Wydanie bieżące

15 października 20 (116) / 2008

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

JEROZOLIMSKA TAJEMNICA

A A A
„Morderstwo w szabatowy poranek” – cóż za klasyczny tytuł dla kryminału! Wskazuje gatunek, wyjaśnia czas zbrodni i krąg kulturowy, aż prosi się, żeby zabrać książkę w podróż lub podczytywać przed snem. Tekst, który właśnie czytacie, o równie stereotypowym tytule, może nieco zniechęcić tych spośród czytelników, którzy lubią błyskotliwe zwroty akcji spod znaku Harlana Cobena.

„Morderstwo w szabatowy poranek” jest pierwszą powieścią z zapowiadanej serii wydawnictw izraelskiej autorki i krytyczki literackiej Batyi Gur, twórczyni postaci inspektora Michaela Ochajona. Krakowskie wydawnictwo EMG, które kilka miesięcy temu rozpoczęło wydawanie czarnych kryminałów powieścią „Ja jestem sądem” Mickey’a Spillane’a, zapowiada już kolejną część zatytułowaną „Morderstwo na wydziale literatury”. Akcja już wydanej powieści toczy się w 1983 w Jerozolimie, gdy pewnego szabatowego poranka znana psychoanalityczka Ewa Neidorf zostaje znaleziona martwa. Jej otoczenie reaguje szokiem. Ewa Neidorf cieszyła się dużym szacunkiem, uważano ją za przyszłą następczynię starego dyrektora Izraelskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego – doktora Hildesheimera, pełniła funkcję superwizora, czyli opiekuna dla rozpoczynającego praktykę terapeutyczną psychoanalityka, miała wielu pacjentów i wiele sukcesów zawodowych na swoim koncie, nie była też osobą konfliktową, może jedynie zasadniczą, lecz czy to wystarczyło mordercy, by strzelić jej w głowę – oto pytanie, na które musi odpowiedzieć policja.

Śledztwo utrudniać będzie hermetyzm środowiska psychoanalityków, dla których największą wartość stanowi zaufanie pacjenta i którzy za wszelką cenę chcą ochronić szczegóły terapii i personalia pacjentów. By znaleźć sprawcę, policjanci przesłuchają kolegów po fachu ofiary, jej pacjentów, z których prawie każdy wychwala Neidorf jako znakomitą terapeutkę i nauczyciela. Na szczęście dla śledztwa ofiara była niezwykle skrupulatną i uczciwą obywatelką, dbającą o przejrzystość finansów. Oprócz tropów finansowych – kto płacił za terapię, a więc był pacjentem, inspektor Ochajon będzie musiał odkryć, dlaczego wraz z mordercą zniknął tekst wykładu, który miała wygłosić ofiara. Komu bowiem mógł zagrażać tekst naukowy, zwłaszcza, że autorka nie mogła wszak podać w nim nazwiska mordercy, chyba, że jego czyn zdemaskowałby go mimo anonimowości. Sugestia motywu pojawia się dość wcześnie, groźba zdemaskowania mordercy poprzez listę pacjentów czy analizę przypadków przewija się przez cały (dość obszerny – liczący prawie 300 stron) tekst. Powieść stanowi realizację klasycznego modelu kryminału, w którym detektyw obraca się w zamkniętym kręgu podejrzanych. W tym przypadku dosłownie zamkniętym kręgu, w którym śledztwo opiera się na ich zeznaniach. Jednym z podejrzanych jest kolega z branży, którego kariera nie potoczyła się jednak równie wspaniale jak Neidorf, innym – jego przyjaciel, pułkownik Alon, wysoki rangą wojskowy, który musi ukrywać problemy osobiste przed zwierzchnikami. Śledztwo skierowane na pułkownika Alona nosi podtekst polityczny i przedstawia metody przesłuchań policji i agentów służby specjalnych, pokazuje również groźniejsze oblicze policji, zajmującej się nie tylko drobiazgowym sprawdzaniem ksiąg podatkowych, ale wyczerpującymi, wielogodzinnymi przesłuchaniami. Inspektor Michael Ochajon planuje: „musi jeszcze odwołać lunch na który już nie zdążył, a przecież jak u Agathy Christie, nikt nie może ruszyć się z miejsca zbrodni dopóki nie wyjaśni się, że ma alibi” (s. 45).

Niestety, odwrotnie niż u mistrzyni gatunku akcja postępuje zbyt leniwie, czytelnik musi zmierzyć się (nie chciałabym formułować tego jako „mozolnego przebrnięcia”) z wielostronicowymi opisami, wspomnieniami, monologami i ogromną szczegółowością. Czytałam „Morderstwo...” niezwykle uważnie, powtarzając w myślach każde słowo i czekając na olśnienie, które nie nastąpiło. Zastanawiałam się, czy wtrącane od niechcenia uwagi podejrzanych kryją w sobie rozwiązanie, zaczęłam więc zbytnio psychologizować. Założyłam, że jeśli powieść toczy się w środowisku psychoanalityków, to główną materią będą słowa i emocje, których nie ma tu aż tak wiele. Długie śledztwo powodowało wyczerpanie bohaterów, które udzielało się również mnie. Należy jednak w tym miejscu przyznać rację autorce – skomplikowane i przeciągające się procedury są zapewne bliższe prawdziwej pracy policji, niż błyskotliwe i bardzo dynamiczne perypetie rodem z amerykańskich kryminałów. Zapewne praca wydziału kryminalnego, zwłaszcza w epoce przedinternetowej, polegała na drobiazgowym sprawdzaniu ksiąg finansowych, rozpytywaniu sąsiadów, kluczeniu w ślepych zaułkach podejrzeń. Nie jest to zatem powieść filmowa z powodu zanurzenia w słowach, także bohater wydaje się bardziej wielowymiarowy i trudniejszy do zagrania od bohatera typowego kryminału.

Michael Ochajon często czuje się nie na swoim miejscu, nie pasuje ani do rodziny swojej żony, ani do kolegów z pracy. Pochodzi z Maroka, ożenił się, a następnie rozwiódł z rozpieszczoną córką handlarza diamentów, jest niespełnionym historykiem, wyrasta ponad typowego policjanta, co dają mu odczuć jego niechętni przełożeni, przypominając mu, że policja to nie uniwersytet. Przed laty zrezygnował dla syna ze stypendium w Cambridge, a teraz łudzi się, że jeszcze mógłby wrócić do swoich książek, zbyt mocno jednak wsiąkł w pracę, aby spokojnie zamknąć się w czytelni. Z działań naukowych nadal ceni sobie metodyczność – działa powoli, choć czasem popełnia błędy, które zaważą na śledztwie. Mimo to „Michael był jednak przekonany, że należy zaczynać od pewnego teoretycznego wstępu, powoli i dopiero później, w miarę możliwości, przyśpieszać tempo” (s. 52). Zaletą tej postaci jest spora doza autoironii wobec siebie i otoczenia. Świadomy wrażenia, jakie może robić na kobietach, Ochajon dba o dobre relacje z sekretarkami, co mimowolnie kojarzy mu się z Jamesem Bondem, na szczęście dla czytelnika dostrzega jednak ową subtelną, dzielącą ich różnicę. Zastępca szefa Wydziału Dochodzeniowego jerozolimskiej policji nie obraca się w kręgach wyrafinowanych złoczyńców i femme fatale (poza jedną, działającą niezbyt skutecznie) i nie pije martini w godzinach służby, w czasie której musi jeszcze zadzwonić do syna i zapytać o odrobione zadanie. Ochajon jest bardzo inteligentnym, uczciwym gliną o melancholijnym usposobieniu, do którego dopasowana jest wymowa powieści. Rozwiązanie pokazuje bowiem słabe punkty bardzo dokładnego systemu wybierania i kształtowania psychoanalityków stworzonego przez doktora Hildesheimera.

Słaba dynamika akcji sprawia jednak, że tracimy zainteresowanie podstawowym problemem: kto jest sprawcą. Druga śmierć pełni funkcję katalizatora, który pozwala na szybszy rozwój akcji, nie zmienia to jednak faktu, że zmuszałam się do dalszej lektury i dopiero kilkadziesiąt ostatnich stron, przynoszących przyspieszenie akcji, sprawiło, że jednak nie porzuciłam czytania i poznałam nazwisko sprawcy. Nie była to zresztą ogromna niespodzianka, gdyż autorka każe wypowiadać bohaterowi w myślach podejrzenia, a o tym, kto jest podejrzaną osobą, świadczy też pewna cecha fizyczna podkreślana przez narratora. Być może to przypadek, relikt teorii fizjonomicznych, sugerujących związek między ułomnościami a występkiem, jednak doświadczony czytelnik tym samym wcześnie domyśli się, kto pociągnął za spust. Zupełnie inaczej niż obiecywano w notce na okładce, co chyba stanowi większe zaskoczenie.
Batya Gur: „Morderstwo w szabatowy poranek”. Przeł. Tomasz Sikora. Wydawnictwo EMG. Kraków 2008.