Wydanie bieżące

15 września 18 (114) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

NIEMY KRZYK PRZESZŁOŚCI: „A NA KONIEC PRZYSZLI TURYŚCI”

A A A
Pierwszy września. Dzieci wracają do szkół, studenci przygotowują się do „kampanii wrześniowej”, polska złota jesień jest tuż za progiem, a w mediach – jak co roku – wspomnienie kolejnej rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. Podobnie jak Sven (Alexander Fehling), bohater filmu „A na koniec przyszli turyści”, przyzwyczajeni jesteśmy do postrzegania historii jako czegoś, co stanowi wyblakłe tło naszej codzienności (tak jak wspomnienia wojennej rocznicy wypadają blado w porównaniu z alarmującymi newsami o kolejnych planowanych strajkach nauczycieli). Przyjeżdżając do Oświęcimia w celu odbycia służby cywilnej, chłopak – jak większość z nas zapewne – patrzy raczej w przyszłość i teraźniejszość niż w przeszłość. Problem polega na tym, że trafia do miejsca, w którym – mówiąc metaforycznie – pamięć o dawnych wydarzeniach wręcz krzyczy, odzywa się na każdym kroku. Krzyczy jednak nie po to, by ostrzegać czy powstrzymywać zapomnienie. Krzyczy z bólu. Krzyczy coraz ciszej.

Film Roberta Thalheima tylko pozornie jest jedną z opowieści o wewnętrznej przemianie zagubionego w życiu bohatera. Sven na dobrą sprawę jest całkiem zadowolony z własnego „dryfowania”, bezmyślnego podążania z biegiem wydarzeniem. Nie ma żadnych ambicji, a odrabianie służby cywilnej jest dla niego idealną okazją do – proszę wybaczyć to określenie – beztroskiego przebimbania kolejnego roku z dala od konieczności podejmowania poważnych decyzji. Kiedy zaczyna dojrzewać do wewnętrznej przemiany, film de facto się kończy. Chociaż wiemy zatem, że pobyt w Oświęcimiu wpłynął na Svena i wyznawane (a raczej niewyznawane, mamy tu bowiem do czynienia z bohaterem, który jest niczym przysłowiowa tabula rasa) wartości, w gruncie rzeczy nie dowiemy się, czym ów wpływ zaowocuje. Tallheim opowiada bowiem o czymś znacznie bardziej doniosłym niż rozwój emocjonalny sympatycznego, choć raczej nierozgarniętego Niemca. Tematem jego filmu jest coraz bardziej panosząca się w kulturze nieumiejętność ustosunkowania się do przeszłości.

Doświadczenia Svena stanowią oś fabularną filmu, którego najważniejszą zaletą są nietuzinkowe obserwacje kulturowe. Młody Niemiec nie ma w zasadzie zbyt wiele do roboty w Oświęcimiu. Od czasu do czasu pomaga w organizacji kursów mających na celu uświadamianie młodzieży w kwestiach Holocaustu. Rozdaje uczestnikom spotkań kolorowe flamastry i kartki papieru, za pomocą których młodzi ludzie mają utrwalać swoje uczucia związane z pobytem na terenie obozu, a następnie wysłuchuje stereotypowych i mało przekonujących wypowiedzi o grozie, jakiej kursanci doznali, obserwując gabloty pełne starych walizek. Głównym zadaniem Svena jest opiekowanie się byłym więźniem Auschwitz, konserwatorem wzmiankowanych wyżej walizek, Stanisławem Krzemińskim (Ryszard Ronczewski). Relacja bohaterów układa się początkowo tak niepomyślnie, jak to tylko możliwe w przypadku spotkania starego, mającego wciąż w pamięci okrucieństwo nazistów Polaka i młodego, wychowanego w bogatym, kapitalistycznym kraju, bezideowego Niemca. Ale – jak to zwykle bywa w filmach tego typu – z czasem ich znajomość nabiera cieplejszych (choć nigdy nazbyt sentymentalnych) tonów – Krzemiński przywiązuje się do Svena, a ten zaczyna odczuwać współczucie dla starca spychanego na margines rzeczywistości przez upływający czas, niedołęstwo własnego ciała i postęp w technikach konserwacji historycznych artefaktów, który wreszcie pozbawia go możliwości wykonywania zawodu. W wolnych chwilach Sven flirtuje z Anką (Barbara Wysocka), młodą i ambitną przewodniczką-germanistką, u której wynajmuje pokój, starając się unikać konfliktów z gorącokrwistym bratem-nierobem swojej sympatii, Krzyśkiem (Piotr Rogucki) i racząc się takimi rozrywkami, jakich może mu dostarczyć małe polskie miasto.

Polska widziana oczami młodego Niemca jest miejscem dość ponurym: Oświęcim z pewnością nie należy do najładniejszych i najbardziej zadbanych miast pod słońcem, jego mieszkańcy najchętniej by z niego wyjechali, gdyby tylko mogli, a skoro nie mogą, to nieustannie narzekają na niemieckich inwestorów budujących fabryki, a potem zwalniających z nich polskich robotników. Thalheim nie udaje jednak, że kręci film o współczesnej Polsce. Dlatego można mu wybaczyć pewne – dość subtelne zresztą – generalizacje. Pod pewnymi względami akcja jego filmu mogłaby zostać przeniesiona w jakiekolwiek inne miejsce, w którym bolesna przeszłość jest „wciąż obecna”.

Istnienie miejsc takich jak Oświęcim wiąże się, przynajmniej w świetle filmu niemieckiego reżysera, z szeregiem paradoksów, które Thalheim próbuje podsumować, przywołując słynną piosenkę Czesława Niemena „Dziwny ten świat”. Pierwszy z owych paradoksów dotyczy samej podstawy funkcjonowania muzeum na terenie dawnego obozu w Auschwitz. Z założenia miało być ono przecież miejscem pamięci o przeszłości, ostrzeżeniem przed tym, jaki los mogą w pewnych okolicznościach zgotować ludzie swym bliźnim. Jakiekolwiek jednak wzniosłe ideały nie stałyby u źródeł jego powstania, muzeum stało się czymś zgoła odmiennym, co Thalheim pokazuje bezwzględnie, zwłaszcza w ujęciach przestawiających międzynarodowe rzesze turystów przesuwających się niemrawo wzdłuż gablot pełnych materialnych pamiątek po ofiarach obozu. Samo słowo „turyści” jakoś dziwnie nie przystaje do miejsc takich jak Auschwitz, prawdą jest jednak i to, że ludzie je odwiedzający na ogół nie są nikim więcej niż turystami, z których miejscowi, tacy jak Anka, po prostu się utrzymują.

To jednak dopiero wierzchołek całej góry paradoksów. Najbardziej przejmujące z nich są te, które wiążą się z osobą starego konserwatora walizek. Stanisław Krzemiński oraz jego koledzy wygłaszają od czasu do czasu okolicznościowe prelekcje czy mowy. Sven, który jest szoferem byłego więźnia, obserwuje go przemawiającego do grupy niemieckiej młodzieży. Wspomnienia starca z czasu pobytu w obozie są oczywiście szokujące. Jeszcze bardziej jednak wprawia w konsternację zachowanie młodych ludzi. Kiedy zachęca się ich do zadawania pytań prelegentowi, po prostu spuszczają wzrok i milczą, zupełnie zagubieni. Wreszcie ktoś wstaje i pyta o to, czy Krzemiński ma wytatuowany na ręku numer. Młodzi Niemcy nie traktują starca bez szacunku, nie są hałastrą rozwydrzonych i głupich małolatów robiących sobie dowcipy z wszystkich i wszystkiego. Pomiędzy nimi a Krzemińskim zieje po prostu potworna przepaść. Jego doświadczenia są dla nich czymś tak niewyobrażalnym, odległym i nieprzystawalnym do ich mentalności, że najzwyczajniej w świecie nie potrafią wejść z nim w dialog. Mogą co najwyżej potraktować go jak żywy muzealny obiekt, noszący na swej skórze ślad dziwnej i obcej przeszłości.

W innej scenie Krzemiński wygłasza mowę podczas uroczystości odsłonięcia płyty pamiątkowej związanej z kolejną nazistowską zbrodnią. W spotkaniu biorą udział niemieccy inwestorzy oraz przedstawiciele lokalnych władz. Kiedy zaczyna padać rzęsisty deszcz, a Krzemiński nie zamierza skracać swojego przemówienia, jedna z Niemek po prostu przerywa mu w pół zdania i ku uldze prawie wszystkich zgromadzonych doprowadza do zakończenia uroczystości, do finałowej pamiątkowej fotografii, mającej dokumentować pozytywne relacje polsko-niemieckie. Thalheim pokazuje obłudę, z jaką traktuje się współcześnie problem przeszłości: z jednej strony podniosłe, pełne frazesów mowy, gesty sygnalizujące szacunek dla historii, stawianie pomników i hołubienie ostatnich żywych świadków istotnych wydarzeń; z drugiej – nawet nie maskowane przekonanie, że wszystko to jest częścią pewnego teatru, w którym prezentuje się wzruszenia bynajmniej nie odczuwane i celebruje wartości w głębi duszy uznawane za archaiczne. Tragedia oświęcimska miała przecież miejsce ponad sześćdziesiąt lat temu, teraz mamy inne problemy.

Krzemiński nie jest jednak tylko i wyłącznie ofiarą systemu, który sprowadza go do roli symbolu przywoływanego okazjonalnie w dogodnych okolicznościach. Sven ze zdziwieniem obserwuje, jak starzec przyjmuje od niemieckiej inwestorki kopertę z honorarium za wygłoszoną prelekcję. Dla młodego Niemca staje się to wyraźnym znakiem obecności kolejnego paradoksu – ci, którzy przeżyli, nie tyle czują się zobowiązani do pełnienia jakiejś uświadamiającej misji, często po prostu godzą się na upokorzenia, próbując podnieść nieco swój materialny status.

Paradoksalnie miasto, w którym historia i przeszłość powinny być poddawane nieustannie refleksji, staje się miejscem, w którym ucieka się od nich jak najczęściej. Ucieka się oczywiście na różne sposoby. Ucieka się w zapewniającą spokój duszy rutynę (Krzemiński), w ogłupiające rozrywki (Krzysiek), ucieka się wreszcie całkiem dosłownie, tak jak Anka, która zamierza wyjechać na staż na zachód Europy. Kiedy Sven próbuje nawiązać ze swoją sympatią dialog na temat tego, jak przeszłość miejsca, w którym żyje, oddziałuje na nią samą, dziewczyna odpowiada agresywnie, że nie może kierować się w życiu czymś, co kiedyś, dawno temu, miało tu miejsce. Żyjąc na co dzień z oprowadzania turystów po dawnym obozie koncentracyjnym, Anka jest jak najbardziej odległa od snucia refleksji na temat tego, o czym opowiada swoim niemieckim klientom. Pragmatyczna postawa dziewczyny jest oczywiście uzasadniona – tyrtejsko-martyrologiczna zgoda na zdominowanie osobistej biografii przez historię należy współcześnie (na szczęście) raczej do rzadkości. Problem polega na tym, że na miejsce tej przeszłości aż nazbyt chętnie przywoływanej pojawia się przeszłość w jakiś sposób „źle przeżyta”, „źle oswojona”, okaleczona i sponiewierana. A wraz z nią wkradają się bezradność, brak umiejętności nawiązywania dialogu z tradycją kulturową i spektakularna hipokryzja. Dlatego Sven dochodzi do przekonania, że żyjąc w takim miejscu, w cieniu takiej historii, przynajmniej część mieszkańców Oświęcimia powinna coś zrobić. Co dokładnie, nie wiadomo. Może po prostu przemyśleć wszystko na nowo, tak jak postanawia to zrobić Sven w ostatniej scenie filmu, wracając na tereny obozu.

Thalheim nie proponuje prostych rozwiązań. Pokazuje jedynie pewien problem, mówi o przeszłości, która dla pewnych ludzi stała się częścią teraźniejszości. Gdzieś po drodze w tym procesie oswajania historii doszło jednak do pewnych wynaturzeń, w efekcie czego całe instrumentarium, za pomocą którego próbujemy zmierzyć się z dziejami, przestaje spełniać swoje funkcje. Muzea nie tyle służą poznaniu, co stają się miejscami rozrywki. Historia zmienia się w kolejną przestrzeń turystyki. Konserwowanie zabytków okazuje się nie misją mającą na celu utrwalenie śladów dawnych wydarzeń, ale jeszcze jedną uwikłaną w biurokratyczne obostrzenia czynnością. Przeszłość z kolei jest towarem, który można sprzedawać tak długo, jak znajdą się chętni nabywcy, kolekcjonerzy zbierający pocztówki z odwiedzanych miast, takie jak te, które w jednej z pierwszych scen ogląda Sven.

Nie tylko nie potrafimy poradzić sobie z traumatycznymi wydarzeniami z dawnych czasów, nie umiemy także stwierdzić, jaką powinniśmy względem nich przyjąć postawę. Młodzi ludzie zaprezentowani w „A na koniec przyszli turyści” boją się przyznać, że historia Holocaustu nic ich nie obchodzi (byłoby to wszak niepoprawne politycznie), więc brną we frazesy, nie znajdując dla nich alternatywy, żadnej możliwości oryginalnego ustosunkowania się do przeszłości. Bezradnie przyjmują z ręki Svena kolorowe flamastry, które urastają wręcz do symbolu historii zinfantylizowanej, pomniejszonej do karykaturalnych rozmiarów, sprowadzonej do obrazków naszkicowanych niewprawną ręką dziecka. Thalheim pokazuje, że taki rodzaj oswojenia historii nie wystarcza. Czasem trzeba, tak jak Sven, zawrócić, przemyśleć wszystko na nowo, zreinterpretować, spróbować zrozumieć. Ostatecznie bowiem pamięć o przeszłości jest jednym ze składników naszej tożsamości. Dlatego stosunek do niej wiąże się z odpowiedzialnością, której domaga się młody bohater filmu. I kiedy wreszcie – zgodnie z obietnicą zawartą w tytule – przychodzą kolejni turyści, Sven dorasta wreszcie do zrozumienia, że on sam jest zobowiązany do przyjęcia odpowiedzialnej postawy względem przeszłości tak samo jak wszyscy inni.
„A na koniec przyszli turyści” („Am Ende Kommen Touristen”). Scen. i reż.: Robert Thalheim. Obsada: Alexander Fehling, Ryszard Ronczewski, Barbara Wysocka. Gatunek: dramat. Niemcy 2007, 85 min.