Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (111-112) / 2008

Maciej Malicki,

MALICKI PRZEDSTAWIA

A A A
[Bajka]
Mniej więcej dwa lata temu poznałem dziewczynę. Raczej więcej. Tutaj, w Mikołowie. Znajomość trwa. Jakieś trzy, no, cztery miesiące temu opowiedziała mi historię. Bajkę, nie bajkę. O facecie, którego życie było determinowane przez ciągłe gubienie kluczy. Od tamtej pory skrzętnie nasłuchuję i z niecierpliwością czekam na następne. Ku mojej radości pojawiają się. Postanowiłem je pokazać. Bo, moim zdaniem, warto. Ostatnia, najważniejsza, uwaga – autorką jest dziewczyna. Ja tylko zapisuję. Nazywa się Beata Obarska. Dla znajomych – OB.



[Śledztwo]
Starszy mężczyzna od rana zmywał. Stosy talerzy [głębokich i płytkich], miseczek, waz, szklanek, kubków, filiżanek, garnków, widelców, noży, łyżek. Skończył, wytarł zlew, wypłukał, wycisnął gąbkę i poszedł do sypialni popełnić samobójstwo. Po pewnym czasie przyjechała ekipa. Lekarz przystąpił do rutynowych czynności, a policjanci zaczęli skrupulatnie, sztuka po sztuce, przeglądać to, co samobójca pozmywał.



[Plan]
W małym, sennym miasteczku żył niezbyt rozgarnięty mężczyzna. Pewnego dnia podeszli do niego nieznajomi i zapytali o ulicę, której najwidoczniej szukali. Potrzebowali. Gdzie jest? Jak dojść? Był zaskoczony, nie wiedział, nie miał zielonego pojęcia. Zdębiał. Od tamtej pory, a minęło trzydzieści lat, przychodzi w to miejsce i zastanawia się, gdzie jest ulica, o którą go wtedy zapytano.



[***]
Był facet. Wstawał o świcie, szedł na pola, do lasu. Zbierał płody. Znosił je do domu. Gotował, wekował, suszył, wędził. Jadł. I tak do wieczora. Kładł się spać wcześnie. Następnego dnia też wstawał o świcie. Prysznic, staranna toaleta, śniadanie. Zakładał elegancki, gustowny garnitur. Stosowną koszulę, krawat, buty. Wyprowadzał z garażu szybki, wysokiej klasy sportowy samochód i jechał do miasta. Do swojej firmy. Witał się z sekretarką. Szedł do gabinetu, do późnego popołudnia przeglądał papiery, podpisywał umowy, prowadził negocjacje, rozmawiał z pracownikami, sprawdzał notowania, przez internet łączył się z całym światem. Po pracy spotykał się z grupą przyjaciół na wykwintnej kolacji w najlepszej restauracji.Wracał do domu wieczorem. Nie wiedział, które życie jest realne. Które jest jawą, a które jest snem.



[***]
Był facet. Jego życiem rządziło nieustanne gubienie kluczy od domu. Komunia, szkoły, studia, praca, podróże, małżeństwo, rozwód – wszystko było splotem i ciągiem wydarzeń, u podstawy których leżało zgubienie kluczy do domu. Opowieść OB kończyła scena: mężczyzna poznaje nową kobietę [przez zgubienie kluczy], jest zakochany, przychodzi do niej do domu z pierwszą wizytą, po kilku godzinach postanawiają gdzieś wyjść. Kobieta stoi przed lustrem, poprawia fryzurę, wyjmuje z lewej kieszeni żakietu chusteczkę i przekłada ją do prawej. „Wiesz, zawsze przekładam przed wyjściem z domu chusteczkę z kieszeni z kluczami, do drugiej, żeby ich nie zgubić, kiedy będą potrzebne” – mówi.



[Mól]
Był facet. Duży, gruby, niezgrabny. Miał zepsute zęby. Posiadał bogatą wiedzę z wielu dziedzin. Ceniono go w dyskusji. Potrafił zawsze powiedzieć coś interesującego i oryginalnego. Z roku na rok robił się coraz grubszy i miał coraz bardziej zepsute zęby. Pewnego dnia przyszedł do niego znajomy. Chciał pożyczyć książkę. Facet otworzył drzwi i poszedł poszukać tytułu. Znajomy z zainteresowaniem rozglądał się po mieszkaniu [był w nim pierwszy raz]. Wszędzie leżały i stały stosy książek. Na podłodze, na biurkach, na stołach, na krzesłach. Tysiące. Z każdego tomu wystawało kilka zakładek. Wszystkie były identyczne. Ot – sreberka, w jakie zwykle pakowana jest czekolada.



[***]
Bóg stworzył ludzi, którzy nie musieli jeść, pić i wydalać. Nie mieli otworów.
Chłopak umówił się z dziewczyną. O szóstej po południu. W restauracji.



[Nie bajka I]
Młody człowiek odziedziczył piekarnię. Po kilku latach został milionerem. Bo pewnego dnia zdobył jedno, stałe zamówienie. Zaopatrywał codziennie w bułki Hutę Katowice.



[Nie bajka II]
Po czterdziestu latach odkryłem tajemnicę mojego kolegi z dzieciństwa. Wie pani, bawiliśmy się na placu pomiędzy domami. Boisko, poligon, dżungla, pustynia – wszystko. Kiedy tylko tam pojawialiśmy się natychmiast przybiegał pies. Wielki, groźny, potworny owczarek niemiecki. Rzucał się na nas, gryzł, gonił. Agresywny potwór. Drapieżca. Ale jednego z nas omijał szerokim łukiem. Podkulał ogon i odchodził. Pytaliśmy kolesia, co jest. Nie chciał nam powiedzieć. Kilkadziesiąt lat później, przez rok, dojeżdżałem do pracy tramwajem. Od domu do przystanku miałem, powiedzmy, siedemset metrów. Mniej więcej w połowie drogi spod bramy wypadał na mnie mały kundel. Wył, szczekał, łapał za nogawki. Jazgotliwy, upierdliwy, wredny pokurcz. Pewnego dnia, kiedy był szczególnie agresywny, kopnąłem go. Miałem dosyć. Ot, chciałem odpędzić, odgonić. Padł na chodnik. Zemdlał. Musiałem trafić go w czuły punkt. Chyba w nos. Jeszcze z przystanku widziałem, że leży bez ruch. Następnego ranka, jak zwykle, szedłem na tramwaj. Pies wypadł spod bramy, spojrzał na mnie, podkulił ogon i ze skomleniem wrócił na swoje podwórko. W ten sposób odkryłem tajemnicę kolegi z dzieciństwa.



[Nie bajka III]
Znajomy powiedział, że jak wygra w lotto, to następnego dnia przyjedzie do pracy w lektyce, którą będzie niosło dwóch Żydów i dwóch Murzynów. Wpadnie tylko na chwilę, żeby powiedzieć, że już nie pracuje.