Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (111-112) / 2008

Tomasz Kaliściak, Tadeusz Olszewski,

DRUGIE WYJŚCIE

A A A
Z Tadeuszem Olszewskim rozmawia Tomasz Kaliściak.
Tomasz Kaliściak: Niegdyś recenzent, krytyk, edytor, poeta, przypominasz się dziś czytelnikom jako prozaik. Jeszcze przed wakacjami w wydawnictwie „Latarnik” Tomasza Raczka ukazała się Twoja książka „Zatoka Ostów”, gejowski romans sprzed dwudziestu lat, rozgrywający się podczas wakacyjnej podróży do Grecji. Pojawiają się dość ciepłe, powiedziałbym nawet – wakacyjne, reakcje czytelników. We „Wprost” na przykład polecano „Zatokę Ostów” jako dobrą pozycję na tegoroczne wakacje. Cieszy cię ta letnia aura wokół książki?

Tadeusz Olszewski: Przede wszystkim cieszą mnie pochlebne opinie zarówno recenzentów, jak i internautów o języku książki. Okazuje się, że nie trzeba operować slangiem blokersów i epatować wulgaryzmami, aby porozumieć się ze współczesnym czytelnikiem. To dla mnie tym bardziej ważne, że „Zatoka Ostów”, jako powieść popularna, lekka, wakacyjna właśnie, ma – obym się nie mylił – szanse na spory rezonans czytelniczy, a tym samym na popularyzację języka, którym jest pisana, czyli inteligenckiego, zgodnego z zasadami semantyki, gramatyki i po prostu kultury. Dyscyplina językowa, jaką narzuciłem sobie przy pisaniu tej powieści, jest konsekwencją faktu, że nie będąc rasowym prozaikiem, czuję się głównie poetą. I, jak to poeci mają w zwyczaju, ważę i cyzeluję każde słowo. Chyba więc dobrze, że ten mój poetycki stosunek do słowa daje się zauważyć także w „Zatoce Ostów”.

T.K.: No właśnie, debiutowałeś jako poeta zbiorem „Łagodność” w 1968 roku. Metrykalnie należysz więc do rówieśników pokolenia Nowej Fali. W Twojej twórczości literackiej, nawet tej późniejszej, trudno jednak doszukiwać się elementów nowofalowej poetyki, społecznego zaangażowania, walki z nowomową etc. Twój debiut nie reagował na pilne potrzeby rzeczywistości. Bliżej Ci będzie do tradycji skamandryckiej, awangardowej czy nawet do klasycyzmu pokolenia „Współczesności”. W Twoich wierszach pobrzmiewają echa Iwaszkiewicza, Czechowicza, Grochowiaka, widoczne zwłaszcza w „Łagodności” i późniejszym o trzy lata, lecz bardzo podobnym w poetyce zbiorze „Autoportret rąk”. Jak oceniasz, z perspektywy minionych lat, swój moment wejścia w literaturę?

T.O.: Między moim debiutem prasowym a książkowym upłynęło siedem lat. Młodzieńczą przygodę z literaturą rozpoczynałem więc w czasie, gdy na ówczesny wizerunek poezji ogromny wpływ mieli autorzy skupieni wokół „Współczesności”, a więc m.in. Ernest Bryll, Bohdan Drozdowski, Stanisław Grochowiak, Marian Ośniałowski czy Roman Śliwonik. Zafascynowała mnie poetyka Grochowiaka. Zresztą nie tylko mnie. Na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku wśród stawiających pierwsze poetyckie kroki 18-20-latków było wielu takich, o których mówiono, że „śpiewają Grochowiakiem”. A wiersze autora „Menueta z pogrzebaczem” rzeczywiście wyróżniał charakterystyczny „zaśpiew”, tworzony przez rymy wewnętrzne, oryginalny rozkład akcentów i nieregularną cezurę. Łatwo było to naśladować, ale dorównać Grochowiakowi – nie sposób. Debiutowałem jednak nie w kultowej, jak byśmy dziś powiedzieli, „Współczesności”, ale na łamach „Nowej Kultury” (nr 2 z 8 stycznia 1961). Był to debiut bardzo spektakularny. Nie, nie – wrażenia nie zrobiły dość nieudolne wierszyki dwunastu młodych autorów, zblokowane wewnątrz numeru na kolumnie zatytułowanej „Debiuty poetyckie”. Źródłem fermentu i gorącej dyskusji stał się, ogłoszony w tym samym numerze, tyle że na pierwszej stronie, wiersz Antoniego Słonimskiego „W obronie wiersza”. Znakomity, lecz wiekowy już skamandryta, z pasją zaatakował młodych, gniewnych i zbuntowanych przeciw skostniałym, naszym zdaniem, tradycyjnym formom poezji, pisząc:

Gdy modny bełkot snobistycznej blagi
Krytyk zaciemnia kadzidlanym dymem,
Doszło do tego, że aktem odwagi
Jest wiersz napisać z rytmem, sensem, rymem.

Tacy są trudni chłopcy nasi, twardzi,
Patos i liryzm taki wstręt w nich budzi,
Tak jeden z drugim światem awangardzi,
Że wiersze pisze jakby pluł na ludzi.


T.K.: Rozumiem, że Słonimski był już w Twoich oczach przekreślony.

T.O.: Oczywiście, nienawidziłem wtedy Słonimskiego, ale tak naprawdę bliżej mi było do liryki spod znaku Tuwima, Lechonia, Czechowicza, Gałczyńskiego, a później także Zegadłowicza, niż do suchych, chłodnych konstrukcji awangardy krakowskiej (Przyboś, Peiper) czy językowych eksperymentów Białoszewskiego i lingwistów spod znaku Tymoteusza Karpowicza. Ta liryczna skłonność w dużej części wynikała zapewne z mojej konstrukcji psychicznej. Do tzw. poezji zaangażowanej zawsze zaś miałem duży dystans, skutecznie zohydziła mi ją szkoła. Zostałem wystarczająco nafaszerowany socrealistycznymi gniotami o murarzach, traktorzystach i „lampkach Lenina”. Myślę, że stąd właśnie wzięła się moja późniejsza niechęć do publicystycznej, upolitycznionej twórczości Nowej Fali. Doświadczenie społeczne pozostawiam analizom socjologów. Sensu poezji natomiast upatruję w tropieniu stanów ludzkiej psychiki, śledzeniu emocjonalnych i egzystencjalnych dylematów człowieka.

T.K.: Między „Autoportretem rąk”, gdzie przedstawiłeś jednak wiersze o tradycyjnej strofice, a tomem „Prawie dom” (z roku 1981) minęło dziesięć lat. Wiele i niewiele. Ale chyba wystarczająco dużo, aby odejść od młodzieńczej maniery, odrzucić wpływy, oczyścić wiersz z naleciałości innych poetyk. „Prawie dom” jest książką zupełnie inną, zarówno pod względem formalnym jak i tematycznym. W dwóch pierwszych tomach panowała aura arkadyjskiej harmonii i łagodności. Tutaj po raz pierwszy pojawia się ciemna poetyka, wyrażająca lęki, ewokująca niepokój i zagrożenie. Ta tendencja zostanie utrzymana w Twojej dojrzałej twórczości. Czy rzeczywiście „Prawie dom” okazał się w jakimś sensie przełomowy?

T.O.: „Autoportret rąk” i wcześniejsza „Łagodność” były zbiorkami typowo młodzieńczymi, w dużej mierze naśladowczymi. Raczej nie stwarzały nadziei, że ich autor przemówi kiedyś własnym głosem. Dzisiaj spoglądam na nie po trosze z zażenowaniem, po trosze zaś z pobłażliwością, a za swój rzeczywisty debiut uznaję „Prawie dom”. Temu tomikowi też wprawdzie daleko do artystycznej doskonałości, ale przynajmniej sygnalizuje on próbę zejścia z utartych szlaków, jest świadectwem poszukiwań własnej tożsamości zarówno poetyckiej, jak i człowieczej. Wiersze, które złożyły się na „Prawie dom”, powstawały w okresie swoistego fermentu mojej osobowości. Spóźnionego, bo kiedy je pisałem, młodość miałem już właściwie za sobą, zbliżałem się do wieku dojrzałego. Ale właśnie dopiero wtedy zrozumiałem własną konstrukcję psychoseksualną. Pojąłem, że do tej pory wszystko było „prawie”. Byłem „prawie” heteroseksualnym mężczyzną, żyłem w „prawie” harmonijnym małżeństwie, tworzyłem „prawie” dom. To „prawie” było jednym wielkim samooszukiwaniem się, należało je wreszcie odrzucić. Pozostawało jednak pytanie: co dalej? Nie umiałem na nie odpowiedzieć. I stąd – jak sądzę – „Prawie dom” jest zapisem niepewności, lęku, błądzenia po omacku. Arkadia poszła w zapomnienie, zaczęła się wędrówka po obszarach niepokoju i zagrożenia.

T.K.: Ja chyba najbardziej cenię sobie długą, refleksyjną frazę „Jesieni z Audenem”, ale ta książka w ogóle nie zaistniała. Przepadła. Zbiór ten wydałeś w niszowym wydawnictwie, zajmującym się głównie, co było wówczas z innych względów bardzo ważne, redagowaniem gejowskiego miesięcznika „Okay”, dziś już kultowego. Nie myślałeś o tym, aby wydać tę książkę w jakimś wydawnictwie specjalizującym się w wydawaniu poezji i mającym większe możliwości dystrybucyjne? Było ich całkiem sporo na rynku, a Ty w końcu nie byłeś postacią anonimową w ówczesnych kręgach literackich.

T.O.: Po drodze do „Jesieni z Audenem” były jeszcze dwa zbiory: „Nocny wariant” (1986) i „Ciemna pamięć” (1990). I właśnie „Nocny wariant”, a nie „Prawie dom”, uważam za książkę przełomową. Gdy myślę o niej, nasuwa mi się nieco nieskromne porównanie. Otóż Mieczysław Jastrun, pisząc o twórczości autora „Czyhania na Boga”, wyraził pogląd, że „prawdziwy Tuwim zaczyna się dopiero w czwartym tomie poezji”. Wprawdzie nie śmiem porównywać się z Tuwimem, ale nie zmienia to faktu, że moim czwartym tomem był „Nocny wariant” – zbiór, jestem o tym głęboko przekonany, który zapoczątkował istnienie „prawdziwego Olszewskiego”, czyli tego, który prywatne doświadczenie koduje w odniesieniach kulturowych, a poezję Kawafisa, Audena, Whitmana czy O’Hary odczytuje niczym przewodnik po homotekstualności otaczającego nas świata. Sam zresztą to zauważyłeś i podkreśliłeś w posłowiu do mającego się ukazać w przyszłym roku wyboru moich wierszy „Tropiki smutku”. Cieszy mnie Twoja opinia o „Jesieni z Audenem”. Uważam ten tomik za swoje najważniejsze i najbardziej dojrzałe dokonanie. I tak jak Ty, ubolewam nad faktem, że książka ta przeszła właściwie bez echa. Zapewne stałoby się inaczej, gdyby ukazała się w wydawnictwie bardziej prestiżowym niż efemeryczna oficyna „L’Europe”. Pamiętajmy jednak, że jej wydanie zbiegło się z bezprecedensowym chaosem na rynku edytorskim. Ważne wydawnictwa, jak PIW, Czytelnik czy Wydawnictwo Literackie, w pierwszym okresie transformacji ustrojowej i niejasnych wówczas zasad funkcjonowania wolnego rynku, znacznie ograniczyły lub wręcz zawiesiły wydawanie książek poetyckich w obawie przed stratami finansowymi. Z tych względów właśnie Czytelnik i Wydawnictwo Literackie nie zdecydowały się na opublikowanie „Ciemnej pamięci”, choć książka uzyskała bardzo pochlebne recenzje wewnętrzne. Ostatecznie tomik ukazał się nakładem Staromiejskiego Domu Kultury w Warszawie w bibliofilskim nakładzie 99 egzemplarzy i tym samym pozostał jedynie ciekawostką edytorską. Na nowe, prywatne oficyny trudno było liczyć. Były one bowiem nastawione na szybki zysk i zalały księgarnie (oraz uliczne stragany) łatwo sprzedającą się tandetą. Książka, na podobieństwo skarpetek i majtek, stała się zaledwie towarem. Sytuacja jako tako zaczęła się normować mniej więcej w połowie lat 90., gdy niektórzy, nieliczni niestety, wydawcy przywrócili poezję do łask. Ale ja do tego czasu zdążyłem wypaść z obiegu literackiego. Powróciłem do swojego pierwotnego zawodu – dziennikarstwa turystycznego.

T.K. W międzyczasie redagowałeś jeszcze „Okay’a”, pismo o tajemniczym podtytule „miesięcznik dla panów”. Pod tym eufemizmem skrywało się jednak pierwsze w Polsce pismo gejowskie o profilu społeczno-kulturalnym. Ty zaś ukryłeś się pod pseudonimem Tomasza Seledyna… Dzisiaj już pisemko to obrosło interesującą legendą, a jak było wtedy?

T.O.: Zapowiadało się ciekawie. Na wzór zachodnich magazynów chcieliśmy stworzyć ambitne pismo o kulturze gejowskiej w Polsce. Pierwsze numery rzeczywiście miały charakter czasopisma społeczno-kulturalnego z wyraźnym położeniem nacisku na dokonania twórcze pisarzy i artystów-gejów. Szybko jednak wydawca, w imię zwiększenia sprzedaży, zażądał wzbogacenia miesięcznika o „smaczki” erotyczne, czyli – mówiąc otwarcie – o treści pornograficzne. A to zupełnie mnie nie interesowało. Pożegnałem się więc z „Okay’em”. Zresztą zmiana formuły nie na wiele się zdała, po niespełna dwóch latach pismo upadło. Nie przeceniałbym więc jego znaczenia i nie demonizował legendy, której główne źródło stanowił fakt, że „Okay” był pierwszym gejowskim periodykiem dostępnym w niemal każdym kiosku „Ruchu”. Na owe czasy był to prawdziwy ewenement.

T.K.: Lata 80. ubiegłego wieku to czas Twojej największej prosperity. Z branży turystycznej przeszedłeś do literackiej. Zostałeś redaktorem opiniotwórczego wówczas „Tygodnika Kulturalnego”, gdzie prowadziłeś dział krytycznoliteracki; potem zaś w miesięczniku „Okolice” redagowałeś dział poezji. W jakimś sensie wpływałeś na kształt życia literackiego drugiej połowy lat 80. albo przynajmniej byłeś jego bacznym obserwatorem. Potem przyszedł rok 1989, czas wielkich przemian ustrojowych, wszystko stanęło na głowie (albo na nogach, jak mówią niektórzy). Czy to rzeczywiście była jakaś wielka zmiana?

T.O.: Zmiana? To było trzęsienie ziemi! Pamiętajmy, że do 1989 roku ogromną większość tytułów prasowych wydawał koncern RSW Prasa, uznany przez solidarnościowych reformatorów za bastion komunizmu i symbol zniewolenia mediów. Rozprawiono się z nim, stosując metody jakby przejęte z doświadczeń chińskiej rewolucji kulturalnej, czyli niszczono wszystko, co się dało zniszczyć. Upadły nie tylko ogólnopolskie, wysokonakładowe i opiniotwórcze periodyki społeczno-kulturalne, takie jak „Życie Literackie”, „Kultura”, „Literatura”, „Tygodnik Kulturalny”, „Poezja”, ale również czasopisma regionalne, m.in. lubelska „Kamena” z korzeniami sięgającymi międzywojnia, łódzkie „Odgłosy”, zielonogórskie „Nadodrze”, gdańskie „Litery”, katowickie „Poglądy”, poznański „Nurt” i wiele, wiele innych. Z pogromu ocalały wprawdzie „Nowe Książki”, „Twórczość”, „Literatura na świecie”, ale miesięczniki te wycofano ze sprzedaży kioskowej, zaś ich nakłady drastycznie ograniczono. Na gruzach RSW Prasa wyrosły natomiast tabloidy i żenująco płaskie kolorowe magazyny plotkarskie. Krytykom literackim, recenzentom, komentatorom wydarzeń kulturalnych pozostał wybór: albo bezrobocie, albo pisanie o perypetiach uczuciowych serialowych aktoreczek. Niektórzy dokonywali wyborów odważniejszych. Na przykład Marek Wawrzkiewicz, były redaktor naczelny „Poezji”, został szefem mocno erotycznego magazynu „Twój weekend” wydawnictwa Bauer, co wśród poetów budziło powszechną wesołość.

T.K.: Zdaje się, że jako krytyk literacki, bardziej „od poezji” chyba niż „od prozy”, zapisałeś się zdiagnozowaniem pewnego zjawiska w poezji lat 80., które nazwałeś „nową dekadencją” czy też neodekadentyzmem (zob. „Życie Literackie” 1989, nr 15). Czym miałby się różnić projekt „nowej dekadencji” od „starej”, tzn. tej sprzed stu lat? Bo podobieństwa wydawać się mogą z obecnej perspektywy dość oczywiste. Czy przypadkiem ta nowa, „odgrzewana” wersja dekadencji nie była bardziej postmodernistyczna od swojej modernistycznej poprzedniczki? W tym sensie, że była zaczątkiem czegoś istotnie nowego, co miało swoją kontynuację literaturze lat 90.? Przykładem może być poezja Ewy Sonnenberg, chociaż w tym przypadku był to raczej przejaw gry z dekadencką rekwizytornią, idący raczej w stronę kampowej stylistyki. Kampowej dlatego, że przy okazji rozsiewała ona sygnały seksualnej odmienności, podważała płciowe role. Znalazło to zresztą potwierdzenie w „Krainie tysiąca notesów”, w „Planecie”. No i muszę w tym miejscu zapytać o rzecz kluczową. Czy pisząc „Nową dekadencję”, nie myślałeś także o sobie? Twoje tomiki poetyckie dają się znakomicie interpretować w tych kategoriach. W tomie „Ciemna pamięć” zamieściłeś wiersz „Dekadencja”, który można uznać za poetycką ilustrację Twoich tez. No i także dla Ciebie dekadencja w pewnym sensie była, jak by powiedziała Elaine Showalter, eufemizmem homoseksualności. Ale w odróżnieniu od Sonnenberg zrobiłeś to na serio albo raczej „na smutno”.

T.O.: Bo lata 80. były zdecydowanie mroczne. Stan wojenny przekreślił nadzieje, jakie niósł Sierpień 1980. Cenzura oszalała, tropiła każde, nawet urojone odstępstwa od oficjalnej linii komunistycznej władzy. Środowisko literackie zatomizowało się, część pisarzy zeszła do podziemia, inni wstąpili do reaktywowanego w 1983 roku. Związku Literatów Polskich, przez opozycję pogardliwie nazywanego „zlepem”, jeszcze inni przyjęli status singli. Ta, ze wszech miar opresyjna sytuacja nieoczekiwanie zaowocowała prawdziwym boomem poetyckim. Wykreowała przy tym postawy całkowicie odmienne od nowofalowych aspiracji publicystycznych poprzedniej dekady. Najciekawsi poeci lat 80. – Andrzej Lenartowski, Marek Sołtysik, Jan Paweł Krasnodębski, a także liczni debiutanci z bardzo zdolnymi Mirosławem Polokiem i Krzysztofem Śliwką na czele – zamknęli się w prywatności. I z prywatnej perspektywy diagnozowali świat, który ich otaczał. Świat upadku norm moralnych i etycznych, odhumanizowania człowieka, samobójczych manii cywilizacyjnych, nieuchronnej perspektywy zagłady. Te schyłkowe nastroje jednoznacznie korespondowały z dekadenckimi wizjami przełomu XIX i XX wieku. Stąd dla ich zdefiniowania użyłem terminu „nowa dekadencja”. Oczywiście, do grona „neodekadentów” zaliczam także siebie. Intensywna kontynuacja prywatności wyraźnie jest widoczna w poezji lat ostatnich. To już właściwie nie prywatność, a wręcz intymność sięgająca do najgłębszych pokładów ludzkiej psychiki, a więc także do seksualności, w tym seksualności nienormatywnej.


T.K.: Jesteś też autorem pionierskiego szkicu „Inna miłość. O wątkach homoerotycznych we współczesnej prozie polskiej”, który został opublikowany w „Polskiej Miedzi” (1988, nr 29-31), przyzakładowym tygodniku KGHM-u. Pisałeś też o wątkach homo w poezji. Zawsze jednak ograniczałeś się do tradycji męskiej. Czy to oznacza, że kobieca literatura homoseksualna nie istniała?

T.O.: Na dobrą sprawę ona dopiero teraz zaczyna istnieć. Wcześniej, a więc przed 1989 rokiem, wątki lesbijskie, jednoznaczne i bez osłonek, do jakich obecnie przyzwyczaja nas twórczość Izabeli Filipiak i Ewy Schilling, były niemal niezauważalne. Ciekawe, że po raz pierwszy pojawiły się w literaturze Młodej Polski, co potwierdzałoby tezę o dekadenckiej proweniencji prywatności. Pisarki tego okresu, Narcyza Żmichowska a zwłaszcza Maria Komornicka, nie wyrażały jednak własnych tożsamości wprost. Kryły je pod maską czułej, dość egzaltowanej przyjaźni, bądź też totalnego wyobcowania. Również Maria Dąbrowska w swoich „Dziennikach”, na których opublikowanie nie zdecydowała się za życia, swój wieloletni związek z Anną Kowalską uparcie określała jako przyjacielski, jednoznacznie aseksualny, choć temperatura emocjonalna poszczególnych zapisów zdaje się wyraźnie temu przeczyć.

T.K.: A jak oceniasz literaturę homoseksualną dzisiaj?

T.O.: Cieszę się, że jest, ale nie akceptuję jej bezkrytycznie. Nie podzielam na przykład dość powszechnego entuzjazmu, z jakim zostało przyjęte „Lubiewo” Michała Witkowskiego. Pikietowy homoseksualizm, i nie ma tu znaczenia, że PRL-owski, to nie moja bajka. Nie przekonuje mnie też twórczość Bartosza Żurawieckiego. Geje z powieści tych dwóch pisarzy utrwalają, niestety, wizerunek promiskuitywnego homoseksualisty, kierującego się wyłącznie żądzą, co doskonale odpowiada wyobrażeniom tzw. przeciętnego, z reguły homofobicznego Polaka i – wbrew intencjom autorów – skutecznie homofobię podsyca. Od „Lubiewa” czy „Ja czyli 66 moich miłości” bardzo korzystnie, moim zdaniem, odróżnia się „Śmierć w darkroomie” Edwarda Pasewicza. Ta quasi-kryminalna powieść ma znakomite umocowanie w psychologii. Ze swoim mrocznym, pełnym niepokoju klimatem wprowadza czytelnika w gąszcz problemów emocjonalnych, nie stawia prostych pytań i nie daje jednoznacznych odpowiedzi. A to już cechy literatury wysokiego lotu. Równie przekonujący jak w prozie, jest Pasewicz w poezji. Ale ma też w tej dziedzinie godnych siebie konkurentów. Klasycyzujące, bogato zmetaforyzowane wiersze Jacka Dehnela, ciekawe kulturowo realizacje Bartosza Konstrata, to z pewnością ważne dokonania najnowszej poezji. Rozczarowuje natomiast droga twórcza Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, poety, którego debiut w 1990 roku zapowiadał niecodzienną wyobraźnię. Tkaczyszyn bowiem od 18 lat pisze ten sam wiersz. Nie zmienia się jego poetyka, nie zmieniają się rekwizyty, wciąż pozostają te same obsesje. Jak z powyższego, bardzo przecież skrótowego i niepełnego obrazu wynika, literatura gejowska stała się w Polsce faktem. To już nie pojedyncze sygnały, nie drugorzędne i zakamuflowane wątki, jak choćby u Iwaszkiewicza, ale literatura mówiąca pełnym głosem. Tym lepiej, że zróżnicowanym i wielobarwnym.

T.K.: Naszą rozmowę chciałbym zakończyć prywatnym akcentem. Postanowiłeś ujawnić swoją seksualność dwadzieścia lat temu, kiedy na łamach poznańskiego „Nurtu”, a było to jednak pismo modne i poczytne, udzieliłeś wywiadu, otwarcie rozmawiając z Markiem Obarskim o homoseksualizmie. Kilka numerów wcześniej opublikowałeś bowiem pierwszy fragment „Zatoki Ostów”. Nie chcę już wchodzić w wydawnicze perypetie tej powieści, chciałbym jednak zapytać o coś innego. Gdybyś miał dokonać rachunku zysków i strat, to jak oceniłbyś po dwudziestu latach swój coming out? Wówczas nie było mody na otwartość zarówno w życiu, jak i w literaturze, wyjście z szafy oznaczało ogromną odwagę, można było wszystko stracić. Przypuszczam, że po opublikowaniu fragmentów „Zatoki Ostów”, a potem „Jesieni z Audenem” sporo się plotkowało na Twój temat, przynajmniej w kręgach literackich…

T.O.: W wywiadzie dla „Nurtu” pokrętnie tłumaczyłem, że napisałem „Zatokę Ostów”, ponieważ temat homoseksualizmu uznałem za bardzo nośny literacko. Na pełny coming out jeszcze nie było mnie stać, choć przecież dla czytelników powieści musiało być oczywiste, że jej autor jest gejem. Po tym wywiadzie i wpisaniu „Zatoki...” do planu wydawniczego Młodzieżowej Agencji Wydawniczej na rok 1990 sporo plotkowano na mój temat, a osoby bardziej przyjazne w prywatnych rozmowach (ale dopiero po dużej wódce) nieśmiało pytały, czy miałem jakieś doświadczenia homoseksualne. Nie zaprzeczałem, ale też nie rozwodziłem się na ten temat. Publikując „Jesień z Audenem”, nie miałem już żadnych oporów. Ten tomik był dla mnie ogromnie ważny, także ze względów czysto osobistych. Uznałem, że byłbym nieuczciwy wobec samego siebie, gdybym nadal stosował kamuflaż „nośności literackiej”. Zaprezentowałem go na poznańskim Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w 1992 roku. Gdy skończyłem czytać wybrane wiersze, podbiegła do mnie Łucja Danielewska, cudownie zwiewna poetka i była opiekunka Kazimiery Iłłakowiczówny, i na oczach publiczności ucałowała mówiąc: to wspaniałe, co zrobiłeś. Innego zdania był szef poznańskich Listopadów, a zarazem prezes miejscowego Oddziału ZLP, Nikos Chadzinikolau, który więcej mnie do Poznania nie zaprosił, choć przez kilka wcześniejszych lat robił to regularnie. Wszelkie inne zaproszenia, niegdyś było ich wiele, też ustały. Zostałem sam. Zrekompensowałem to sobie, jeśli w ogóle o jakiejś rekompensacie można mówić, powrotem do dziennikarstwa turystycznego i podróżami do odległych i egzotycznych zakątków świata. Reportaże z tych podróży drukowałem m. in. w poświęconym czarnej magii i bioenergoterapii miesięczniku „Czwarty wymiar”, którego właścicielką była Rena Marciniak, do roku 1990 pełniąca dyrektorską funkcję w MAW-ie i będąca gorącą orędowniczką wydania „Zatoki Ostów”. I tak oto osiągnąłem granice groteski, a zarazem wróciłem do „szafy”. Wyszedłem z niej ponownie po kilkunastu latach. Mam nadzieję, że już na stałe. Wielka w tym Twoja zasługa, to przecież Ty rok temu w zakurzonych archiwach odkryłeś kompletnie zapomnianego Olszewskiego.
Fot.: Rafał Zarzecki.