Wydanie bieżące

1 września 17 (113) / 2008

Roma Piotrowska,

PARKOWANIE

A A A
Wystawa w Parku Oliwskim w pewnym sensie nie istnieje, jest ułudą, sennym marzeniem, a czasem intelektualną igraszką. Aby odnotować niuanse zachodzące pomiędzy „dziełami sztuki” a „cudami natury”, powinno się wyostrzyć zmysły. Nie można jednak z tym przesadzić, by nie uznać za „dzieło sztuki” czegoś, co nim w istocie nie jest…

Kamila Wielebska, kuratorka wystawy / sytuacji „Odjazd na Cyterę”, postanowiła oprzeć ją o rokokowy kontekst parku. Współczesna sztuka bez kontekstu jest nieczytelna. Także i tym razem nie o same prace chodzi, ale o to dlaczego znalazły się właśnie w tym miejscu i co to może znaczyć? Już tacy artyści jak Hans Hancke, Martha Rosler, Daniel Buren i Marcel Broodthaers, udowodnili, że „znaczenie dzieła sztuki nie jest na trwałe zawarte w nim samym, ale jest formowane w zależności od kontekstu zewnętrznego – sposobu ekspozycji – i dlatego zmienia się wraz z okolicznościami. Wystawa stanowi swego rodzaju opozycję wobec tradycyjnego postrzegania sztuki. Nie jest nachalna. Sztuka na niej prezentowana nie stawia się na piedestale, a wręcz odwrotnie – chowa się i trudno ją rozpoznać. Ujawnia się tylko wobec tych, którzy są dla niej życzliwi.

Prace współczesnych artystów zostały wprowadzone w miejsce nietypowe – do parku odwiedzanego tłumnie przez całe rodziny. Sztuka jest tu raczej dodatkiem. Prym zdecydowanie wiedzie natura, ze swoją soczystą zielenią, zacienionymi alejkami, sadzawkami i bystrymi potokami. Park powstał wraz z rokokowym pałacem, który obecnie pełni funkcję Oddziału Sztuki Współczesnej Muzeum Narodowego. Znajduje się tu także stała plenerowa Galeria Współczesnej Rzeźby Gdańskiej, składająca się głównie z prac autorów, którzy ufali trwałym wartościom sztuki i klasycznym sposobom ekspresji. Rzeźba ta używa bazy, aby oddzielić swój związek, bądź by podkreślić swoją inność od miejsca wystawiania. Moderniści zapełniali autonomiczną przestrzeń rzeźbami, które zawsze znajdowały się w jakiejś ramie czy na cokole, które wyróżniały je przestrzennie. Sztuka pokazana przez kuratorkę stoi w opozycji do tego modernistycznego paradygmatu. Na wystawie brakuje rozróżnienia na „przestrzeń dzieła” i „przestrzeń galerii”, a sztuka splata się z naturą. Takie postrzeganie sztuki ma swoje źródło w doświadczeniach artystów lat 60. W Gdańsku tradycja ta sięga lat 80.

Prezentowane w parku tradycyjne rzeźby zdecydował się „uzdrowić” Robert Kuśmirowski. Po dokładnym ich przebadaniu doszedł do wniosku, że zaatakował je artystyczny wirus. Podjął próbę ich „uleczenia” zakładając folię, którą zwykle używa się przy leczeniu chorych drzew. Ten ironiczny gest artysty zwraca uwagę na anachroniczność kolekcji pokazywanej w „plenerowej Galerii Współczesnej (sic!) Rzeźby Gdańskiej”. Patrycja Orzechowska wprowadziła w przestrzeń Palmiarni woskowego „grzyba”, który – gdyby nie otoczenie tropikalnych roślin – byłby tylko formą zrobioną ze stopionej świeczki. Jednak w towarzystwie roślin z rodziny Arecaceae staje się niesamowitym tworem. Obiekt urzeka i fascynuje właśnie dlatego, że umieszczono go w specyficznym otoczeniu. Przeniesienie go w inne miejsce byłoby równoznaczne z jego unicestwieniem. W Palmiarni można było znaleźć także instalację autorstwa Daniela Rumiancewa, który stworzył swego rodzaju kokon z kabli. Jego praca odnosi się do napięcia, jakie panuje pomiędzy naturą a kulturą. Artysta umieścił w naturze przedmioty produkowane masowo. Ich nieprzystawalność do otoczenia, w jakim się znalazły, podkreśla dysonans miedzy cywilizacją, a tym co naturalne. Interesujące, że zwiedzający palmiarnię dość obojętnie patrzyli na sztukę, zachwycając się bardziej różnymi gatunkami egzotycznych roślin. Większe poruszenie niż te ostatnie wywoływał chyba tylko puszący się jak paw Leon Dziemaszkiewicz. Łatwo można było przeoczyć pracę Goi (nie XVIII-wiecznego malarza, tylko szympansicy, rezydentki pobliskiego ZOO). Goya pod artystyczną opieką Grzegorza Sztwiertni wykonała roślinną „kompozycję rzeźbiarską”. Kuratorka przypomina, że Goya reprezentuje gatunek Pan troglodytes (szympans zwyczajny), który w 1758 roku został zaklasyfikowany przez Karola Linneusza do rodzaju Homo pod nazwą systematyczną Homo nocturnus, co oznacza „nocny człowiek”, jednak w 1775 roku nazwa została zmieniona na Pan troglodytes. Sama kompozycja rzeźbiarska nie jest w tym wypadku istotna, a raczej zagadnienie zwierzęcia jako artysty i tego, czy postawa estetyczna przynależna jest wyłącznie człowiekowi.

Wielebska w tytule wystawy odnosi się do obrazu stanowiącego kwintesencję rokoka. Dzieło autorstwa Antonie`a Watteau od lat fascynuje malarzy, rzeźbiarzy, poetów i pisarzy. Interpretowane jako triumf miłości, przedstawia postaci odjeżdżające na wyspę Afrodyty, mityczną krainę miłości i zabaw. Obrazy współczesnej arkadii, krainy dostatku, wolności i szczęśliwości można było oglądać w Parku za sprawą filmu Wilhelma Sasnala „The Ranch”, będącego zbiorem krótkich filmów o Stanach Zjednoczonych. Ale czy schowany w gąszczu traw telewizor z filmami Sasnala zniósł konkurencję w postaci słońca, bujnej roślinności i leniwej beztroski letniego, niedzielnego przedpołudnia? Nawet jeżeli tylko nieliczni zechcieli zagłębić się w proponowane przez wystawę sensy, to i tak stanowi ona kolejny krok w „oswojeniu zwykłych ludzi” ze sztuką. Co więcej, być może dla garstki stałych bywalców, właśnie tego dnia spacer po parku był wyjątkową przygodą?
”Odjazd na Cyterę”. W ramach Dni Parku Oliwskiego. Gdańsk, Park Oliwski, 9-10 sierpnia 2008.