Wydanie bieżące

15 października 20 (116) / 2008

Łukasz Iwasiński,

ERRORS

A A A
“It's Not Something, But It Is Like Whatever “. Rock Action, 2008.
„It`s Not Something, But It Is Like Whatever” – debiutancka płyta pochodzącej z Glasgow grupy Errors wydana została w barwach wytwórni powołanej przez członków Mogwai – Rock Action. Formacja (w składzie: Greg Paterson – gitara, elektronika, James Hamilton – perkusja, elektronika, Simon Ward – elektronika i Stephen Livingstone – bas, gitara, elektronika) ma już na koncie koncerty u boku swych słynnych wydawców, a także Explosions in the Sky oraz Death From Above 1979. Niezłe referencje jak na nowicjusza. Spośród wszystkich tych zespołów muzycznie najbliżej jej do Mogwai, jednak w swej twórczości łączy więcej inspiracji, a efekt końcowy ma zdecydowanie bardziej taneczne zabarwienie.

Album wypełniają wyłącznie instrumentalne kompozycje. Transowe gitarowe struktury wyrastające z dokonań popularnych szkockich postrockowców panowie podbijają parkietowym rytmem i uzupełniają sporą porcją elektroniki (od nawiązań do synth-popu czy electro lat 80., po współczesne brzmienia z tradycji IDM). Członkowie Errors należą do pokolenia oswojonego z nowymi technologiami. Laptop jest dla nich równie naturalnym i oczywistym instrumentem jak gitara. Jednakże, podobnie jak czynią to przedstawiciele tzw. emotroniki, stronią od hermetyzmu post-technowych eksperymentatorów konstruujących abstrakcyjne dźwiękowe twory, a dążą do pogodzenia cyfrowych brzmień z bardziej bezpośrednią, typowo popową czy rockową emocjonalnością.

Niestety, owoce ich wysiłków nie porywają. Muzyka jest zbyt rozwodniona i pozbawiona napięcia. Sentymentalne postrockowe motywy, jak i syntezatorowe pasaże oraz subtelnie trzeszcząca elektronika à la Boards of Canada, osadzone na transowym, nierzadko tanecznym pulsie wypadają trochę miałko. Ciekawiej prezentują się momenty, w których panowie mocniej kombinują z rytmem i podziałami, czerpiąc z tzw. math-rocka, ale to za mało, by obronić krążek.

Errors jawi się w pewnym sensie jako ofiara epoki postmodernizmu, która wielość możliwości i mnogość wątków chce ogarnąć za jednym zamachem, ale wszystkie tropy podejmuje dość powierzchownie i nie potrafi złożyć ich w pełni przekonującą całość. Jeśli tak jak ja po wysłuchaniu „It's Not Something, But It Is Like Whatever” czujecie niedosyt, sięgnijcie po płyty brytyjskiej grupy 65daysofstatic. Załoga z Sheffield stosuje podobna metodę (czyli, najprościej rzecz ujmując, dokonuje fuzji gitarowego postrocka i elektroniki), lecz robi to z większą dynamiką i polotem.