Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Katarzyna Szopa,

NA CZESKICH PAPIERACH

A A A
Nazywana „czeską Bridgett Jones”, bo pisząca książki „odpoczynkowe” (ale nie rozrywkowe) (jak w „Wysokich Obcasach” stwierdza Mariusz Szczygieł), Halina Pawlowská sama wyznaje, że jej powieści powstają z felietonów. „Dzięki za każdy nowy ranek” to właśnie przegadana w iście szwejkowskim stylu i pełna humoru (auto?)biografia Olgi – dziewczyny żyjącej na przedmieściach Pragi razem ze swym ekscentrycznym ojcem („Wszystko, co ludzkie – korzystanie z ubikacji, kochanie się i płodzenie dzieci – mojemu tacie wydawało się «nieprzyzwoite». Fuj!”, s. 13) i trzeźwo stąpającą po ziemi matką. Historia Pawlowskiej wyróżnia się właśnie tym, że jest zwyczajna, co narratorka zdradza już na samym początku: „Jeśli postacie, sytuacje i zdarzenia z tej książki coś wam przypominają, to pewnie dlatego, że macie podobne przeżycia, wspomnienia oraz znajomych” (s. 7).

I właśnie przypominają. Bowiem wszystkie „postacie, sytuacje i zdarzenia”, tworząc krótkie i dynamiczne historie „na ten sam temat”, osadzone są w realiach „historycznych” (już dobrze nam znanych i o-czytanych) – jest to rzeczywistość Czechosłowacji na przełomie lat 60.i 70. Nie tak od razu zostajemy wrzuceni w nurt opowieści, gdyż całość spięta jest klamrą, utrzymaną w nieco lirycznym tonie, przypominającą coś na kształt snu, kojącego zawieszenia „pomiędzy”: „Chyba jesteśmy w niebie. (...) Wszystko jest bujne, jasne, bez skazy” (s. 11). Późniejsze fragmenty zaś to już tylko potok opowieści o perypetiach głównej bohaterki i jej familii – o tym, że co jakiś czas do Pragi zjeżdża się nader liczna rodzina z Ukrainy, o „miłosnych ochach i achach” (s. 43) Olgi, o nierozstrzygniętej przeszłości stryja Sztiepana. W dodatku tych kilkanaście wariacji oplata cała gama ukraińskich pieśni i przyśpiewek – jak mantra rozlega się refren: „Oj, piłem ci ja w poniedziałek / i przepiłem czterdzieści wołków”, i tak do niedzieli (bo siódmy dzień tygodnia to właśnie „przepita nadzieja”).

„Dzięki za każdy nowy ranek” to zgrabnie ujęte migawkowe zdarzenia (przerzucane zupełnie jak kalejdoskopowe slajdy), składające się na drobne i dynamiczne opowiastki, które z kolei tworzą historię życia bohaterki, ale też rodzinny portret w krzywej oprawie. I choć narratorka nie pomija w swej opowieści porewolucyjnych wydarzeń roku 1968, to groza politycznych represji nie mąci ani swobodnego toku narracji, ani życia bohaterów. Bowiem nie znajdujemy tu pesymistycznej wizji świata (choć są owe „przepite nadzieje”), jak w polskiej literaturze tego okresu, przesiąkniętej złością i buntem (jedynym aktem sprzeciwu uczniów było przemalowanie ławek na kolor kanarkowożółty), ani też – paranoicznego strachu (obawę w bohaterce budziło tylko to, „że żołnierze zjedzą mi kota” [s. 19] – jak sama wyznaje). Rzeczywistość powieści nie przytłacza również ciężarem marazmu i bierności wobec zastanego porządku. Tu bohaterowie żyją na swój sposób, bez dylematów moralnych i bez strachu, a ową moc ocalająco-scalającą posiadają przedmioty – „drgające słonie”, szklany konik i serca z piernika chronią przed tym, co złe: „Było Boże Narodzenie. Dostaliśmy od Pavli prezent: trzy kolorowe słonie na długiej drewnianej tyczce. Pavla napisała, żebym zwróciła uwagę na to, że słonie cały czas lekko drgają. A jak przestaną drgać, to znaczy, że w pokoju jest ktoś, kto nie ma uczciwych zamiarów. Uczciwych zamiarów wobec mnie!” (s. 112). I choć bohaterka nie dostała się na studia ze względu na przeszłość stryja Sztiepana i nigdy z tego powodu nie zwiedziła Paryża (milicjant zapytał wprost: „- Po co chce pani jechać do tego Paryża? — Jak to po co? Bo nigdy tam nie byłam! — Myśli pani, że ja byłem!”, s. 74), to wydarzenia polityczne, odsunięte w powieści na dalszy plan, są mgliste i zatarte, ledwie widoczne. W sposób karykaturalny i wręcz absurdalny wykrzywiają powieściową rzeczywistość, nie wyrządzając przy tym większych szkód (zresztą zarzuca się autorce, że o epoce komunizmu mówi ze śmiechem). Bo przecież (jak sam tytuł wskazuje) tak naprawdę liczy się każdy nowy ranek.

Na powieść Pawlowskiej składa się cała paleta barwnych anegdot z życia prażan, przytaczanych z niezwykłym humorem, na wariackich papierach. To taki czeski film (nieprzypadkowo narratorka studiuje w szkole filmowej), w którym wszystko może się zdarzyć, bo scenariusz pisany był „po jakiejś popijawie” (s. 85). W dodatku natykamy się na korowód przeróżnych postaci: gruba Wasyłyna, której syn Michał został użądlony przez pszczołę w oko, Dasza, której sukienka spadła w kościele, Oskar Kahler, który zawsze „robił wulgarne aluzje do różnych rzeczy” (s. 14), czy też inżynier Sedlaczek, który miał poważne kłopoty z prostatą. Sama narratorka natomiast jawi się nam jako kobieta pełna kompleksów. Określa siebie nie jako „ja”, ale poprzez pryzmat własnej cielesności – „Pewnego ranka mama Mirka weszła do pokoju, żeby go obudzić, i po prostu wbiło ją w ziemię, kiedy zobaczyła obok swojego syna tyle bezkształtnego kobiecego cielska” (s. 86). Stosunek do własnego, obfitego w kształty ciała wpędza ją w obsesję (czy też potrzebę) obdarowywania sobą: „Śledziłam każdy jego ruch, każde spojrzenie... On miał mnie gdzieś, ale moja miłość była tak ogromna, że czasami jej ulegał. Raz na jakiś czas przychodził i kochał się ze mną” (s. 39). Ta (skądinąd niezwykła, bo zbyt naiwnie pojmowana) ekonomia daru przejawia się w usilnym poszukiwaniu (i jeszcze usilniejszym dawaniu) miłości u mężczyzn, którzy niestety nie potrafią, bo nie chcą Olgi kochać: „Na końcu drogi, po pięćdziesięciu kilometrach, Mirek dał mi całusa. Całusa dał jeszcze Irence, Barbarze i Vierze, ale ten mój, był taki jakiś... inny” (s. 86). Również fizjologia wydaje się być dla bohaterki-narratorki czymś „nienaturalnym” (co nie znaczy, że w samej powieści to temat tabu, wręcz przeciwnie), gdyż obsesyjnie stara się ukryć ten fakt przed ludźmi, a zwłaszcza przed mężczyznami: „Szybko pobiegłam do ubikacji. Uprzytomniłam sobie, że ciągle takie rzeczy w obecności mężczyzn wydają mi się niezręczne” (s. 121).

I choć niejedna polska pisarka uznałaby tę biografię za wzorzec tragiczny, to życie Olgi jest ciągiem przezabawnych zdarzeń, do których sama bohaterka podchodzi z pewnym dystansem: „Rzecz jasna, była to droga krzyżowa. / Nawet nie tyle z powodu tych kilometrów, ile przez poczucie, które ma dziewczyna o szerokich biodrach i nieproporcjonalnie wielkim biuście, która idzie i idzie, nie ma żadnych perspektyw, za to mnóstwo problemów, i to tak absurdalnych, że nie można o nich mówić poważnie” (s. 85). Zdystansowanie wobec rzeczywistości sprawia, że nawet śmierć osób najbliższych wydaje się w tym świecie czymś koniecznym, z czym wcale nie tak trudno się pogodzić: „Stałam wyprostowana, nie płakałam i myślałam: ‘Jest dobrze. Tato nareszcie jedzie do domu’” (s. 135). Skoro śmierć jest drogą, to wydaje się, że w tym pogodnym świecie wszystko jest do zniesienia. I choć pojawiają się momenty strachu i zwątpienia („Zrozumiałam też jedno: że własna śmierć w porównaniu ze śmiercią innych jest może straszna i bolesna, ale przynajmniej zrozumiała”, s. 124), to można byłoby dodać: „A nawet gdyby wojny zaczęły nacierać na nas niczym lodowce, to wciąż jeszcze pozostanie zwyczajna, poczciwa śmierć” (Kurt Vonnegut, „Rzeźnia numer pięć”).

Do mocniejszych stron książki z pewnością należy sposób prowadzenia narracji. Niemal wszystkie mini-fabułki, zakończone efektowną puentą, zbiegają się w zgrabnie opowiedzianą historię. I wprawdzie to nie opowieść na „sto lat samotności”, ale za to siedem przegadanych „jednym tchem” rozdziałów, które wzbraniają się przed jakimkolwiek patosem. Utrzymane w prostej, ale ciekawej konwencji – bo książkę Pawlowskiej można nazwać zarazem powieścią-dziennikiem, biografią, rodzinną sagą, a nawet felietonem – układają się w biegnąca opowieść o tym, że życie to „czasem słońce, czasem deszcz”.
Halina Pawlowská: „Dzięki za każdy nowy poranek”. Przeł. Dorota Kania. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008 [seria: z miotłą].