Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Przemysław Pieniążek,

O DIABLE I CZŁOWIEKU. HELLBOY SPOTYKA DEL TORO

A A A
Prawa ręka zniszczenia

Kiedy amerykański rysownik Mike Mignola rozpoczął szkicowanie nowego bohatera tzw. shortów (krótkich historii komiksowych), prawdopodobnie nie spodziewał się, że jego plastyczna kreacja nabierze w niedługim czasie znamion kultowości. Według pierwotnych zamierzeń Mignoli, czerwonoskóry diabeł z kamienną dłonią oraz spiłowanymi rogami miał już do końca swego rysunkowego żywota pozostać postacią enigmatyczną i niedookreśloną. Na szczęście cudaczny bohater zaintrygował cenionego scenarzystę obrazkowych historii, Johna Byrne’a. To dzięki niemu opowieść o przybyszu z piekła rodem nabrała głębszych znaczeń, rozpoczynając wieloodcinkową podróż przez świat mitologii, okultyzmu, ezoteryki oraz postmodernistycznej parapsychologii. A całość okraszona została wiarygodnymi portretami psychologicznymi, efektownymi pojedynkami oraz dużą dawką specyficznego humoru. Jednym słowem – Piekielny Chłopiec został skazany na sukces, z czego skwapliwie skorzystał.

W 1944 roku niemieccy okultyści, przeczuwając upadek Tysiącletniej Rzeszy, wprowadzili w życie Projekt Ragnarok, którego podstawowym założeniem było zdobycie broni ostatecznej zagłady rodem z otchłani piekieł. Pomocą w tym czarnoksięskim eksperymencie służył nazistom sam Grigorij Rasputin (pogłoski o jego śmierci były dalece przesadzone), piastujący urząd gorliwego piewcy chaosu oraz koryfeusza nadchodzącego pandemonium w postaci „Starych Bogów”. Bluźnierczy rytuał zakończony został sukcesem, jednak z dużym „ale”. Przywołana z zaświatów istota trafiła bowiem prosto w ręce aliantów. Piekielnym Chłopcem zajął się profesor Bruttenholm, wychowując go niczym własnego syna. Z czasem jego niezwykły podopieczny wyrósł na czołowego agenta Biura Badań Paranormalnych i Obrony, zajmując się rozwiązywaniem paranormalnych zagadek, przeżywając całą gamę typowo ludzkich rozterek oraz wolno, aczkolwiek konsekwentnie, układając tożsamościowe puzzle, których najważniejszym elementem jest jego kamienna dłoń, będąca kluczem do uwolnienia Ogdru-Jahada, siedmiogłowej bestii Apokalipsy…

Niedługo po albumowej premierze w 1993 roku („Nasienie Zniszczenia”), Hellboy rozpoczął swoje infernalne rządy w komiksowym imperium, stając się prawdziwym czarnym koniem wydawnictwa Dark Horse. Początkowo epizody ukazywały się jako kilkunastostronicowe zeszyty, z czasem przybierając formę grubych, ekskluzywnych tomów. W Polsce seria jest wydawana pod szyldem oficyny Egmont Polska, choć w tym przypadku kolejność emisji albumów nie zawsze pokrywa się z wzorcem zachodnim. Na szczęście polscy fani czerwonoskórego piekielnika mieli okazję zapoznać się z najważniejszymi i najciekawszymi odcinkami, urzekającymi różnorodnością mitologicznych motywów, literackich aluzji oraz bogactwem cytatów z baśni oraz klasycznych filmów grozy.

Szczególnie ciekawą propozycją są albumowe zbiory krótkich epizodów, będących prawdziwymi komiksowymi majstersztykami („Spętana trumna” czy „Trzecie życzenie”), ukazujące detektywistyczną działalność czołowego agenta Biura Badań Paranormalnych i Obrony na przestrzeni dekad – wszak Hellboy starzeje się bardzo wolno. Nie brakuje w nich opowieści stricte humorystycznych, sensacyjnych, momentami dość upiornych, ale także niepozbawionych refleksji. Warto nadmienić, że Dark Horse wydaje również serię zatytułowaną „Hellboy: Weird Tales”, będącą graficznym hołdem złożonym postaci czerwonego diabła przez rzeszę cenionych oraz oryginalnych twórców. Wydawnictwo cechuje olbrzymia dowolność tematyczna (od posępnych, egzystencjalnych opowieści przez pastisz, na życzliwej parodii kończąc) oraz estetyczna: szkic, akwarela, pastele – to tylko niektóre metody, dzięki którym powstały intrygujące opowieści utrzymane w stonowanej stylistyce lub, wprost przeciwnie, atakujące zmysł wzroku ostrą szatą graficzną. Innym dopełnieniem opowieści o Piekielnym Chłopcu jest seria „B.B.P.O.”, koncentrująca się jednak na detektywistycznej działalności pozostałych członków paranormalnej ekipy z Abe’em Sapienem (Człowiek-Ryba), Liz Sherman (ekspertka od pirokinezy), Rogerem (XVII-wieczny homunkulus zbudowany z gliny, krwi oraz ludzkiego tłuszczu) oraz Johannem Kraussem (duchowy ekstrakt niemieckiego medium zamknięty w szczelnym, antropomorficznym skafandrze) na czele.

Jak łatwo się domyślić, potencjał tych graficznych powieści (powstałych także pod wyraźnym wpływem twórczości H.P. Lovecrafta) musiał wcześniej czy później skusić hollywoodzkich twórców oraz czujących pismo nosem producentów. W rezultacie w 2004 roku na ekrany kin weszła filmowa adaptacja przygód Hellboya. Realizacji projektu podjął się meksykański reżyser kojarzący się głównie z kinem grozy, Guillermo del Toro. „Hellboy” podzielił krytyków, choć nie zabrakło głosów wskazujących, iż obraz jest jednym z najlepszych filmowych komiksów w historii kina. Ale zanim do niego przejdziemy, przyjrzyjmy się jego nietuzinkowemu twórcy, konsekwentnie podążającemu raz wytyczoną drogą.

Lewa ręka (filmowego) stworzenia

Guillermo del Toro urodził się w 1964 roku w Guadalajarze (Meksyk). Początkowo pracował pod czujnym okiem Dicka Smitha, laureata Oscara za zasługi na niwie filmowego makijażu oraz efektów specjalnych. Szybko jednak usamodzielnił się, zakładając własną firmę, Necropolis. Początki kariery filmowej del Toro są nierozerwalnie związane z meksykańską telewizją, dla której napisał i wyreżyserował wiele seriali. Prawdziwy sukces przyszedł wraz z rokiem 1992, gdy jego debiutancki obraz pełnometrażowy zatytułowany „Cronos” zdobył nagrodę krytyków na Festiwalu Filmowym w Cannes oraz dziewięć statuetek meksykańskiego przemysłu filmowego. Tytułowy Cronos to renesansowe urządzenie zdolne zagwarantować wieczne życie temu, kto wejdzie w jego posiadanie. Kiedy starzejący się antykwariusz Jesus Gris (Federico Luppi) poznaje na własnej skórze moc tajemniczego mechanizmu, wyzwala szereg skutkowo-przyczynowych zależności, które ostatecznie przywiodą go do niegodnej pozazdroszczenie egzystencji wampira.

Artystyczny sukces dzieła del Toro zaowocował ofertą pracy w Hollywood, w ramach której powstał „Mutant” (1997). Punktem wyjścia tego mrocznego horroru ze znaczną dawką fantastyki jest szalejąca w Nowym Jorku epidemia, rozprzestrzeniana przez karaluchy. Ceniony genetyk, dr Susan Tyler (Mira Sorvino), wraz z mężem, Peterem Mannem (Jeremy Northam), powołała do życia nowy gatunek insekta, mającego wytępić populację niebezpiecznych karakanów. Spreparowane genetycznie owady miały po wykonaniu swojego zadania niezwłocznie wyginąć. Oczywiście, stało się inaczej. Proces trzyletniej zaledwie ewolucji stworzeń pociągnął za sobą katastrofalne następstwa. Ukrywając się pod powierzchnią wielkomiejskiej dżungli, krwiożercze oraz do perfekcji opanowujące zdolność gatunkowej mimikry (stąd oryginalny tytuł filmu „Mimic”) karaluchy przybierają antropomorficzne kształty, wypowiadając wojnę słabszemu ogniwu ewolucji, jakim jest człowiek. „Mutant” spotkał się z ostrożną krytyką, co nie przeszkodziło mu w odniesieniu znacznego sukcesu finansowego (obraz doczekał się dwóch kontynuacji).

Kolejnym filmem del Toro był hiszpańskojęzyczny horror „Kręgosłup diabła” (2001), powstały w koprodukcji z wytwórnią El Deseo, której szefem jest… Pedro Almodóvar. Akcja tego posępnego obrazu rozgrywa się w latach trzydziestych, w starym hiszpańskim sierocińcu, będącym świadkiem szalejącej dookoła wojny domowej. Położony na odludziu budynek skrywa wiele mrocznych sekretów, które przyjdzie rozwikłać dwunastoletniemu Carlosowi. Niepokojąca aura tej niezwykle sugestywnej ghost story potwierdza reżyserski kunszt del Toro, czyniąc z filmu sztandarową pozycję hiszpańskiej odmiany współczesnego kina grozy.

W 2002 roku Guillermo kontynuował swój romans z Fabryką Snów, pracując na planie kolejnych przygód „Dziennego Marka”, lepiej znanego jako Blade. Zrealizowany z rozmachem sequel perypetii łowcy wampirów spotkał się z dość chłodnym przyjęciem ze strony krytyków, choć odniósł całkiem spory sukces finansowy. Jednak naszpikowana efektami specjalnymi (dodajmy, raczej średniej jakości) krwawa galopada w takt muzyki techno jest jedynie przyzwoicie zrealizowanym teledyskiem, nastawionym na poziom percepcji (bo recepcji to już nie) statystycznego widza czerpiącego wiedzę o świecie z kanałów muzycznych.

Niemniej względny sukces filmu pozwolił del Toro na zgromadzenie funduszy na kolejny projekt, jakim stała się adaptacja kultowego komiksu Mike’a Mignoli. Scenariusz ekranizacji powstał w oparciu o najważniejsze epizody zawarte w tomach „Nasienie zniszczenia” oraz „Prawa ręka zniszczenia”. Del Toro zaproponował jednak autorskie (wzdragam się przed użyciem określenia „zbyt swobodne”) podejście do tematu, dokonując znacznych zmian fabularno-dramaturgicznych. Zogniskowanie uwagi na aspekcie wizualnym sprawiło, że niepowtarzalna aura komiksu (będąca w dużej mierze efektem zabiegów narracyjnych) rozwiała się niczym sen złoty. Wiele wątków znacznie uproszczono; pozostałe zmiksowano w łatwoprzyswajalny koktajl. Także podskórna groza utworów Lovecrafta, będąca immanentną częścią komiksowej serii, została zredukowana do podskoków śliniących się mackowatych bestii oraz obrzydliwego kalmara wielkości kilkukondygnacyjnego budynku. Ale bądźmy szczerzy – kto nie zna komiksu, będzie miał z filmu dużo radości.

Del Toro doskonale obsadził główne role. Charakteryzacja Douga Jonesa, wcielającego się w ichtiomorficzną postać Abe’a Sapiena (co ciekawe, głosu postaci udziela inny aktor, David Hyde Pierce), jest prawdziwym majstersztykiem. Dobrą kreację stworzyła także Selma Blair (Liz Sherman) oraz weteran zawodu, Brytyjczyk John Hurt, występujący w roli profesora Bruttenholma (zwanego w filmie Broomem). Jednak niekwestionowaną gwiazdą jest skryty pod kilogramami charakteryzacji (jedyny fragment ciała pozbawiony ingerencji kostiumologów to powieki) Ron Perlman, będący najlepszym Hellboyem, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Interpretacja tego nietuzinkowego aktora charakterystycznego (złośliwi twierdzą nawet, że wygląda o wiele bardziej korzystnie z obliczem Hellboya) wydobyła z postaci „Czerwonego” jego specyficzne podejście do świata i swojej piekielnej spuścizny, wzbogacając ją jednak o pewne skłonności melodramatyczne (czego w komiksie się nie uświadczy) oraz ironiczny dystans. Dobrze ilustruje ów dystans scena, w której agent Myers (Rupert Evans) spotyka po raz pierwszy owianego legendą Piekielnego Chłopca. Wynurzający się z mroku Hellboy, wcinając baton Baby Ruth, stwierdza, iż nie cierpi komiksów o swoich przygodach, gdyż jego postać nigdy nie ma właściwie narysowanych oczu. Kto zna kreskę Mignoli, w mig pojmie ten autotematyczny dowcip.

Del Toro postawił na właściwego konia, chociaż z całą pewnością nie był to wybór przypadkowy. Wszak Perlman współpracował z nim na planach „Cronosa” oraz drugiej części „Blade’a”. Aktor na tyle zżył się ze swój diaboliczną kreacją, że dwukrotnie użyczał głosu postaci Piekielnego Chłopca w filmach animowanych, zrealizowanych dla stacji Cartoon Network („Krew i żelazo” oraz „Miecz burz”). Reasumując, powstał całkiem ciekawy film, perfekcyjny pod względem wizualnym (niektóre kadry to żywcem wycięte fragmenty komiksu), choć pozostawiający duży niedosyt w aspekcie treści oraz narracji.

Po zakończonej promocji „Hellboya” del Toro zbierał siły na kolejny projekt, który stanowił powrót do klimatów znanych z „Cronosa” oraz „Kręgosłupa diabła”. W 2006 roku odbyła się premiera „Labiryntu fauna”, ciekawego reprezentanta nurtu dark fantasy. Akcja filmu rozgrywa się w 1944 roku, gdy w Hiszpanii faszystowskie rządy nadal sprawuje generał Franco. Aura wojennej zawieruchy wymusza na dwunastoletniej Ofelii (Ivana Baguero) permanentną ucieczkę do świata baśni. Pomaga jej w tym oniryczny klimat górskiej okolicy, a także tajemniczy, opuszczony ogród, znajdujący się za domem jej sadystycznego ojczyma, kapitana Vidala (Doug Jonesi). We wnętrzu ogrodu dziewczynka znajduje zapomniany, baśniowy labirynt, który od tego czasu będzie jej azylem przed frankistowskim terrorem. Tam spotyka również tytułowego fauna, będącego strażnikiem magicznego królestwa. Stary cap uświadamia ponadto Ofelii, iż jest ona zaginionym wcieleniem zmarłej księżniczki. Obiecuje jej rychły powrót do baśniowego domu, ale musi być on okupiony trzema próbami, wymagającymi olbrzymiej odwagi oraz poświęcenia. Może nawet życia…

„Labirynt fauna” po raz kolejny udowadnia, że Guillermo jest prawdziwym objawieniem na arenie współczesnego horroru oraz to, że kręci on o wiele lepsze filmy, gdy nie czuje presji ze strony amerykańskich wytwórni. Opowieść o dziecku zawieszonym między dwiema rzeczywistościami: piekłem wojny oraz cudownością krainy baśni (chociaż i ta sfera nie jest pozbawiona okrucieństwa i mroku!), pozwala reżyserowi na snucie rozważań nad sensem jednostkowej ofiary, przeznaczenia, potęgi wyobraźni oraz genezą ludzkiego zła. Jedyny zarzut, jaki można skierować pod adresem „Labiryntu fauna”, dotyczy tego, że zbyt ubogo został w nim poprowadzony wątek fantastyczny. Del Toro, szukając paraleli między rzeczywistością mityczną a wojennym naturalizmem (szokujące sceny przemocy, nieprzystające do estetyki filmowej baśni), zbytnio skoncentrował się na realnym świecie, traktując po macoszemu potencjał świata fantazji. Ale nic to. W pełni zrehabilitował się na planie kolejnych przygód Piekielnego Chłopca.

Wchodzący na ekrany naszych kin „Hellboy II: Złota Armia” jest jednym z nielicznych przypadków, gdy sequel jest o niebo (hm, o piekło?) lepszy od swojego poprzednika. Już na samym początku zostajemy przeniesieni w sferę mitu. Dowiadujemy się, że onegdaj elfy, gobliny i ludzie żyli w harmonii w cieniu Adena – „Ojcowskiego Drzewa”. Niestety, żądza władzy charakterystyczna dla homo sapiens spowodowała złamanie sojuszu, doprowadzając do rozpoczęcia krwawej rzezi. Wtedy Balor, Król Elfów, poprosił władcę goblińskich kowali o stworzenie armii niepokonanych żołnierzy, którzy będą w stanie zakończyć wojnę. Ale widząc niszczycielską potęgę Złotej Armii, Balor niezwłocznie ogłosił rozejm, dzieląc swoją koronę (dzięki której potrafił kontrolować militarne zapędy złotych machin zniszczenia) na trzy części, które następnie ukrył. Kilka stuleci później jego syn – Książe Nuada (Luke Goss) – który wygląda niczym nasz rodzimy Wiedźmin w stanie wrzenia – postanawia wskrzesić Armię, aby raz na zawsze wytrzebić zdradziecką rasę ludzi oraz przywrócić ziemię swojemu ludowi i całej rzeszy fantastycznych stworzeń. Oczywiście, agenci B.B.P.O. już nie takie rzeczy widzieli, chociaż w tym przypadku gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę…

Skojarzenia z Tolkienem nasuwają się same, prawda? Druga część „Hellboya” przynosi o wiele większą dawkę fantazji i baśniowości w stosunku do pierwszej odsłony przygód bezrogiego diabła. Del Toro z należytym pietyzmem oddaje realia Świata Elfów, co dobrze wróży jego planom realizacji „Hobbita”. Najnowszy obraz Guillermo jest dobrą wprawką przed przystąpieniem do realizacji tego długo oczekiwanego projektu. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, podobnie jak cała sfera wizualna filmu. Także o wiele ciekawiej prezentuje się warstwa narracyjna, choć po raz kolejny z komiksowego oryginału pozostało niewiele… Znacznemu wzmocnieniu uległy również wątki melodramatyczne oraz komediowe. To, że Hellboy usycha z miłości do Liz Sherman, wiemy poniekąd z części pierwszej (choć finał ich relacji przyprawi o palpitacje serca niejednego komiksowego purystę), natomiast niemałym zaskoczeniem jest gorące uczucie Abe’a do bliźniaczej siostry złowrogiego księcia, Nuali (Anna Walton). Aspekt humorystyczny opiera się na relacjach między Hellboyem a Sapienem. Doskonale ilustruje to scena, gdy bohaterowie – lekko rozluźnieni sześciopakiem piwa – raczą widzów popisami wokalnymi (według mnie – coś pysznego). Del Toro wprowadził także postać medium Johanna Kraussa, przemawiającego głosem Setha MacFarlane’a. Chociaż wygląd postaci w znacznym stopniu odbiega od jej graficznego odpowiednika, to charakter pozostał jak najbardziej ten sam, co również jest dodatkowym atutem filmu.

Dynamiczna akcja, błyskotliwe dialogi, doskonałe zdjęcia oraz imponujące efekty specjalne, a do tego apel o tolerancję, afirmacja miłości oraz przedefiniowanie pojęcia „człowieczeństwo”. Kolejny sukces? Z całą pewnością tak. Pozostaje mieć nadzieję, że ścieżki Guillermo i Hellboya znów przetną się w niedalekiej przyszłości. Ale na razie diaboliczny Meksykanin będzie miał pełne ręce roboty przy innych projektach. W przyszłym roku na ekrany kin powinien wejść film „3993”, będący współczesną opowieścią o duchach, w której kluczem do intrygi będą wydarzenia z czasów hiszpańskiej wojny domowej. Reżyser otrzymał także zielone światło na ekranizację przygód słynnego okultysty wydawnictwa Marvell, Doktora Strange. Zresztą i tak wszyscy oczekują pierwszego klapsa na planie Tolkienowskiego „Hobbita” (pierwsza cześć obrazu ukaże się jednak prawdopodobnie dopiero w 2011, kolejna – rok później). Mnie osobiście bardziej elektryzuje wiadomość, iż w swoich planach Guillermo uwzględnia także realizację adaptacji głośnego opowiadania H.P. Lovecrafta zatytułowanego „W górach szaleństwa”. Jak widać, proza Samotnika z Providence zainspirowała nie tylko Mike’a Mignolę. Ściskam zatem obie ręce (zarówno stworzenia, jak i zniszczenia), życząc ich właścicielom dalszych sukcesów oraz – miejmy nadzieję – kolejnego spotkania.
„Hellboy”. Reż. Guillermo del Toro. Scen.: Guillermo del Toro, Peter Briggs. Obsada: Ron Perlman, Rupert Evans, Karel Roden, John Hurt, Selma Blair, Doug Jones, David Hyde Pierce. Gatunek: fantasy, akcja. USA 2004, 122 min. „Hellboy: Złota Armia” („Hellboy II: The Golden Army”). Scen. i reż.: Guillermo del Toro. Obsada: Ron Perlman, Selma Blair, Doug Jones, Seth MacFarlane, Luke Goss, Anna Walton. Gatunek: fantasy, akcja. USA / Niemcy 2008, 120 min.