Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

MROCZNY RYCERZ, BIAŁY RYCERZ I KLAUN ZAGŁADY

A A A
„Why so serious?” – „Dlaczego tak poważnie?” – pyta kilkakrotnie złowieszczy Joker (Heath Ledger) w „Mrocznym rycerzu”. Pyta ludzi stojących oko w oko ze śmiercią, szaleństwem i przemocą, jakich sam jest wysłannikiem. Pyta oczywiście ironicznie i retorycznie. Mimo to doczeka się – choć nie bezpośredniej – odpowiedzi.

Maska Batmana

Nastrój powagi, momentami ocierającej się o (jak najbardziej zamierzony) patos, dominuje w „Mrocznym rycerzu” z wielu względów. Nie znajdziemy tu ani postmodernistycznych gierek w stylu „Sin City” Roberta Rodrigueza (2005), ani radosnego efekciarstwa charakterystycznego dla „Spider-Mana” Sama Raimiego (2002, 2004, 2007), ani tym bardziej próby (nieudanej zresztą) ironicznego potraktowania postaci superbohatera, jaką widzieliśmy niedawno w „Hancocku” Petera Berga (2008). Christopher Nolan stroni również od fantazyjnej groteski znanej z kultowych filmów Tima Burtona („Batman”, 1989; „Powrót Batmana”, 1992), nie wspominając już o plastikowej tandecie rodem z filmów Joela Schumachera („Batman Forever”, 1995; „Batman i Robin”, 1997). Jeśli już czymś się bawi, to niewiarygodnymi gadżetami, o których słusznie mówi się, że biją na głowę akcesoria, jakimi zwykł posługiwać się James Bond. Jego wersja przygód Batmana jest utrzymana w tonie „na poważnie”, ponieważ jest próbą zreinterpretowania samego mitu, umieszczenia go w nowym kontekście.

Co więcej, jest próbą niemal „arcydzielną”, w dwojakim tego słowa rozumieniu. Przedsięwzięcie Nolana nie tylko bowiem ociera się o status arcydzieła (oczywiście w wersji „pop”), ale i jego podjęcie wymagało pewnego typu odwagi, dzielności. Bardzo łatwo mogło się przecież skończyć utknięciem w pułapce trochę podobnej do tej, w jaką reżyser wpadł (choć i tak ze swoistym wdziękiem) przy okazji realizacji „Batmana – Początku” (2005). Tamten film również miał być „na poważnie”, jednak stał się intrygującą, choć nie do końca przekonującą, hybrydą komiksowości i ambicji quasi-realistycznego ujęcia genezy człowieka-nietoperza. Patrząc na „Mrocznego rycerza”, można stwierdzić, że gdzieś po drodze między nim a „Początkiem” Nolan musiał sobie odpowiedzieć na wiele pytań. Niektóre z nich są zresztą doskonale widoczne w jego najnowszym filmie, począwszy od złowieszczego Jokerowego „Why so serious?”.

Nie ma co ukrywać – to Joker jest dla „Mrocznego rycerza” postacią kluczową. Kluczową właśnie, a nie centralną – tą jest nadal Batman (Christian Bale) zawieszony między bohaterskim prokuratorem Harveyem Dentem alias Dwie Twarze (brawurowo zagranym przez Aarona Eckharta) a szaleństwem i mrokiem uosabianym przez samego Jokera. W jednej z początkowych sekwencji Dent zostaje określony mianem „white knight”, „biały rycerz”. I rzeczywiście, w swojej otwartej i bezkompromisowej względem złoczyńców postawie młody prokurator przypomina trochę dzielnego Lancelota czy innego Galahada, z otwartą przyłbicą szarżującego na wroga. W podkreślaniu różnic między nim a czającym się w mroku Batmanem pomaga nawet charakterystyczna, męska, ale niepozbawiona chłopięcego wdzięku, uroda Aarona Eckharta. Nic dziwnego, że Bruce Wayne, zmęczony swoim podwójnym życiem, pokłada w Dencie wielkie nadzieje.

Problem w tym, że Dent sprawdza się jako pogromca „zwykłych” przestępców, skorumpowanych policjantów i mafiosów. Z Jokerem już rady dać sobie nie może. Szalony klaun reprezentuje bowiem zło zupełnie innego pokroju. Kreacja Heatha Ledgera wykracza daleko poza to, co zaprezentował Jack Nicholson w „Batmanie” Tima Burtona. Joker z „Mrocznego rycerza” postrzega siebie jako ucieleśnienie chaosu. Nie jest bowiem okrutnym wesołkiem, błaznem na zasadzie Bachtinowskiej karnawalizacji wywracającym świat do góry nogami, po to, by wreszcie odejść i ustąpić miejsca właściwemu porządkowi rzeczy. Jest reprezentantem siły, która stanowi dokładne zaprzeczenie świata, ostrzem wymierzonym we wszelkie struktury (odwrócone czy nie), czystą destrukcją unicestwiającą wszystko to, co znajdzie się na jej drodze – nieważne, czy będzie to departament policji, czy mafijny syndykat.

Joker nie pragnie pieniędzy (choć sugeruje to pierwsza dynamiczna sekwencja napadu na bank), nie szuka rewanżu za doznane w dzieciństwie czy młodości traumy (choć ma w zapasie zgrabne i przerażające, aczkolwiek wykluczające się wzajemnie, konfabulacje, które mogłyby skłaniać do takich wniosków), nie jest też szaleńcem realizującym powierzoną mu przez jakieś urojone siły misję. Jego działanie pozbawione jest jakichkolwiek materialnych i ideologicznych podstaw, a jego cel jest jeden – szerzyć chaos i to za sprawą środków jak najbardziej racjonalnych. Wbrew pozorom bowiem Joker nie ma problemów z logiką: potrafi z łatwością zaplanować spektakularny skok na bank, wie też, w jakie punkty zapalne i wartości wyznawane przez społeczeństwo uderzyć, by osiągnąć największe stężenie paniki i rozgardiaszu. Społeczność Gotham pokłada wiarę w Batmanie, więc Joker obiecuje, że zaprzestanie mordów, o ile bohater ujawni swą prawdziwą tożsamość (a tym samym przekreśli własny mit). Kiedy jeden z niewydarzonych prawników Bruce’a Wayne’a odkrywa prawdę i próbuje ją przekazać światu, Joker wyznacza nagrodę za jego głowę. Społeczeństwo wciąż wydaje się zbyt solidarne – Joker próbuje je rozbić za pomocą terroru; kryształowy prokurator staje się ostoją praworządności – Joker zmienia go w bezwzględne monstrum znane jako Dwie Twarze itd.

Szalony klaun jest zaprzeczeniem ideału karnawalizacji z jeszcze innego powodu: nie ubiera maski (w formie sugestywnego makijażu) po to, by ukryć swą prawdziwą tożsamość i zabawić się w odwracanie porządku, „jakim się wszystko dzieje na świecie”. Wręcz przeciwnie – nakładając na swą twarz upiorną charakteryzację, Joker w gruncie rzeczy ujawnia swoje prawdziwe „ja”. I paradoksalnie, gdy zdejmuje maskę (jak w scenie zamachu na burmistrza Gotham), w gruncie rzeczy ją zakłada, podszywając się pod jednego z oficerów policji. Strategię Jokera można scharakteryzować jako nieustanne zdzieranie masek, za którymi ukrywa się prawdziwa istota społeczeństwa i tworzących je jednostek. Wszak ostatecznie męska i jasna twarz „białego rycerza” okazuje się przykrywką dla czekającego na właściwą chwilę monstrum o imieniu Dwie Twarze, a oblicza zaufanych policjantów z oddziału Gordona (Gary Oldman) okazują się maskami, za którymi czai się korupcja. I dlatego Joker tak bardzo chce zajrzeć pod maskę Batmana. Chce, ale w zasadzie równie mocno nie chce. Bo w gruncie rzeczy pragnie, by człowiek-nietoperz okazał się kimś trochę podobnym do niego, kimś, kto staje się w pełni sobą dopiero wtedy, gdy zakłada swój kostium.

Urwany śmiech Jokera

Joker wie, że aby istnieć i zachować swoją przerażającą tożsamość, potrzebuje Batmana. Dlatego walczy z nim, lecz – nomen omen nie na poważnie, nie na śmierć i życie, raczej bawi się z nim w kotka i myszkę, w wersji oczywiście wyjątkowo bezwzględnej. Joker potrzebuje Batmana, ponieważ dopóki istnieje człowiek-nietoperz, szalony klaun wciąż będzie mógł szerzyć chaos, walczyć z kimś, kto mimo wszystko próbuje ocalić ład i dobro. Nie z kimś, kto – jak Harvey Dent – reprezentuje trwałe społeczne struktury, bo takich ludzi i takie struktury Joker łamie bez większych oporów, ale z kimś, kto w pewien sposób jest postacią równie mroczną jak on sam, równie archetypiczną w swym działaniu i kształcie.

Superbohater, przynajmniej w ujęciu Nolana, jest niczym struktura oparta na paradoksie. Batman nie jest pupilem społeczeństwa (jak Superman), nie budzi powszechnego zaufania (jak Spider-Man), a jego status zdaje się mieć wiele wspólnego z ideą kozła ofiarnego, o jakiej pisał René Gridard. I nie chodzi tu tylko o to, że policja Gotham oficjalnie wciąż poszukuje człowieka-nietoperza za popełnione (lub nie) przestępstwa, wszak Gordon nie pozwoli, by te poszukiwania zaszły zbyt daleko. Chodzi o sam sposób funkcjonowania bohatera, który jest zarówno zbawcą, jak i kimś przyjmującym na siebie ciężar wszystkich (niepopełnionych) win, o jakie oskarża go społeczeństwo. Batman jest kozłem ofiarnym, ponieważ skazany jest na nieustanną banicję i życie w cieniu; jest potrzebny, ale i pogardzany, pełni rolę wyzwoliciela, ale sam musi się poświęcić, unieść ciężar brudu i mroku, którego pozbywa się społeczeństwo, by zachować wewnętrzną jedność i spójność. I to właśnie dlatego jest on wymarzonym przeciwnikiem dla Jokera. Wszak obaj działają w tej samej strefie półcienia, w rejonie pogranicza, chciałoby się powiedzieć – Batman stoi na straży porządku, na jego obrzeżach, jest raczej tarczą niż podporą (podporami są osoby pokroju Denta), a Joker stanowi pocisk w tę tarczę wymierzony, jest niczym wilk czający się na skraju pastwiska, gotowy do wykonania skoku przy najbliższej dogodnej okazji. Ich pojedynek ma cechy mitycznego starcia tytanów, jego treścią jest bowiem sama esencja istnienia – jeśli Batman upadnie, Joker wpadnie niczym szalony klaun zagłady do Gotham i zamieni je w zgliszcza.

Obaj są przy tym w jakimś sposób tworami społeczeństwa – Batman jako superbohater i kozioł ofiarny w jednym, Joker jako zwierciadło, w którym przegląda się Gotham, dostrzegając po raz pierwszy kruchość fundamentów, na których powstało i własną skłonność do autodestrukcji. Ponieważ ich walka rozgrywa się w dużej mierze na płaszczyźnie mitu, jest ona w gruncie rzeczy wieczna. Dlatego też nie tylko Joker potrzebuje Batmana. Na swój sposób Batman potrzebuje także Jokera, bo to właśnie takie ucieleśnienie chaosu sprawia, że człowiek-nietoperz jest potrzebny społeczeństwu. Bruce Wayne wie (i ma nadzieję), że kiedy Jokerowie tego świata (i ich pomniejsi poplecznicy) znikną z powierzchni ziemi, Batman będzie mógł zakończyć swoje istnienie. Nie będzie dłużej potrzebny. Póki co jednak, on i szalony klaun skazani są na nieustanną walkę. I nawet jeśli po kolejnym starciu obaj odchodzą – Batman na swe stanowisko na obrzeżach porządku, Joker do domeny szaleństwa – to i tak wiadomo, że kiedyś jeszcze będą musieli się spotkać. Na płaszczyźnie mitu, niekoniecznie zaś filmu, oczywiście. W ostatniej scenie z udziałem Jokera morderczy klaun śmieje się szaleńczo, zawieszony do góry nogami pod ciemnym niebem. W pewnej chwili jego śmiech się urywa. Nie milknie. Po prostu już go nie słychać. Niedokończony śmiech Jokera jest nie tylko symbolem przerwanej na chwilę (ale bynajmniej nie zakończonej) walki. Przywodzi także na myśl niedokończoną, tragicznie przerwaną karierę Heatha Ledgera. Paradoksalnie, ostatnia w jego życiu rola okazała się tą wymarzoną, najlepszą, najwspanialszą.

Arcydzieło Nolana?

Chociaż kreacja Heatha Ledgera jest z pewnością największą zaletą „Mrocznego rycerza”, przyćmiewającą dokonania Bale’a i Eckharta, nie można zapomnieć i o innych walorach dzieła. Film Nolana wpisuje się w reprezentowany przez tego twórcę już od czasów „Memento” (2000) nurt zwany neo-noir. „Nowe kino czarne” jest niczym innym jak ponowoczesnym wariantem próby uchwycenia dylematów i lęków egzystencjalnych, jaką swego czasu przyniósł klasyczny film noir, reprezentowany przez takie arcydzieła jak „Sokół maltański” Johna Hustona (1941) czy „Wielki sen” Howarda Hawkesa (1946). Istnienie i świadomość są czymś zdecydowanie ciemnym i niepokojącym – takie oto przesłanie wyczytać można z filmów Nolana – czasem walka ze złem i chaosem wydaje się jedynie desperacką próbą samooszukiwania siebie i zachowania poczucia tożsamości w świecie, który z założenia jest bezładem. Kino czarne to oczywiście kopalnia mitów, tropów psychoanalitycznych, a także wyznaczników estetycznych (sugestywne prezentowanie pejzażu miejskiego, zwłaszcza nocą, niski klucz oświetlenia, gra światłocieniem), większość z których odnajdziemy w „Mrocznym rycerzu”.

Film Nolana łączy charakterystyczną dla neo-noir tematykę i estetykę z hollywoodzką efektownością oraz postindustrialnym zamiłowaniem do elektronicznych gadżetów (na uwagę zasługuje zwłaszcza nowa wersja podziemnej siedziby Batmana). Efektem tego połączenia jest wartka i złożona (może nawet ciut złożona, materiału jest tutaj na dwa dobre filmy) akcja, podtrzymywana nie tylko przez rytm kolejnych walk i starć, ale i na sposoby znacznie bardziej subtelne. Na przykład przez muzykę autorstwa Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda, która buduje niepokojący nastrój pt. „coś-się-zaraz-stanie-coś-się-zbliża”, ale i przez momenty ciszy (fascynująca jest zwłaszcza scena ucieczki Jokera radiowozem rozgrywająca się w całkowitym i przerażającym milczeniu).

Kilka zaledwie elementów stoi na przeszkodzie uznaniu „Mrocznego rycerza” za skończone arcydzieło. Przede wszystkim źle obsadzona rola Rachel Dawes, wielkiej miłości Bruce’a Wayne’a. Maggie Gyllenhaal wypada bardzo dobrze w rolach amerykańskich uroczych, zaradnych „dziewczyn z sąsiedztwa” (dobrą kreację stworzyła na przykład w „Przypadku Harolda Cricka” Marka Forstera), ale do grania w mrocznych filmach z nurtu neo-noir zdecydowanie brak jej charyzmy. Niewykorzystany został też z pewnością motyw Stracha na Wróble (Cillian Murphy), za to inne wątki, zwłaszcza motyw prawnika, który chce wydać Batmana, choć sprawnie wmontowane w fabułę, wydają się dopisane nieco „na siłę”.

Podsumowując, napisałabym chętnie, że dzieło Nolana jest najlepszym filmem o Batmanie w historii kina, gdybym nie przypuszczała, że takie postawienie sprawy mogłoby wprowadzić jego potencjalnych widzów w błąd. I to bynajmniej nie dlatego, że „Mroczny rycerz” najlepszym filmem o Batmanie nie jest, bo – moim zdaniem – jest. Dla fanatycznych wielbicieli kultowej wersji Tima Burtona może się on jednak okazać rozczarowaniem. Należy pamiętać, że Nolan nie dąży do kontynuowania interpretacji słynnego komiksu, jaką w swoim czasie zaprezentował twórca „Edwarda Nożycorękiego”. Nie próbuje też chyba polemizować z Burtonem (o innych produkcjach nie wspominam, bo zdecydowanie nie dorastają do poziomu reprezentowanego przez obu twórców). I choć klimat „Mrocznego rycerza”, podobnie jak filmów Burtona, jest fascynującą wypadkową wystylizowanych zdjęć, brawurowego aktorstwa i sprawnego warsztatu scenopisarskiego, nie sposób nie zauważyć, że jest on zdecydowanie odmienny od wcześniejszych opowieści o człowieku-nietoperzu. Wizje Burtona i Nolana można ze sobą porównywać, interpretować je trzeba jednak z osobna. Obie są na swój sposób doskonałe i bogate w znaczenia. Mroczne ścieżki, jakimi wieść będą ich interpretacje, prowadzą jednak w różnych kierunkach. Dla mnie bardziej interesująca jest ta, którą wytyczył Nolan.
„Mroczny rycerz” („The Dark Knight”). Reż.: Christopher Nolan. Scen.: Christopher Nolan, Johnatan Nolan. Obsada: Christian Bale, Heath Ledger, Aaron Eckhart, Gary Oldman, Maggie Gyllenhaal. Gatunek: film akcji / dramat. USA 2008, 152 min.