Wydanie bieżące

15 września 18 (114) / 2008

Łukasz Iwasiński,

KRÓTKO I TREŚCIWIE

A A A
Przegląd wybranych nowości elektronicznych
Flying Lotus “Los Angeles”. Warp.

Świeża porcja elektroniki opartej na hip-hopowych bitach. Jedno z najciekawszych wydawnictw z tego kręgu stylistycznego od czasu debiutu Prefuse 73. Pochodzący z Kalifornii producent Steven Ellison aka Flying Lotus serwuje wielowarstwowe, pełne brzmieniowych niuansów kolaże, które łącząc wiele obszarów przyprawionego szczyptą etno post-techno, ewokują nastrój tajemniczości i kuszą surrealistycznym kolorytem. Jedynie mocne, synkopowane, a niekiedy przesycone plemiennym duchem rytmy nie pozwalają im odpłynąć w kompletną abstrakcję. Wyśmienite.



Venetian Snares “Detrimentalist”. Planet Mu.

Nagrywający pod pseudonimem Venetian Snares Kanadyjczyk Aaron Funk – jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci breakcore'a – wyrzuca kolejne płyty z częstotliwością pracy karabinu maszynowego. Na „Detrimentalist” znajdziemy sporo nawiązań do klasyki jungle, przełożonych jednak na bardziej ekstremalny język. Są więc wściekle rozpędzone, niemiłosiernie zagęszczone i poplątane rytmy, przewiercające wszystko bezlitosne drille, gęstwina precyzyjnie poszatkowanych sampli – niby nic nowego, ale cieszy. Od samego słuchania tych galopad można dostać zadyszki.



Otto von Scherach “Oozing Bass Spasms”. Cock Rock Disco.

Czyżby jeden z najbardziej nieobliczalnych zawodników na elektronicznej scenie postanowił lirycznie ścigać się z naszymi świrami z Dick4Dick? Takie wrażenie pojawia się po kilku kawałkach, wypełnionych utrzymanymi w poetyce rozpustno-absurdalnej samplami. Muzycznie dominuje na tej płycie groteskowo przejaskrawiona rąbanka, zespalająca różne style bitowej muzyki, doładowana potężnym basem (w końcu autor pochodzi z Miami) i napakowana mnóstwem rozbrajających słowno-dźwiękowych wygłupów. Bezdennie kretyńskich a jednocześnie w swej przewrotności znakomitych!



Vibert / Simmonds „Rodulate”. Rephlex.

Kolejny dowód na to, że szeroko pojęta elektronika pierwszej połowy lat 90. powraca. Luke Vibert to klasyk wyrastający z tamtej właśnie epoki – pod swoim nazwiskiem, także jako m.in. Wagon Christ czy Plug nagrywał dla najbardziej zasłużonych dla gatunku wytwórni, w tym: Rephlex, Ninja Tune, Mo' Wax, Warp czy Planet Mu. Niniejszy album jest owocem jego współpracy z Jeremym Simmondsem sprzed kilkunastu lat, ale ujawnionym dopiero teraz. Mamy więc wątki acid techno, electro, breakbeatu, jungle, hip hop, ambientu – wszystko sprawnie wymieszane w IDM'owym kotle. Ten surowy, anachroniczny, nieco naiwny, kwaśny, analogowy rys brzmi dziś całkiem ożywczo.



Daedeleus “Love To Make Music To”. Ninja Tune.

Daedelus, czyli Alfred Weisberg-Roberts, zasłynął na początku dekady jako rozkochany w staroświeckich klimatach dandys, wkomponowujący finezyjne pocięte sample ze starych nagrań, m.in. z lat 30. i 40. w nowoczesną, elektroniczną tkankę. Teraz celuje w bardziej rozrywkowe i tanecznie zorientowane klimaty. Nowa płyta przynosi miks hip-hopu, breakbeatu, techno, funku, soulu, electro, smaczków latynoskich i pewnie jeszcze dziesiątków, mniej lub bardziej wyraźnie zasygnalizowanych gatunków. W sumie jest to pełna fantazji dyskoteka z nieco awangardowym pazurem.