, jakimi swego czasu posłużyła się polska reżyserka: poprzez stężenie wątków fabularnych tak nasączonych bólem i upokorzeniem, że aż chciałoby się przekroczyć barierę ekranu i własnoręcznie ukrócić cierpienia miotających się w ponurej filmowej rzeczywistości postaci. Poza wrażeniem szoku, niesmaku i pamięcią o co bardziej brutalnych wątkach po obejrzeniu tego filmu nie pozostaje nic. Z tej mieszanki niezbyt przyjemnych wrażeń, które niektórzy krytycy najwyraźniej pomylili z ideą katharsis, nie rodzą się żadne konstruktywne wnioski. Bo też jakże mogłyby się zrodzić, skoro Mungiu prezentuje nam garść obserwacji na temat świata, który na szczęście już przeminął, opowiada historię, w której realizm psychologiczny można uwierzyć jedynie dzięki wielkiemu bagażowi dobrej woli, proponuje nam estetykę aż nazbyt dobrze znaną z osiągnięć kina moralnego niepokoju i współczesnych paradokumentalistów (niekoniecznie spod znaku DOGMY 95) i do tego udaje, że jego intencje są bardziej ambitne niż te, które przyświecały chociażby Larsowi von Trierowi podczas kreowania postaci jego słynnych „świętych” zbrodniarek i cudzołożnic.

Być może zresztą ostatni zarzut jest niesprawiedliwy. Mungiu nie wydaje się bowiem aż takim prowokatorem jak von Trier, chyba rzeczywiście wierzy w to, że jego dzieło może powiedzieć coś o konkretnych ludziach zmagających się z konkretnymi problemami w konkretnych realiach. Patrząc na „4 tygodnie…”, można mieć nadzieję, że z czasem jego talent zaowocuje dojrzałymi i oryginalnymi dramatami psychologicznymi. Przy całej jednak dobrej woli, „4 miesięcy…” nie potrafię do takich „dojrzałych i oryginalnych dramatów” zaliczyć. Mungiu powinien się nauczyć – a i niektórzy krytycy powinni sobie przypomnieć – że wielkie kino nie polega na tym, by widza powalić ładunkiem cierpienia i upokorzenia. Gdyby tak było, równie dobrze można byłoby stwierdzić, że najlepszym i najbardziej decydującym argumentem w jakiejkolwiek dyskusji jest cios pięścią wymierzony w żołądek osoby, którą próbujemy przekonać do naszych racji. Wielkie kino przynosi coś więcej, niż tylko uczucie duszności i dyskomfortu psychicznego – jest czymś, co skłania do dokonywania nieustannych reinterpretacji samego dzieła, a także do reinterpretacji świata, w jakim ono zaistniało. W czasach, kiedy postmodernizm zniwelował większość różnic między kinem jako sztuką a kinem jako rozrywką, jest to chyba jedyna możliwa definicja wielkiego filmu.

Post scriptum

Czytając relację Jerzego Płażewskiego z tegorocznego festiwalu w Cannes, zamieszczoną w najnowszym numerze „Kina”, można wysnuć kilka jeszcze dodatkowych wniosków dotyczących niespodziewanego sukcesu „4 miesięcy…” sprzed roku. Jak bowiem zauważa autor artykułu, w oczach jury canneńskiego festiwalu coraz bardziej istotne zdają się przemiany kina (para)dokumentalnego. Fenomen dzieła Mungiu wpisywałby się może zatem w trend nagradzania filmów nie tyle najlepszych, co proponujących ciekawe połączenie fabularności z dokumentalizmem.

Problem w tym, że sytuacja, jaka zaistniała w związku z nagrodzeniem „4 miesięcy…” Złotą Palmą, przypominała nieco to, co działo się – oczywiście w znacznie mniejszej skali – w Polsce w związku z niespodziewanym sukcesem filmu Marcina Koszałki „Takiego pięknego syna urodziłam” (1999). Film formalnie nędzny (co znów niektórzy krytycy uznali za celową ascetyczność przekazu), epatujący tanim i okrutnym ekshibicjonizmem, wątpliwy moralnie i stanowiący w zasadzie rodzaj zakrawającej na osobistą zemstę autoterapii, został ogłoszony jednym z najlepszych i najbardziej intrygujących filmów dokumentalnych roku. Sukces „4 miesięcy…” można przy tym jeszcze jako tako wyjaśnić. Wszak przewodniczący jury ubiegłorocznego festiwalu, Stephen Frears, mógł się zachwycić dziełem Mungiu, jako że sam w swoim czasie nakręcił podobne „dzieło”. Nosiło ono tytuł „Niewidoczni” (2002) i było dramatem społecznym rozgrywającym się w środowisku nielegalnych emigrantów. Choć budżet filmu był znacznie wyższy niż w przypadku dzieła Mungiu (aż strach pomyśleć, ile mogła sobie policzyć jedna z najsłynniejszych francuskich „gwiazdek”, Audrey Tautou za wykreowanie roli tureckiej imigrantki), ładunek poniżenia i cierpienia zawarty w tym obrazie zbliżał się do tego właściwego „4 miesiącom…”. Przed popadnięciem w epatowanie tanim szokiem uratowała „Niewidocznych” odrobina dystansu i czarnego humoru, niemniej jednak jest to film zdecydowanie zły, mało przekonujący w komentowaniu ważnego problemu, pełen stereotypów i klisz, niedorastający do pięt „Verze Drake” (2004) Mike’a Leigh czy nawet „Królowej” (2006) samego Frearsa.

Pierwszy z wymienionych przed chwilą filmów jest zdecydowanie przykładem wielkiego kina społeczno-psychologicznego. Mike Leigh udowodnił, że można mówić o ważnych problemach w kostiumie już niemal historycznym (akcja „Very Drake” toczy się w latach 50.), unikając przy tym epatowania bezsensownym okrucieństwem. Swoją drogą, Złota Palma dla „4 miesięcy…”, choć oczywiście nie jest jedynym przypadkiem kontrowersyjnego werdyktu jury festiwalu w Cannes, w pewien sposób świadczy o przemianach współczesnego spojrzenia na kino. Jeśli niskobudżetowy, niezbyt oryginalny, jedynie porządnie zrealizowany film mógł zachwycić światową krytykę, to być może nie powinno nas dziwić, że i w mentalności bardziej przeciętnego widza coraz łatwiej jest postawić znak równości między słowami „szokujące” i „dobre”.
„4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni” („4 luni, 3 saptamani si 2 zile”). Scen. i reż.: Cristian Mungiu. Obsada: Laura Vasiliu, Anamaria Marinca. Gatunek: dramat. Rumunia 2007, 113 min.