Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

TWARDY JAK HAMMER

A A A
Jeden z głównych twórców czarnego kryminału Mickey Spillane ma w Polsce (przynajmniej teoretycznie) zostać pośmiertnie autorem bestsellerów. Kanikuła sprzyja niewielkim objętościowo książkom, które z łatwością można spakować do plecaka czy walizki i podczytywać na plaży bądź w namiocie. Na miłośnikach kryminałów nazwiska tłumaczy (Marcin Baran, Tomasz Kunz) nie zrobią być może wrażenia, recenzent zaś skrupulatnie odnotowuje pierwszy tom z zapowiadanej serii. Oczekujemy, że wrażliwość na słowo dostarczy nam tekstu pozbawionego błędów językowych i chropowatych tłumaczeń. Przed poetami oryginał postawił trudne zadanie – oddać wiernie zarówno język Amerykanów kończących wykształcenie przynajmniej na college’u, jak i tych ze zdecydowanie niższych sfer, posługujących się slangiem, w dodatku, z uwagi na upływ czasu, zarchaizowanym.

„Ja jestem sądem” wprowadza nowego bohatera – prywatnego detektywa Mike’a Hammera, nazwisko znaczące – Hammer, czyli młot. Akcja toczy się w Nowym Jorku w 1947 roku, trup pojawiający się już na pierwszej stronie ma gwarantować niezłą rozrywkę oraz, posługując się wyświechtanym zwrotem prezenterów telewizyjnych, mrożące krew w żyłach przygody. I co? Z dużej chmury – mały deszcz. Mike Hammer jest uosobieniem męskości, jest niezwykle sprawny fizycznie, bywa seksownie niedogolony, zna w mieście wielu przydatnych ludzi, sprawnie gubi śledzących go tajniaków, jada hamburgery i kurczaki (a więc w domyśle proste jedzenie), ale dba o swój garnitur (poza sytuacjami wymagającymi ubrudzenia rąk).

Tych sytuacji jest wiele, większość z nich zresztą prowokuje sam Hammer, którego w mściciela zmienia morderstwo przyjaciela – Jake’a Williamsa. „Dla mężczyzny przyjaźń znaczy więcej niż dla kobiety” – to zdanie pada z ust kobiety, lecz wyraża ono pogląd narratora. Hammer jako prywatny detektyw nie musi jak policja przestrzegać reguł, więc będzie się starał zawsze być jeden krok przed nią. Jego dawny kumpel – Pat Chambers, podrzuci mu kilka tropów i odtąd będą spotykać się w miejscach kolejnych morderstw. Jak przystało na porządny kryminał, autor nie ogranicza się do jednego trupa. Zamordowanie Jake’a nie oznacza dla sprawcy końca kłopotów i aby odsunąć je od siebie, będzie musiał zdecydować się na kilka radykalnych posunięć. Jake – były glina, podczas wojny uratował Mike’owi życie, sam straciwszy rękę. Nie mógł wrócić do pracy w policji, zatrudnił się więc w zakładzie ubezpieczeniowym. Namiastka dawnego, niebezpiecznego życia nie mogła przyczynić się do śmierci z powodu kuli w brzuchu. Chyba, że w grę wchodzi kobieta lub / i brudne interesy. Jack ma swoją kobiet(k)ę fatalną (niegdyś) - uroczą Myrnę, którą wyciągnął z narkomanii. Jednak towarzystwo, w którym Jack przebywał w wieczór zabójstwa, nie przypominało kółka różańcowego: George Kalecki, były przemytnik alkoholu, który nie zrezygnował z łatwych pieniędzy, nieznany szerzej Hal Kines, lubiące urozmaicone życie bliźniaczki Bellemy, psychiatra Charlotte Manning. Aby poznać prawdę, należy przesłuchać podejrzanych, a w tym wypadku Hammer bardziej niż w siłę argumentów, wierzy w argumenty siły: „Sam wykonuję czarną robotę, a wokół mnie roi się od gości, którzy powiedzą mi wszystko, co chcę wiedzieć, bo zdają sobie sprawę, co ich czeka, jeśli mi odmówią” (s. 13). Czytelnik parokrotnie dokładnie dowiaduje się, co może spotkać niechętnych do współpracy, bo światek, w którym obraca się detektyw, jest bardzo brutalny, a ludzkie życie znaczy w nim niewiele.

W dzisiejszym świecie Hammer zyskałby opinię męskiego szowinisty, zresztą przynajmniej w części uzasadnioną. „Teraz żałowałem, że nie uważałem bardziej z tą małą Bellemy. Velda była zbyt dobrą kobietą, żeby ją stracić. Mogłem się teraz spodziewać paru cichych dni. Kiedyś będę musiał zacząć lepiej ją traktować. Z drugiej strony, była surowa dla facetów i nigdy nie aprobowała moich zasad postępowania” (s. 62). W zakończeniu do kobiety, z którą o mały włos nie związałby się (oczywiście po ślubie porzuciłaby swoją pracę, a nie jest to TEN zawód, drogi Czytelniku), mówi: „Jesteś kobietą, która pragnie władzy i bogactwa. (…) Ile razy przekonałaś się o kruchości mężczyzn, ile razy widziałaś ich słabość? To napełniło cię lękiem. Zatraciłaś społeczny instynkt kobiety, który polega na tym, że kobieta podporządkowuje się mężczyźnie”. (s. 173)

Dezaprobatę postmodernistycznego odbiorcy wzbudza także niechęć do homoseksualistów (rzeczywistych lub jedynie podejrzewanych), nie mieszczących się w czarno-białym, dwubiegunowym świecie: dobrzy – źli, silni – słabi, mężczyźni – kobiety. Hammera otaczają atrakcyjne kobiety, od seksownej i zazdrosnej sekretarki Veldy, przez piękność w typie nordyckim, psychiatrę Charlotte Manning, do obdarzonej mniej oryginalną urodą bogatej nimfomanki Mary Bellemy. Na okładce wydawca zamieścił rozpartą w prowokacyjnej pozie kobietę (jej strój wskazuje jednak na lata 20., podczas gdy akcja toczy się dwie dekady później) o badawczym, wyczekującym spojrzeniu i broni nonszalancko spoczywającej na udach. Oryginalna okładka jeszcze dokładniej wskazuje na zakończenie, którego zresztą można się domyślać, gdy przeanalizujemy, która z postaci jest praktycznie poza podejrzeniem detektywa. Femme fatale to nieodzowny motyw czarnego kryminału, podobnie jak robiący porządek policjant – detektyw. Zepsute, bogate kobiety, którym wiele się wybacza, które jednak popełniają błąd, posuwając się o krok za daleko – jakiż to materiał na role aktorskie. Filmowość książki zwraca bowiem uwagę czytelnika raz po raz. Ciemne bary, luksusowe apartamenty, szelest koronkowych peniuarów, zapach whisky – wszystkie opisy łatwo przełożyć na język filmu, co zresztą uczyniono szybko, powieści Spillane’a ekranizowano parę razy, nie licząc serialu telewizyjnego, w którym w postać Hammera wcielił się Stacy Keach. Nie ulega wątpliwości, że Mickey Spillane ze swym bezkompromisowym bohaterem trafi w gusta czytelników spragnionych archetypicznego wojownika, który może być i mścicielem, i patriotą, i kochankiem.

Ale to nie jest niestety pastisz, tylko powieść wydana u nas zbyt późno. Współczesny czytelnik, jeśli nie jest zagorzałym wielbicielem czarnego kryminału spod znaku Raymonda Chandlera, może się rozczarować ledwie poprawną powieścią. Konwencja powieści hard-boiled niecnie została wykorzystana przez kulturę masową i wydaje się niepodobieństwem powrót do czystej postaci gatunkowej, tak jak do „eleganckiej” odmiany stworzonej przez Agathę Christie. W dzisiejszych opowieściach kryminalnych sprawiedliwość nie zawsze musi zatriumfować, a sam detektyw bywa postacią obarczoną własnymi kłopotami, w tym zdrowotnymi, jak Kurt Wallander, albo traumami, które utrudniają mu życie, jak serialowemu Adrienowi Monkowi. Choć komiksowo silny i zdeterminowany Mike Hammer nie budzi sympatii, zapewne warto będzie przeczytać kolejny tom, tym bardziej, że jednym z tłumaczy ma być Marcin Baran. Wypada trzymać również kciuki za wydanie wszystkich trzynastu części cyklu, wszakże każdy zasługuje na porcję wakacyjnej (i nie tylko) rozrywki.
Mickey Spillane: „Ja jestem sądem”. Przeł. Tomasz Kunz i Marcin Baran. Wydawnictwo EMG. Kraków 2008.