Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (111-112) / 2008

Grzegorz Wysocki,

O TYM, W JAKI SPOSÓB Z ZIMNĄ KRWIĄ SERWOWAĆ GORĄCE DANIA, CZYLI TAJEMNICA FOKS-KRYMINAŁU

A A A
1. „Wielkanoc z tygrysem” Darka Foksa to jedna z tych książek, o których trudno powiedzieć cokolwiek pewnego, jedna z tych, z którymi niełatwo (choć – domyślam się – że całkiem przyjemnie) nam będzie zabawić się w odwieczną zgadywankę „co autor miał na myśli i co też chciał nam tym razem powiedzieć?”. Paradoksalnie, rzecz całą utrudnia fakt, że pozornie, w przypadku lektury najbardziej dosłownej, naskórkowej, mamy tutaj do czynienia z fabułą wręcz krystalicznie przejrzystą, konkretną i oczywistą. „Wielkanoc z tygrysem” jest bowiem powieścią kryminalną i wszystkie elementy rasowego, klasycznego kryminału tutaj odnajdziemy. Czytelników, którzy znają Darka Foksa chociażby z „Pizzy weselnej”, zaskoczy prawdopodobnie poziom „realizmu”, z jakim mamy tutaj do czynienia – śmiem twierdzić, że książka, o której mowa, jest prawdziwym realistycznym kryminałem, który z przyjemnością przeczytać mógłby sam Raymond Chandler, co jednak – zaznaczam od razu – również nie do końca jest pewne, gdyż – jak już wspomniałem – w przypadku pisania o „Wielkanocy z tygrysem” doskwiera recenzentowi jeden podstawowy brak, a mianowicie brak pewności.

2. Napisałem, że jest „Wielkanoc z tygrysem” realistycznym kryminałem jak się patrzy i spostrzeżenie to asekuracyjnie opatrzyłem adnotacją: „śmiem twierdzić”. Adnotacja jest śmiała z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze, w przypadku dzieł, co do których nie ma żadnej pewności, każde kategoryczne stwierdzenie zasługuje na miano odważnego. Po drugie, zgaduję, że wszyscy recenzenci, którzy odważą się na konfrontację z książką Foksa (że wielu odważnych się raczej nie znajdzie, pokazuje skromna liczba recenzji z „Wielkanocy”, jaka ukazała się w naszej prasie do tej pory), pisać będą przede wszystkim o tym, że – pokuszę się o kilka prawdopodobnych przykładów – to nie jest kryminał, że mamy do czynienia z kryminałem a rebours, że oto otrzymaliśmy do ręki kryminał postmodernistyczny, że owszem, jest tutaj warstwa kryminalna, ale zdaje się, że nie to jest tutaj najważniejsze, bo przecież Foks („przede wszystkim!”) opisuje nasz świat zmierzający niechybnie ku upadkowi, o czym zaświadcza chociażby przeżuta przez kulturę niską kultura wysoka (odsyłam chociażby do recenzji Agaty Pyzik).

3. Mnożąc jeszcze bardziej kolejne etykiety, należy stwierdzić, że „Wielkanoc z tygrysem” jest realistyczną telenowelą kryminalną. Główny trzon powieści tworzą kolejne odcinki telewizyjnego serialu „Bergmanowo” (zaczynamy od odcinka 2201, by dotrzeć ostatecznie do 2222) przeplatane „reklamowymi przerywnikami”, w których Wielkopolski trudzi się nad pisaniem nowego scenariusza na podstawie „Lalki” Bolesława Prusa. Przykładowe tytuły tych krótkich między-rozdziałów: „Izabela siedzi w gabinecie”, „Izabela na szezlongu”, „Izabela bierze lampę” czy „Izabela roztkliwia się triumfem” niewiele mają wspólnego z ich zawartością; Foks przy pomocy tytułów rzekomo zdradzających postęp pracy nad scenariuszem gra z konwencją prezentowania czytelnikom mąk twórczych autora, samego nadawania tytułów rozdziałom książki, bawi się również z literaturą metatekstualną oraz oczywiście z samą „Lalką” Prusa. Akcja powieści/serialu toczy się w serialowym miasteczku, Bergmanowie, zamieszkiwanym przez serialowych mieszkańców/aktorów, z których za najważniejszą uznać należy Monikę Rapacką, największą gwiazdę „Bergmanowa” będąca zarazem najpoważniejszą kandydatką do roli Izabeli Łęckiej.

4. Wbrew sugestiom niektórych recenzentów, fabuła w „Wielkanocy z tygrysem” jest niezwykle istotna, mam więc spory dylemat jeśli idzie o zdradzanie najmniejszych chociażby fragmentów. Nie będzie jednak nadużyciem, jeśli omawiając powieść kryminalną powiem o tym, że już na samym wstępie powieści Monika Rapacka ginie. Ginie oczywiście w nader tajemniczych okolicznościach i nie wiemy nawet, czy została zamordowana, czy popełniła samobójstwo, czy też – myślimy tak przynajmniej przez kilka pierwszych rozdziałów – nagle zniknęła, zdematerializowała się i postanowiła przez jakiś czas po prostu nie być. Śledztwo prowadzi straż serialowa, która – jak na przyzwoite, nie tylko serialowe, ale i prawdziwie filmowe śledztwo przystało – z niebywałą wprawą porusza się po serialowym miasteczku, przepytuje kogo trzeba, poznaje kolejne, coraz bardziej niespodziewane i zapętlające narrację tajemnice z życia mieszkańców Bergmanowa, przedziera się przez tzw. „mroki przeszłości”, nie bez satysfakcji oddaje się niekończącym się dysputom i dedukcjom mającym rozwikłać niełatwą przecież zagadkę. Tylko w nielicznych chwilach wolnego czasu główni detektywi prowadzący śledztwo (Rainer i Wielkopolski) wybierają się na wspólne obiady, w ich mniemaniu warte więcej niż kolejna rozwiązana intryga. Dzięki śledztwu czytelnik wraz z detektywami poznaje poszczególnych mieszkańców Bergmanowa i okolic – a to serialowego dilera narkotyków Mamto, a to szefa rozbudowy miasteczka filmowego Włodzimierza Cegielsky’ego i jego żonę, a to Adama, rektora Huberta Wrońskiego, Roberta Przecenę i pozostałych lokatorów posiadłości Moniki Rapackiej. Jak się domyślamy, właściwie wszyscy bez wyjątku bohaterowie są w „Wielkanocy z tygrysem” podejrzani o popełnienie niecnych czynów i wielkie gratulacje należą się Darkowi Foksowi, że do samego końca nie pozwala czytelnikowi na samodzielnie rozwiązanie ostatecznej zagadki (już, już wydaje się nam, jesteśmy pewni, wiemy, kto zabił, by za moment znowu, jak przed kilkoma rozdziałami, znaleźć się w punkcie wyjścia), a i po jej rzekomym rozwiązaniu nie wszystko jest jasne i czytelne.

5. Samo Bergmanowo wydaje się czytelnikowi mocno tekturowe, jakby rzeczywiście było to miasteczko filmowe złożone z samych tylko dekoracji, za którymi – niczym w „Truman Show” – kryje się prawdziwe życie i prawdziwy świat. Bergmanowo to fikcja, to przeznaczone na potrzeby telewizyjnego przedstawienia rekwizyty i przestrzenie, to zatrudnieni fachowcy, z góry rozdzielone funkcje, napisane, wyuczone dialogi i drobiazgowe didaskalia. Liczni bohaterowie powieści, mimo zróżnicowania ich ról (serialowych) i charakterów, są ostatecznie serialową masą, pulpą, produktem przeznaczonym dla czytelnika książki/widza serialu. „Wielkanoc z tygrysem” sprawia wrażenie powieści napisanej z zimną krwią, co akurat w przypadku kryminału nie powinno być zarzutem, a jednak nieustannie w czasie lektury – miejscami nużącej i irytującej – odnosiłem wrażenie, że Foks przed przystąpieniem do pracy rozpisał sobie całość w kilkudziesięciu czy nawet kilkuset szczegółowych punktach planu, zgodnie z którym wytrwale poruszał się przez następne tygodnie twórczej pracy. Jest to powieść perfekcyjna, pedantyczna, a tym samym – znowu posłużę się określeniem adekwatnym do gatunku – martwa. Nie powinno się oczywiście czynić autorowi zarzutu z tego, że jest perfekcjonistą, czy z tego, że nawet niespodziewane i nagłe zwroty akcji zaplanowane zostały z zegarmistrzowską precyzją odpowiednio wcześniej, ale jakoś nie mogłem się doszukać między wierszami radości autora ze (s)tworzonego przez siebie dzieła, nie mogłem też uwierzyć w spontaniczność całego przedsięwzięcia. Jeśli żart – to zaplanowany, suspens – rozpisany punkt po punkcie, nawet opis miasteczka czy poszczególnych postaci – wszystko na zimno, z wyrachowaniem, bez większych emocji. Chirurgiczne cięcia, konkret i rozwaga, wszystko perfekcyjnie i zatrważająco wręcz podporządkowane śledztwu. W każdym razie, za niezwykle trafny, choć nie wiem czy na pewno pozytywny i zachęcający do kupna książki, uważam fragment tekstu Michała Witkowskiego z „Twórczości”, gdzie czytamy: „Czy Foks, mówiąc językiem krytyki socrealistycznej, jest ‘skrajnym formalistą’? Czy należy zamknąć go w więzieniu, poddać torturom i przesłuchaniom, świecić lampą w oczy, pozbawić papierosów?”. Nie domagając się bolesnych tortur dla autora „Orcia”, z ręką na sercu odpowiadam: tak, jest Foks skrajnym formalistą i nie każdemu ów doskonały, doprowadzony do ekstremum formalizm przypadnie do gustu, a niektórych może wręcz rozdrażnić i zniechęcić do dalszej lektury.

6. Zdaję sobie sprawę, że okrzyk „Więcej życia!” skierowany w stronę żywiącego się kolejnymi trupami kryminału jest cokolwiek śmieszny, ale wydaje mi się, że gdyby nie sumienne wypełnianie recenzenckich obowiązków, sam zarzuciłbym lekturę „Wielkanocy” po kilkunastu pierwszych stronach, tak jak to zresztą uczyniło kilkoro moich znajomych. Po lekturze całości mogę w tym miejscu zapewnić tak wspomnianych znajomych jak i zupełnie obcych czytelników, którzy będą chcieli podobnie postąpić, że nie będzie to krok szczególnie rozważny i jednak warto przemóc (ewentualną) początkową niechęć i zatopić się całkowicie we wciągającym świecie serialowego Bergmanowa. Foks mnoży wątki, tasuje postaci i wydarzenia, wpuszcza na scenę wciąż nowych podejrzanych, kolejne fakty z lat młodości naszych bohaterów diametralnie zmieniają efekty dotychczasowego śledztwa. Mamy tutaj romanse, nieślubne dzieci, rozstania, miłosne zawody, przekręty finansowe, handel nieruchomościami itd. itp. I mimo że – o czym już wspominałem – gorące nawet dania serwowane są nam tutaj z zimną krwią, to szefem kuchni jest Darek Foks pierwszorzędnym i skargi na to, co widzimy przed oczyma, wnieść się nijak nie da, bo też nie ma się za bardzo czego czepiać. Wiadomo, zawsze by było miło, gdyby nagle, bez uprzedzenia, taki, dajmy na to – rak, zaczął uciekać z talerza, ale przecież nikt nie powiedział, że nie przewidziano żadnych niespodzianek. Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi: niespodzianki przewidziano.

7. I jeszcze jedna istotna kwestia, a mianowicie odczytywanie kryminału Foksa nie jako Foks-kryminału, lecz utworu uniwersalnego walczącego z kulturą niską, serialową pulpą czy polską popkulturą (bo mimo zastosowania wszystkich koniecznych składników, nie sposób przecież „Wielkanocy z tygrysem” pomylić z jakimkolwiek klasycznym reprezentantem gatunku i chyba określenie Foks-kryminał będzie tutaj najwłaściwsze, choć stworzone doraźnie). Oczywiście, o ile sama „Wielkanoc z tygrysem” jest kryminałem jak się patrzy i skłonny jestem wyobrazić sobie Raymonda Chandlera czy Agatę Christie czytających ją z niekłamaną przyjemnością i pojawiającym się co jakiś czas uśmiechem na ustach, o tyle jestem pewien, że telenowela „Bergmanowo” w najśmielszych nawet marzeniach i z najbardziej nawet ekscentrycznym prezesem telewizji na czele nie znalazłaby miejsca w żadnej ramówce, nie mówiąc już w ogóle o dwutysięcznym odcinku. „Bergmanowo” to właściwie serialowa hucpa, a nie kolejna możliwa, prawdopodobna telenowela – i w podejściu do serialowej materii właśnie pozwala sobie Foks na odrobinę szaleństwa, na grę z konwencjami i przyzwyczajeniami. Foks jako zawodowy scenarzysta ma szczególną świadomość własnego dzieła – wie, że stworzył perfekcyjny, pedantyczny, a przecież trzymający w napięciu, emocjonujący kryminał wsadzony w foremkę kolejnych, idących w tysiące odcinków telewizyjnego tasiemca, który jako telenowela jest zupełnie nierealistyczny, niesformatowany, niestargetowany, niemożliwy do realizacji po prostu. To nie tyle „Na wspólnej”, co raczej jakieś „Na opak”. To „M jak miłość” dla ludzi, którzy nigdy w życiu nie posiadali w domu odbiornika telewizyjnego, a jedyny serial, jaki znają, to powieść publikowana w odcinkach. To „Klan” epoki wyczerpania, „Klan” – dobrze, posłużmy się wreszcie określeniem, na które wszyscy czekaliśmy – na ponowoczesne czasy. Jakby Foks, po latach tasiemcowej roboty pełnej nakazów, obostrzeń i spełniania oczekiwań wielomilionowej widowni telewizyjnej, postanowił w końcu się zemścić, postanowił się odkuć i oto prezentuje nam „Wielkanoc z tygrysem” – serial, który nie ma szans na realizację, scenariusz, który – mimo niewątpliwych zalet – nie zostałby zakupiony przez żadną stację telewizyjną. Oto telenowela marzeń, telenowela na przekór, sztuka dla sztuki, pokazanie środkowego palca producentom durnych, ciągnących się latami bajek dla dorosłych. Prosimy nie regulować odbiorników.

8. I trzy dodatki na zakończenie. Po pierwsze, Foks zdążył nas już przyzwyczaić do niespodzianek, ale tak czy siak nie bardzo rozumiem, co robi w tej książce opowiadanie „Pudełko” (publikowane wcześniej w „Playboy’u”), a i wiersz „Sny z puszki” można by sobie darować. Oczywiście, bez tych dwóch kawałków „nie sposób zrozumieć całości”, ale chyba czuję się lepiej, będąc od czasu do czasu czytelnikiem naiwnym. Po drugie, wieść gminna niesie, że kolejna, planowana na najbliższe miesiące powieść Foksa jest dużo lepsza od tej, o której mowa powyżej, oraz że „Wielkanoc z tygrysem” przy „Kebab Maister” to mały pikuś. Czekamy. Po trzecie wreszcie, satysfakcja czytelnicza z „Wielkanocy z tygrysem” swoją drogą, ale najmniejszych nawet wątpliwości i zastrzeżeń nie mam co do tego, by raz jeszcze polecić Państwu niedawno opublikowane na łamach „Twórczości” świetne opowiadanie pt. „Tajemnica Pustego Baku”. Wiadomo jak to jest z tymi naszymi czasopismami literackimi. Wiadomo, że mało kto to opowiadanie przeczytał i mało kto po nie sięgnął. Wiadomo, że czytelnik, który jeszcze przed momentem nie wiedział o jego istnieniu, po tej obietnicy czekającej go rozkoszy pobiegnie do jakiejś uniwersyteckiej biblioteki i o archiwalny egzemplarz „Twórczości” poprosi. Czego i Państwu życzę.
Darek Foks: „Wielkanoc z tygrysem”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2008 [seria: Ze strachem].