Wydanie bieżące

1 października 19 (115) / 2008

Wiesław Kowalski, Łukasz Gajdzis,

GODZINNY TANIEC NARZECZONYCH

A A A
Z Łukaszem Gajdzisem, aktorem i reżyserem, rozmawia Wiesław Kowalski
Wiesław Kowalski: Peter Brook w jednym z wywiadów powiedział, że „nowotwór złośliwy” sztampy jest szczególnie groźny dla artysty na początku jego drogi twórczej, w jej połowie i bliżej finału. Pan łódzką „filmówkę” ukończył w roku 2006. Czy w tak młodym wieku rzeczywiście rutyna jest już zagrożeniem? Jeśli tak, to jak Pan z nią walczy?

Łukasz Gajdzis: Rutyna może się pojawić bardzo szybko w pracy aktora, kiedy ten bojąc się przekroczyć samego siebie, czyli wejść na głębokie wody emocji, posługuje się tym, co mu jest najbliższe, co już poznał i sprawdził. Wtedy rola może zatrzymać się na etapie artykułowania półprawd, na operowaniu siatką spojrzeń czy teatralnych znaków sprawdzonych wcześniej. I to jest najgorsze, podobnie jak rutyna pewności siebie. Dlatego w pracy aktora bardzo ważne jest otwarcie się na to, co proponuje reżyser, by wspólnie z nim wypłynąć w artystyczny rejs. Niedawno oglądałem wywiad z Johnnym Deppem, który powiedział, że jego praca z Timem Burtonem podczas zdjęć do filmu „Edward Nożycoręki” była jak „taniec narzeczonych”. Bardzo do mnie to porównanie przemówiło. Zresztą podobnie myśli Krystian Lupa, który twierdzi, że aktor jest jak królowa, a on sam jest królem. W przypadku reżyserii, gdzie mam doświadczenie dużo mniejsze, myślę, że młodego reżysera może dotknąć rutyna pomysłu. Cieszę się, że w trzech spektaklach, które dotąd zrobiłem dały się już zauważyć pewne elementy wyznaczające charakter mojego scenicznego pisma. Rzeczywiście, próbuję moje spektakle konstruować wokół tego, co w teatrze lubię najbardziej. A jest to bez wątpienia rytm, stąd może ograniczona do godziny długość moich przedstawień. Jako człowiek jestem osobą bardzo spokojną, ale we mnie w środku wszystko się gotuje i to moje wewnętrzne poczucie czasu popycha mnie ku temu, by na scenie wszystko działo się szybko, w określonym rytmie podporządkowanym założeniom interpretacyjno-inscenizacyjnym.

W. K.: Ten sam wybitny reżyser twierdzi, że aktorzy powinni odpowiadać trzem wymogom: umieć znaleźć się w zespole tak, by nie być hamulcem, mieć niezbędne walory profesjonalne i „odpowiadać” roli. Powinni być jak alpiniści hartujący się poprzez indywidualną „wspinaczkę” na scenie i w życiu. Jak skomentuje te słowa człowiek będący na początku aktorskiej kariery, zdobywający dopiero pierwsze doświadczenia po to, by w kolejnych rolach „otworzyć” swoje wnętrze na ciągłe próbowanie i szukanie, nawet wtedy gdy – tak jak to jest w teatrze – spektakl jest już uformowany?

Ł. G.: Przede wszystkim chodzi o to, by w zespole nie być hamulcem emocjonalno-psychicznym dla innych. Dlatego nie warto na siłę próbować być liderem, zwłaszcza gdy nie przemawia za tym zdobyte doświadczenie czy umiejętności warsztatowe. A wielu młodych aktorów niestety w tego typu pułapkę wpada. Co do walorów profesjonalnych, to temat obejmujący wiele zagadnień. Można mówić o szukaniu scenicznej prawdy i sposobach jej odnajdywania, o tym, czy będziemy się posługiwać metodą Stanisławskiego, czy też korzystać z osiągnięć Wielkiej Reformy, czy będziemy w naszym dążeniu do szczerości wypowiedzi obudowywali się wnętrzem i emocjonalnością, czy też odwołamy się tylko do naszej wyobraźni. W moim przypadku pracując nad rolą wyobraźnia odgrywa rolę szczególną, bliskie mi są słowa Michaiła Czechowa, który w swojej teorii sugeruje wyrzucenie z siebie intelektualnego podejścia podczas budowania scenicznej postaci.

W. K.: Ma Pan szczęście w teatrze do spotkań z ciekawą literaturą, zarówno klasyczną, jak i współczesną – Wiliam Szekspir, Dorota Masłowska, Stanisława Przybyszewska… Czy zagrał Pan już rolę, która stopiła się z Panem najsilniej? Anna Polony twierdzi, że tworzenie postaci zawsze wpływa na jej życie prywatne.

Ł. G.: Trudno żeby nie wpływało, bo można zwariować. A tego się boję. Chodzi chyba przede wszystkim o to, by podczas konstruowania roli zakorzeniać ją w sobie, żeby podczas poszukiwania prawdziwych intencji i emocji znajdować je nie tylko w bohaterze, ale i w swoim wnętrzu, w swojej prywatności. Myślę, że połączenie tych dwu sfer jest bardzo ważne i ma istotny wpływ na ostateczny kształt roli. Bo jednak wszystkiego nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Młodzi zawsze będą korzystać z własnego doświadczenia. Osobiście staram się podczas pracy nad rolą stworzyć pewien profil psychologiczny postaci, tak by móc ją narysować, zobaczyć, by z nią pogadać i poczuć jej zapach. A czuć, może również znaczyć mieć intuicję. W ostatecznym efekcie chodzi o to, żeby postać była ze mnie, ale tak naprawdę mną nie była.

W. K.: Od początku nie omijały Pana spotkania z reżyserami różnych generacji. Już w szkole przy okazji „Jak wam się podoba?” Szekspira spotkał się Pan z Janem Maciejowskim, potem przy „Tymonie Ateńczyku” z Maciejem Prusem, natomiast przy „Pawiu królowej” z Łukaszem Kosem. Czy jest jakaś różnica w ich metodach pracy, w sposobach otwierania literatury, by na scenie ukazać całą jej złożoność czy też głębię analizy psychologicznej?

Ł. G.: Profesor Maciejowski zabrał nas na wycieczkę w nieznane już podczas pracy nad „Ham on Rye” Charlesa Bukowskiego; on dał nam z siebie w szkole teatralnej chyba najwięcej. To była niesamowita lekcja wyobraźni, bo z niej tworzyliśmy cały sceniczny świat. Profesor z każdym studentem pracował w sposób indywidualny i osobisty. W „Jak wam się podoba?” grałem Wygnanego Księcia i dużo na temat tej postaci rozmawialiśmy, przede wszystkim o Irlandii, a ona była mi bardzo bliska z racji wakacyjnych wyjazdów. Chodziło o to, aby grając tę postać, odwoływać się do odcieni zielonego koloru, które w Irlandii mogłem w różnych miejscach podziwiać. I właśnie takich „niekonwencjonalnych” metod używał prof. Maciejowski, aby pomóc nam w budowaniu postaci.

Natomiast Maciej Prus, nie zadając żadnych pytań, od razu zabiera aktora na głębię, i to oceanu. Takie wejście do teatru zawodowego od razu po szkole nie było dla mnie łatwe. Wymagania reżysera były ogromne, a jest to człowiek z nieprawdopodobną wiedzą, doświadczeniem teatralnym i erudycją.

Z Łukaszem Kosem styl pracy był zupełnie inny, powiedziałbym bardziej offowy, zakładał ciągłe poszukiwanie, błądzenie, stąd do końca nie wiedzieliśmy, jaki będzie rezultat. Nie mniej była to praca niezwykle interesująca. Tym bardziej, że otrzymałem od reżysera zadania daleko odbiegające od tego, jaki jestem w życiu codziennym. Musiałem więc wypracować umiejętność zmieniania się na „pstryk!”. Granie czterech różnych ról w obrębie jednego przedstawienia – a był to mój dyplom – to znakomita nauka aktorskiego rzemiosła.

W. K.: Czy to rozczarowanie aktorstwem czy też fascynacja reżyserią doprowadziła do tego, że bardzo szybko zapragnął Pan zaistnieć w teatrze również jako reżyser, najpierw jako asystent Grażyny Kani przy „Motortown”, potem w samodzielnej, niezwykle udanej, realizacji „Pchły Szachrajki”?


Ł. G.: Poważnie o reżyserii zacząłem myśleć już w szkole średniej, tak samo jak o tym, że droga ku jej poznaniu będzie wiodła przez aktorstwo. Kiedy skończyłem „filmówkę” miałem 22 lata i dylemat, czy rozpocząć kolejne studia, czy też próbować w inny sposób realizować swoje marzenia. I wtedy z pomocą przyszedł mi dyrektor Paweł Łysak, proponując wyreżyserowanie spektaklu dla dzieci. Marzenie się spełniło i zapoczątkowało inscenizatorską drogę.

Myślę, że w teatrze najważniejsze jest to, jak i co robisz, a nie dyplom ukończonej szkoły. Zresztą zdarzało się, że najwięksi dzisiaj reżyserzy bywali z uczelni wyrzucani i to kilkakrotnie. Jedno jest pewne. Nadal chcę się uczyć i między innymi dlatego podjąłem współpracę ze studentami Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Nie myślę o swojej przyszłości w kategoriach kariery czy popularności. I choć z aktorstwa nie planuję rezygnować, cieszę się, że mogę w tej chwili realizować się w bydgoskim teatrze jako reżyser.

W. K.: Ze studentami Akademii Muzycznej w Bydgoszczy przygotował Pan „Dydonę i Eneasza” Purcella, niezwykle trudne dzieło, ale w Pana wydaniu podane w szalenie ciekawej formie, plastycznej, wizualnej i wykonawczej? W jaki sposób tak doskonały efekt osiągnął człowiek z niewielkim w końcu doświadczeniem z jeszcze mniej doświadczonymi studentami?

Ł. G.: Myślę, że to kwestia zaufania. Bo przedsięwzięcie było bez wątpienia ryzykowne, tym bardziej że miało być zaprezentowane podczas Bydgoskiego Festiwalu Operowego. Oddałem temu projektowi całe serce. Obejrzałem mnóstwo nagrań spektakli muzycznych, by przekonać się, co mnie w operze wzrusza, obchodzi, a co nie. Najtrudniej było mi zaakceptować sztuczność operowej konwencji. Dlatego z pełną świadomością postawiłem nie na śpiew i walory głosowe, ale na teatr, aktorstwo i prawdę scenicznego wyrazu. Namieszałem w głowach studentów i to sporo, ale sądzę, że dzięki temu wyszli z naszego spotkania dużo mocniejsi, mądrzejsi i bardziej pewni siebie.

W. K.: Co Pana inspirowało w pracy nad operą stylistycznie należącą do epoki muzycznego Baroku?

Ł. G.: Szukając metafory dla przedstawienia scenicznej rzeczywistości odwoływałem się do wielu rzeczy, do Biblii, hinduskiej bogini Iditi, Islamu, do tekstów Oriany Fallaci, która dużo pisała o kobietach w Afganistanie. Nie znaczy to, że chciałem w dosłowny sposób dotykać problematyki społecznej. Nie należę do szczególnych zwolenników teatru publicystycznego. Zamiast dosłowności wolę nawias, cudzysłów i przymrużenie oka. Studenci bardzo szybko mi uwierzyli, nie musiałem ich tak długo przekonywać do swoich pomysłów jak aktorów w teatrze. Stworzenie zespołu, miejsca i atmosfery zaufania były w tej pracy najważniejsze. Dlatego cieszę się, że moje działania w Akademii Muzycznej będą kontynuowane.

W. K.: Na zakończenie sezonu przygotował Pan w Teatrze Polskim spektakl „We are the Champions” złożony z piosenek sportowych? Jak w tym przypadku budował Pan dramaturgię tego przedstawienia-koncertu?

Ł. G.: To było z wielu względów przedsięwzięcie bardzo trudne. Oczywiście, oglądałem wcześniej, jak takie spektakle robią inni, szczególnie Wojciech Kościelniak, który na XXIII PPA we Wrocławiu przygotował znakomity „Kombinat” złożony z utworów Grzegorza Ciechowskiego. Wiedziałem, że i w tym przypadku w budowaniu scen nie mogę zapomnieć o formie, rytmie i dramaturgii. Stąd pomysł na pojawienie się elementów multimedialnych, wykorzystujących stadion bydgoskiego Chemika. Bo tylko on, a nie ten będący wizytówką miasta, jest nośnikiem prawdziwych historii, które mogą zadziałać emocją i podświadomością w innym wymiarze niż reportaż czy film dokumentalny w telewizji. Moim zamiarem było pokazanie sportu od innej strony, nie tej typu „wow” czy „hurra” . I Chemik, do którego mam ogromny sentyment, doskonale się do tego nadawał. Codziennie pytałem siebie: „Who are in fact those champions”. Praca nad tym koncertem, raczej smutnym niż śmiesznym, była jak nieprawdopodobna jazda po linie, tej samej, którą podąża nad Brdą „Idący przez rzekę”.

W. K.: W ostatnim pytaniu przywołam jeszcze raz słowa Anny Polony: "Żeby żyć w zgodzie ze sobą i ze światem trzeba bezwzględnie każdego dnia znaleźć chwilę na wyciszenie, na refleksję. Skoncentrować się, pomyśleć...". Tymczasem dzisiaj aktorzy często unikają takiego sam na sam ze sobą, uciekają w różne stany oszołomienia, w telewizyjną papkę, w wyczerpującą pracę niosącą zmęczenie... Co robi Pan, by nie zwariować w tej pogoni za kolejną rolą, kolejnym występem w filmie, w teatrze czy reklamie?

Ł. G.: Po prostu nigdzie nie gonię. Już dawno z tego pociągu wysiadłem. Wiem, że taka pogoń jest nie dla mnie. Dlatego tak ogromnie cenię sobie spokój i o nim marzę najczęściej, takim, który pozwoli mi wybudować dom i założyć rodzinę. Oczywiście jako człowiek teatru myślę też o artystycznym spełnieniu. Tyle że nie chcę tego robić za wszelką cenę, dlatego nie zabiegam o role, popularność czy sukces. Najważniejsze jest w tym wszystkim, by nie stracić samego siebie. Cieszę się z możliwości bycia w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, bo to obecnie jedno z najciekawszych artystycznie miejsc w kraju. W myśl zasady:” Czym skorupka za młodu...”

W. K.: Jeszcze jedno. Dlaczego zdecydował się Pan na Podyplomowe Studia Zarządzania Kulturą na Uniwersytecie Warszawskim? Marzy się Panu założenie lub prowadzenie kiedyś własnego teatru?

Ł. G.: Nie będę ukrywał, że doskwiera mi permanentne uczucie braku wiedzy. Dlatego staram się mieć stały kontakt ze środowiskiem akademickim. Bardzo chciałem poznać od środka uczelnię o tak wspaniałej tradycji. Obecnie wybieram się na podyplomową filozofię na UKW w Bydgoszczy. Zarządzanie kulturą to kierunek mający ogromną przyszłość. Nie wiemy, w jakim kierunku będzie się rozwijało finansowanie teatru instytucjonalnego. Powstaje coraz więcej instytucji prywatnych, co wcale nie znaczy, że komercyjnych. Reżyser-dyrektor musi myśleć także o pieniądzach, o budżecie i organizacji, musi umieć stworzyć projekt i napisać biznes plan.

W. K.: Dziękuję za rozmowę.
    Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu: Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury