ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (116) / 2008

Tadeusz Kosiek,

MULATU ASTATKE

A A A
“Mulatu of Ethiopia”. Worthy Records 1972.
Mulatu Astatke (lub jak piszą Francuzi Astatqé), multiinstrumentalista, dla którego wiodącym instrumentem jest wibrafon, uznawany jest, obok saksofonisty Getachewa Makurya, za najważniejszą postać w dotychczasowej historii etiopskiego jazzu. Aranżer i kompozytor, powszechnie uznawany jest za twórcę Ethio-jazzu, stylu powstałego w wyniku wprowadzenia do post-Davisowskiego dwunastotonowego jazzu modalnego skali pentatonicznej, charakterystycznej dla tradycyjnej muzyki etiopskiej. W latach 50. i 60. ubiegłego wieku w Londynie i Nowym Jorku Astatke uczył się gry na fortepianie, zaś w Bostonie studiował kompozycję w Berklee College of Music, którego zresztą był pierwszym afrykańskim studentem. We wszystkich tych miastach grywał jazz w lokalnych klubach, współpracował z bardziej lub mniej znanymi muzykami, pracował jako aranżer. Po powrocie do kraju, z połączenia elementów jazzu i muzyki latynoskiej z etiopską skalą muzyczną, udało mu się stworzyć coś naprawdę oryginalnego – styl, który swą odmiennością fascynuje również i współcześnie.

Mulatu Astatke był i jest jazzmanem znanym i uznanym – nagrywał i wydawał płyty nie tylko w Etiopii i Stanach Zjednoczonych, ale również i w innych krajach. Ba, jedną z nich zarejestrował dwadzieścia lat temu w Polsce z towarzyszeniem ówczesnej czołówki naszych muzyków, m.in.: Szprota, Szukalskiego, Ścierańskiego i Chrósta. Jednak szeroka popularność zainteresowała się jego twórczością dopiero kilka lat temu. Stało się to za sprawą Jima Jarmuscha, który wykorzystał w „Broken Flowers” kilka nagrań Mulatu zaczerpniętych z wydanej w 1998 przez francuską wytwórnię Buda Music czwartej części serii „Ethiopique”, w całości poświęconej bohaterowi tego tekstu. Opublikowane na tej kompilacji nagrania pochodzą z lat 1969-1974, chronologicznie nie są więc odległe od utworów zawartych na „Mulatu of Ethiopia”. Co więcej, dwie kompozycje pojawiają się na obu albumach, ale choć nagrania utrzymane są w podobnej stylistyce, omawiana płyta ma od utworów znanych z „Broken Flowers” mroczniejszą aurę. Prawdopodobnie odpowiedzialność za owo przyciemnienie barwy spada na elektryczny fortepian, który często brzmi jak przepuszczony przez wah-wah, co nadaje muzyce psychodeliczny charakter.

„Mulatu of Ethiopia” to trzecia amerykańska płyta Mulatu wydana przez nowojorską Worthy Records. Pierwotnie opublikowana w 1972, a niedawno wznowiona na winylu i CD, powszechnie uważana jest za najlepszy album w jego dyskografii. Muzyka zawarta na tej płycie to tylko mieszanka jazzu, funku, soulu, muzyki latynoskiej (notabene Mulatu nagrał ją z towarzyszeniem muzyków z zespołu samego Mongo Santamarii) i tradycyjnej muzyki etiopskiej, jednak proporcje składników zostały dobrane tak oryginalnie, że ów melanż był (i właściwie nadal jest) tak świeży i odmienny, że nie poddaje się żadnym próbom opisu. O bezsilności recenzentów, starających się przybliżyć zawartość płyty, świadczyć mogą takie efektowne łamańce jak „Roy Ayers meets Sun Ra with a hot dose of African funk” czy „Roland Kirk meeting Fela Kuti”, mówiące jednocześnie wiele i nic. Wiele, bo w pewien sposób określają stylistykę, w której poruszają się muzycy. Nic, ponieważ nie wyjaśniają, że wysokie oceny płyta zawdzięcza nie tyle intrygującemu łączeniu gatunków, ile znakomitym, łatwo wpadającym w ucho kompozycjom, z których trzy są autorstwa samego Mulatu, zaś pozostałe cztery to tematy tradycyjne oraz przemyślnym aranżacjom, których wyrafinowana prostota zwodzi, sugerując, że mamy do czynienia z czymś zwyczajnym i dobrze znanym. Nie wiem, w jaki sposób udało się Mulatu spoić wszystkie elementy i sprawić, że całość wydaje się tak oczywista i naturalna. Jakby ta muzyka nie była niczym nowym, lecz czymś znanym od zawsze. Psychodeliczny lounge o korzennym posmaku, rzecz zbanalizowana przez współczesny chillout, ukazuje swe inne niż zwykle oblicze. Lekko neurotyczne, pełne podskórnego napięcia.

Aranżacje nie pozostawiają muzykom miejsca na indywidualne popisy, zamiast tego kładąc nacisk na rytmiczną strukturę nagrań. Groove jest wręcz nieprawdopodobny, nieoczywiste, korzenne rytmy mocno bujają. Sola saksofonu, trąbki, wibrafonu czy fletu są skondensowane i, choć muzyka grupy przesiąknięta jest duchem oswojonego free jazzu, to czas trwania poszczególnych utworów rozciąga się zaledwie od 2 do 7 minut.

I to w zupełności wystarcza, choć przyznać muszę, że płyta, szczególnie tak znakomita, trwająca niespełna pół godziny budzi uczucie niedosytu.