Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Anna Katarzyna Dycha,

COLDPLAY

A A A
“Viva La Vida or Death And All His Friends”. EMI Music Poland, 2008.
Na czwartej płycie Coldplay brzmi jak swój własny cień. Eksperymenty nie wyszły zespołowi na dobre. A miało być tak pięknie. Medialny szum, nowe studio, nowy producent, zaangażowane teksty. Do tego okładka z obrazem Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady” i tytuł nawiązujący do płótna Fridy Cahlo. Niestety, ostatni Coldplay, delikatnie mówiąc rozczarowuje. Gdzie podziała się grupa, która na dwóch pierwszych albumach raczyła nas melodyjnymi, pełnymi partii fortepianu wyciszonymi, a jednocześnie energetycznymi utworami?

Jej nowa, niespełna pięćdziesięciominutowa płyta zaczyna się wprawdzie obiecująco niewielkim, instrumentalnym intro. Jednak to tyko pozory. Po nim następuje bardzo mizerne „Cemeteries of London”, w którym muzycy bezskutecznie próbują wykrzesać coś z mnóstwa instrumentów. Dużo lepiej słucha się „Lost!”. Organy, handclapy, żywsze tempo i tekst przykuwają uwagę. Początek „42” brzmi jak smutna kompozycja z „Parachutes”. Potem gitary wygrywają szybszy rytm. Przy jego zmianie zalatuje starym Radiohead. W końcówce grają to, co potrafią najlepiej – spokojne, wyważone dźwięki. „Lovers in Japan” z galopującą perkusją i zmianą tempa po czwartej minucie nie brakuje przestrzeni, ale też nie porywa. „Yes” ożywia orientalny motyw zagrany na smykach i niski śpiew Martina. Tylko gitara jakby znów była wyjęta z Radiohead. Czas na singlowe, najbardziej melodyjne „Viva la Vida” i „Violet Hill”. W pierwszym – nadmiar smyków i orkiestrowy wybuch w refrenie. W drugim – rozkosznie rzężą gitary. „Strawberry Swing”, mimo wyróżniającego folkowego klimatu, trudno wysłuchać do końca. O wiele ciekawsza jest zamykająca album złożona z trzech części o zmiennym tempie ponad sześciominutowa kompozycja „Death and All his Friends”.

Przyzwyczailiśmy się do Coldplaya wyrafinowanie melodyjnego i urzekająco oszczędnego, podszytego wszechogarniającym smutkiem z jedynym w swoim rodzaju głosem Martina. W tamtej muzyce sprzed lat – szczególnie na „Parachutes” i „A Rush of Blood to the Head” – były siła i szlachetność, których tutaj próżno szukać. Mamy za to orkiestrowe partie, smyki, chóralne zaśpiewy, rozbudowane, wielopoziomowe kompozycje, zmiany tempa, doskonałe brzmienie i produkcyjny polot Briana Eno. Jednak te wszystkie zabiegi na niewiele się zdają. „Viva la Vida... ” nuży i zawodzi, jak żadna inna płyta zespołu. Słucha się jej z ciężkim sercem i niedowierzaniem. Jeżeli jeden kawałek daje nadzieję na lepszy ciąg dalszy, następny skutecznie ją odbiera. Niby Chris śpiewa tak samo jak niegdyś, ale jego głos nie wywołuje już ciarek na plecach. Niby gitary jego kolegów obiecująco rzężą, ale trafiają w próżnię. Brakuje pomysłu na proste, ale żywiołowe, chwytające za serce utwory.

To płyta mocno przekombinowana, przeładowana ozdobnikami, w których ginie to, co najważniejsze. Nawet po kilku przesłuchaniach trudno jakieś momenty zapamiętać czy polubić. Jestem pewna, że za kilka miesięcy nikt oprócz zagorzałych fanów Coldplaya nie będzie do tego albumu wracał. Na razie święci triumfy w całej Europie. Już Brytyjczycy wiedzą jak wykorzystać sukces premiery.