ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (54) / 2006

Agata Suwała,

WSPÓŁCZESNA DONKISZOTERIA

A A A
Jeśli miałabym dokonać wyjątkowo lapidarnej recenzji „Fototapety” Michała Witkowskiego, wystarczyłby mi jeden wyraz – światoobraz. Heideggerowskie pojęcie, wynikające z krytycznej obserwacji rzeczywistości, oddaje nadrzędną ideę najnowszej książki autora „Lubiewa”. Nie możemy dziś mówić o rzeczywistości i jej obrazach, ale o kolejnych symulacjach. Samo słowo rzeczywistość brzmi dziś co najmniej dziwnie, w literaturze naukowej mamy już dwa pojęcia określające to zjawisko – rzeczywistość wirtualną oraz rzeczywistość realną, przy czym to ostatnie do niedawna brzmiało jak tautologia. Za obrazem stoi nie rzeczywistość, ale inny obraz (koncepcja symulakrów). Zatem jeśli nie sposób przedrzeć się przez „zasłony” obrazów do „twardej” rzeczywistości, nie pozostaje nic innego, jak życie swoją (lub cudzą) fikcją.

„Fototapeta” jest zbiorem ośmiu opowiadań, złożonym z dwóch części. Pierwsza część jest wędrówką bohatera do czasów dzieciństwa (wycieczki do ZSRR, NRD i Mosiny – wioski leżącej niedaleko Poznania), natomiast druga opowiada o współczesnym, konsumpcyjnie nastawionym świecie. W jednym System, a w drugim media kreują rzeczywistość, poprzez co bohaterowie zostają przyporządkowani odpowiednim konwencjom i w nich funkcjonują: „Obrazki takie się nakręci: pan odrabia lekcje, pan podczas zajęć sportowych, w szkole… słowem – cudowne dziecko z pana robimy” (s. 41). Celowym, jak mniemam, zabiegiem w kreacji postaci przez Witkowskiego jest ukazanie ich jako szablonowych i płaskich. Ich życie jest tak łatwe do przewidzenia, jak fabuła kiepskiego filmu. I właśnie taki sposób opowiadania o życiu wybrał autor „Copyright”. Tak jest w przypadku dziewczyny z NRD zakochanej w chłopcu o imieniu Uwe z opowiadania „Pierroty” czy w przedstawieniu społeczności wiejskiej w „Mosinie”. Całemu zbiorowi opowiadań mogłaby patronować witkiewiczowska wizja zaniku uczuć metafizycznych i powstania rasy ludzi – automatów, zdeterminowanych przez środowisko, w jakim przyszło im żyć, posiadajcych trudności z dokonaniem własnej decyzji i charakteryzujących się bezrefleksyjną egzystencją.

Stereotypowości sylwetek bohaterów towarzyszą szablony stylistyczne, jakie wykorzystuje autor: „czterdziestoośmioletnia Regina P. spotkała w parku Eugeniusza Z. i około godziny szesnastej udali się razem na posesję znajomego pani Reginy Tadeusza B.” (s. 269). Uproszczony sposób życia jest zdecydowanie łatwiejszy: przewidywalna, codzienna egzystencja staje się bezpiecznym azylem, zastygłą formą. W związku z zanikiem uczuć metafizycznych pojawia się kategoria człowieka ekonomicznego, który żyje tylko z zysku i dla zysku. Życie jawi się jako przestrzeń między zbytem a popytem: „Najlepsze w ludziach jest to, że nawet jak umierają, to dają zarobić, produkując coś tak intratnego jak własne ciało” (s. 262). Ludzie nie potrzebują już otaczać się pięknymi przedmiotami bezinteresownie, dla czystej estetyki, ale kierują się kwestiami czysto ekonomicznymi, co zabija w nich wrażliwość na piękno. Już pierwsze zdanie książki zostają osadzone w metaforyce ekonomicznej: „Listopad 1999. Ten rok przypomina mi cenę w supermarkecie” (s. 9). Nieco inaczej rysuje się na tym tle sylwetka bohatera – narratora. Ma on świadomość formy (w znaczeniu gombrowiczowskim), wie, że będąc w ZSRR (został wysłany tam po wygraniu konkursu literackiego z „Teleranka”, jego zadaniem było podręcznikowe opisanie kraju sowieckiego), musi pisać w konwencji socrealistycznej. Konformistyczne działanie bohatera nie wynika jednak z podporządkowania się systemowi, bynajmniej, ale z „robienia wszystkich w balona”. Dzięki przedstawieniu świta w „krzywym zwierciadle”, posłużeniu się chwytami komicznego wyolbrzymienia, Witkowski może pozwolić sobie na krytykę środowiska, instytucji (państwo totalitarne lub liberalne), sposobu zachowania się i mówienia, nie będąc przy tym suchym moralistą.

Bohater-artysta ma świadomość formy, przez to nie tkwi bezmyślnie w roli, jaka została mu narzucona, ale może kreować wydarzenia według własnych wyobrażeń. Jest artystą-demiurgiem rzeczywistości (niczym Henryk ze „Ślubu”). Próba wyjścia poza światoobraz nie służy mu tylko jako prześmiewcza zabawa, ale ma również ma na celu uświadomienie innym, że pod kolorową atrapą rzeczywistości znajduje się zgnilizna: „Pisanki… pod kunsztowną powłoką kryją rozkład i zgniliznę” (s. 144). W tym momencie można się zastanowić, dlaczego Witkowski podzielił swoją książkę na dwie części – wyznaczane przez dzieciństwo i dorosłość? Aby odpowiedzieć na to pytanie, potrzebny będzie powrót do tytułowego zjawiska – fototapety. Świat dziecka rządzi się swoimi prawami, żyje ono w uprawnionej fikcji, tworząc z najzwyklejszych miejsc mityczne przestrzenie. Dzieci widzą świat takim, jakim chcą go postrzegać, bez ograniczeń ze strony „twardej” rzeczywistości. Problem zaczyna się w momencie, kiedy dorośli pozostają nadal w świecie ułudy, nie chcą się zmierzyć z życiem, ale poddają się, nie zaczynając nawet walki. Jednym ze sposobów ucieczki od codzienności jest fikcja – podczas powrotu bohatera z wycieczki do ZSRR podróżni, aby odciągnąć swoją uwagę od problemów z samolotem i możliwej tragedii, zaczynają śpiewać („Kolaboracja”), z kolei w opowiadaniu „Mosina” natrętne myśli o śmierci bohater odgania ucieczką w świat kolorowych czasopism. Wydawałoby się, że jeszcze innym sposobem ucieczki jest pisanie, kreowanie wyimaginowanych światów. Paradoksalnie pisanie jest tu sposobem (a przynajmniej próbą) wykrzyczenia rzeczywistości. Niestety tej krytycznej refleksji dokonują tylko nieliczni, resztą rządzi logika snu. Czemu służy owa logika? Niczemu innemu, jak próbie określenia współczesnej kondycji człowieka, który ma trudności z odróżnieniem rzeczywistości realnej od fikcyjnej. Niczym bohater Cervantesa goni za fantazmatami, uciekając od jednego obrazu w inny.

W takim razie, czy po lekturze „Fototapety” pozostaje tylko smutny wniosek o niemożności dotarcia do rzeczywistości, do sensu, niemożności bycia naturalnym, za to – o konieczności uciekania od jednej formy w inną? Czy można dostrzec w utworze Witkowskiego rozwiązanie tego istotnego problemu, przekroczenie perspektywy Gombrowicza? Moim zdaniem odpowiedź znajdziemy w opowiadaniu „Mosina”. A dokładnie w momencie, gdy bohater z zaparty tchem studiuje encyklopedyczne hasło – homoseksualizm, przenosząc je z wyobraźni na obrazki. Tworzywem, na którym chłopiec rysuje, nie jest „nudny” blok, ale wszystkie inne materiały – podeszwa buta, ciało i (uwaga) tył obrazu (portretu dziadka). Tworzenie jest naturalną konsekwencją potrzeby ekspresji. Chłopiec (w moim mniemaniu) tworzy jak ludzie pierwotni we wnętrzach jaskiń. Nie jest on jeszcze obciążony „bagażem” kultury, więc widzi świat w sposób naturalny, bez dodatkowego znaczenia, które powoduje oddalenie sensu. Malowanie na odwrocie portretu można odczytać jako metaforę zaglądania pod obraz, czyli dotarcia do sensu.

„Fototapeta” pobudza intelektualnie. Jest to książka wynikająca z krytycznej obserwacji rzeczywistości, poruszająca problemy, z którymi zmagamy się na co dzień. Dzięki dobrej językowej realizacji oraz ironicznej perspektywie (pobrzmiewają tu echa „Copyright”) lektura najnowszej książki Witkowskiego sprawia (mimo pesymistycznej wizji społeczeństwa/świata) niemałą przyjemność. Autor zapytany o to, co jest najważniejsze w życiu pisarza, odpowiedział, że najważniejsze jest, aby „mu wychodziło”. Uważam, że wyszło.
Michał Witkowski: „Fototapeta”. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006.