ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (54) / 2006

Michał Olszewski,

UWAŹNOŚĆ CZYLI EWOLUCJA AMSTERDAMU

A A A
Fot. Piotr Kaliński
Iga Noszczyk: Na początku chciałabym porozmawiać o Twoim stosunku do kwestii peryferyjności, marginalności. W „Łąkach” piszesz: „Dotykałem świata, który istniał na peryferiach peryferii”. W jednym z felietonów stwierdzasz, że „przyrodzie bardzo potrzebne są chwasty”. Innym znowu razem mówisz, że „literatura wyrasta jak chwasty, jak chaszcze na strzępach wydarzeń autentycznych”. Jak chciałbyś się lokować – czy również Ty, jako pisarz, chciałbyś, by Twoja literatura była postrzegana jak kolorowy kąkol, wykwitający na obrzeżach kanonu?

Michał Olszewski: Obie książki, i „Do Amsterdamu” i „Chwalcie łąki umajone”, tam się właśnie lokują. Wystarczy spojrzeć na ilość sprzedanych egzemplarzy – pod tym względem błąkają się po marginesach, nie zajmują centrum zainteresowania, jak Grochola czy Sapkowski. To podstawowa odpowiedź. Czy wpisują się w nurt prozy peryferyjnej? I tak, i nie. Chciałem, szczególnie w drugiej książce, opisać ten dziwny rozwój, z jakim mamy do czynienia na polskich peryferiach. Bo nie można wciąż powielać kliszy i o obrzeżach nieustannie mówić jako o miejscach, w których nic się nie zmienia, nic się nie dzieje, gdzie ludzie zajmują się jedynie waleniem bełtów i rozpamiętywaniem lepszej przeszłości. Guzik prawda. Nawet na „peryferiach peryferii” coś wrze, pulsuje, tam również widać jakąś formę budowania. To o wiele ciekawsze niż temat rozpadu peryferii, już za mocno spenetrowany przez literaturę i media.

I.N.: W jaki sposób przekłada się to na Twoją „ideologię” literacką, jeżeli taką posiadasz? Generalnie, ostatnimi czasy – bycie na peryferiach jest „fajne”. Nikt nie przyzna się do tego, że chce być w centrum, teraz wszyscy chcą być na peryferiach, w związku z czym te kategorie się odwracają. Oczywiście, rynek literacki też wyznacza centrum i marginalia, ale mi chodzi o tę ideologię pisania: czy to nie zadziała w drugą stronę?

M.O.: To jest, oczywiście, bardzo ciekawy paradoks, że twórcy literatury peryferyjnej chcieliby być w centrum zainteresowania, choć oficjalnie deklarują, że nie chcieliby. Więc ja nie będę obłudny i powiem, że, oczywiście, zależy mi na tym, żeby być w centrum zainteresowań czytelników, bo niby: dlaczego nie? Nie po to piszę książkę, żebym przeczytać ją miał tylko ja sam, moja rodzina i krąg najbliższych przyjaciół. Im będzie szerzej czytana, tym lepiej dla mnie. Staram się tu unikać obłudy, co też nie oznacza, że jestem niewolnikiem sukcesu za wszelką cenę. Jeśli książka się przyjmie, narobi szumu i hałasu – bardzo dobrze; jeśli nie, trudno, cóż, przecież nie będę się spinał ani uprawiał woltyżerki medialnej, by zaistnieć i w jakiś sposób książkę wypromować – nic na siłę. To pierwsza część tej strategii. Druga część, już bardziej związana z samą literaturą: moją dewizą, nie tylko literacką, ale też życiową, jest „uważność” – przemieszczanie się przez świat z szeroko otwartymi oczami, patrzenie na wszelkie rzeczy szeroko otwartymi oczami, a co za tym idzie, znajdowanie w nich ciągle czegoś nowego i poruszającego. To jest, oczywiście, męczące, ale z drugiej strony – pozwala się nie nudzić. Ja tak żyję i pewnie tak piszę, by z codziennych, pozornie nudnych rzeczy, wyłowić coś niezwykłego. Dla mnie pojęcie nudy czy zwykłości nie istnieje. Wyrobiłem w sobie taki sposób patrzenia na świat, że wszędzie znajduję coś godnego uwagi.

I.N.: Tutaj pojawia się kwestia, jako pierwsza podnoszona w wielu rozmowach na temat Twojej ostatniej książki. Z jednej strony mówisz o „ważności” i szeroko otwartych oczach, jednak z drugiej strony: być może najczęściej pojawiającym się słowem w „Łąkach umajonych” jest „pamięć”. Są „magdalenki, od których chce się rzygać”, jest – bardzo ładna – „kula czasu przeszłego, wisząca u każdego zdania”, jest kompozycyjna wolta otwarcia i zamknięcia książki pamięcią właśnie. W jaki sposób pogodzić jedno z drugim – szeroko otwarte oczy z tym, że teraźniejszość często bywa tu tylko pretekstem do przywołania czegoś z pamięci?

M.O.: Ta książka jest przede wszystkim sprawozdaniem z, jeśli można tak górnolotnie powiedzieć, pewnej klęski. Klęska ta polega na nieumiejętności znalezienia równowagi między czasem przeszłym a teraźniejszością. Oczywiście, nie ma nic złego w przeszłości, nic złego w babraniu się w wspomnieniach, pytanie tylko: co się dzieje w momencie, gdy one zaczynają nas przytłaczać? Kiedy zaczynają w pewien sposób naciskać na czas teraźniejszy, kiedy zaczynają zajmować zbyt dużo przestrzeni w głowie. Taka sytuacja jest bardzo niedobra. Żyjemy w czasie, który nie bardzo skłania do tego, by rozpamiętywać „niegdysiejsze śniegi”, żeby grzebać w przeszłości. Żyjemy w czasie, który nakłania, by skoncentrować się na teraźniejszości i budowaniu. Z tego rozdarcia wynika cała książka: jest sprawozdaniem z nieumiejętności znalezienia koniecznego kompromisu między czasem przeszłym a teraźniejszym. Zdaję sobie sprawę z własnego przywiązania do mitów rodzinnych, do pamięci, a – z drugiej strony – z groźby, jaka wiąże się ze zbytnim sentymentalizmem, z ciągłym przerzucaniem niegdysiejszych śniegów z jednej pryzmy na drugą. Więc to jest sytuacja bardzo paradoksalna i bardzo trudna do opanowania. To kolejny paradoks widoczny w tej książce, kolejna ślepa uliczka, która nie może zakończyć się postawieniem jasnej, zdecydowanej odpowiedzi.

I.N.: Jednym ze specyficznych leitmotivów, jakie pojawiają się na różnych spotkaniach, w przeróżnych rozmowach z Tobą, jest magiczne słowo sajding. Co autor ma na myśli?

M.O.: Sajding jest symbolem olbrzymiego kawału polskiej rzeczywistości, która wykwitła wokół po roku 89. Czyli rzeczywistości tandetnej, kleconej pospiesznie i byle jak, z pogwałceniem jakichkolwiek zasad estetyki, rzeczywistości kleconej na chwilę, która więdnie tuż po tym, jak została ustanowiona. I taka jest najprostsza odpowiedź. Wydaje mi się, że sajding, ten przeszczep ze Stanów Zjednoczonych, gdzie funkcjonuje jako tani i skuteczny system docieplania, jest bardzo wygodnym i pojemnym symbolem, który zresztą – w książce pojawia się takie stwierdzenie – powoli przestaje być modny. Natomiast jego różnorakie inkarnacje cały czas istnieją i mają się dobrze.

I.N.: A więc: choć sajding ciepły jest, to jednak – przede wszystkim – tandetny. Czyli… estetyka ponad etyką?

M.O.: No właśnie, znowu paradoks. Brzydkie, ale pragmatyczne i wygodne. I pewnie dlatego w nowej książce, w której sajding pełni szczególnie ważną rolę, nie ma łatwego krytycyzmu i łatwego przekreślenia. Owszem, zdaję sobie sprawę i piszę o tym wyraźnie, że jest to rzeczywistość, która często przyprawia o odruchy zwrotne, natomiast – z drugiej strony – nie mam prawa przekreślać sposobu, w jaki chcą żyć inni ludzie. No bo cóż mogę powiedzieć ludziom, którzy klepią biedę i którzy mają tylko jedno marzenie w życiu: żeby było wygodnie i żeby nie kapało na głowę? Cóż ja im mogę powiedzieć? Kupcie sobie droższe materiały izolacyjne? Oczywiście, mówimy tutaj o kwestiach czysto technicznych, ale one są w całkiem ciekawy sposób związane z literaturą, to bardzo metaforyczny temat. Więc: kolejny paradoks i kolejny powód, dla którego jestem tak strasznie ostrożny. Nie ma tutaj przysłowiowego pierdolnięcia pięścią w stół i stwierdzenia: zrównajmy wszystko z ziemią i od dziś zacznijmy budować coś innego. Nie ma tego, bo zdaję sobie sprawę, że ludzie mają zupełnie inne potrzeby prymarne niż potrzeby estetyki, co – oczywiście – jest bardzo bolesne, ale… prymarną potrzebą w Polsce jest potrzeba pragmatyki i tyle. Smutnym efektem jest ów przysłowiowy sajding i to, jak wyglądają wioski, mniejsze miasta, obrzeża większych miast czy nawet ich centra.

I.N.: Chciałabym teraz porozmawiać o najgłębszych źródłach Twojej decyzji, by pisać. Jedna z postaci „Do Amsterdamu”, obserwując bandę łobuzów włóczących się w wigilijną noc po osiedlu, stwierdza: „Normalnie się boję, chociaż dorosły facet jestem. Ciekawe, czy oni też się boją? Chyba muszą, skoro tak głośno krzyczą”. Dwie rzeczy: czy uważasz, że – faktycznie – włóczą się, krzyczą, grzybią dlatego, że się boją? I (mała sugestia) czy nie jest może tak, że Ty piszesz po to by nie: krzyczeć, grzybić, bić i tak dalej.

M.O.: Jedno nie wyklucza drugiego, czego dowodem choćby książka „Osiem cztery” Nahacza i tysiące innych książek, które w różny sposób wyrastają z doświadczeń narkotycznych czy doświadczeń – mówiąc najogólniej – łobuzerskich, te zaś nie wykluczają ciekawej literatury. Nie wiem, nie wiem, trudno jest mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego człowiek pisze. Pewnie z poczucia – nie wiem, czy w moim przypadku uzasadnionego – że ma coś do powiedzenia. I tyle. To jest najprostsze wytłumaczenie. Kiedyś urodziło się we mnie przekonanie, że będę pisał i ten plan realizuję. I mam nadzieję, że na tych dwóch książkach się nie skończy.

Może to jest tak: ja się nie potrafię bić. Może dlatego piszę? Nie potrafię i nigdy nie potrafiłem się bić. Kto wie, czy nie traktuję pisania książek jako pewnej formy pojedynkowania się z rzeczywistością, takiej bardziej lightowej, powiedziałbym, w której krew nie leje się dosłownie. Być może to jest również wytłumaczenie.

I.N.: W „Łąkach” piszesz sporo o tożsamości, o tożsamości rozszczepionej, potrójnej: o „ja” minionym (przeszłym i niemożliwym do odzyskania), teraźniejszym i fikcyjnym – czysto potencjalnym. Od czasów – tak czy inaczej rozumianego – postmodernizmu (obojętne, czy on już w Polsce był, czy będzie za sto lat) wszelkie kwestie tożsamości rozszczepionej, niestałej, płynnej, czy jakkolwiek inaczej by ją nazwać – są kwestiami niemalże oczywistymi. W jaki sposób Ty to widzisz? Jak to Twoje – potrójne – rozszczepienie wpisuje się w tę dużą dyskusję na temat ustanawiania podmiotowości?

M.O.: Ustalmy jedną rzecz: nie jest konieczne, czy nawet szkodliwe jest, czytanie tej książki przez pryzmat wiedzy o jej autorze. Może mieć ona znaczenie dla osób, które mnie znają czy kojarzą. Ale mam nadzieję, że większości czytelników nie obchodzi, kim jest autor tej książki. Że obchodzi ich narrator. Więc, jakkolwiek to jest trudne, nie chcę stawiać znaku równości pomiędzy narratorem a autorem. Oczywiście, te doświadczenia pokrywają się w dużej mierze, natomiast świadomość znaku równości nie jest konieczna do tego, by zrozumieć książkę. Oczywistość rozszczepienia, niespójność, pokawałkowanie człowieka – tak, jest to oczywistość, ale to nie znaczy, że już nie warta rozdłubywania. Można pewnie w ogóle postawić zarzut tej książce: po co ona, skoro były już takie pytania? Ja powiem: zgoda, były już takie pytania, ale odpowiedzi każdy szuka na własne konto. Odpowiedzi wciąż są inne – inne dla autora, inne dla każdego czytelnika. Więc stąd jest po raz kolejny pytanie o sens poszukiwania tożsamości, zlepiania osobowości w jakąś spójną całość. Choć, jest to sens, który – przynajmniej w tej książce – kończy się katastrofą i jest kolejnym nieudanym przedsięwzięciem.

I.N.: Oczywiście, oczywiście masz rację. I nie chodzi mi o to, by wciągać Cię w jakieś głębokie zwierzenia autobiograficzne. Chodzi mi jedynie o to, że otwarcie postawione zagadnienie rozszczepienia prowokuje pytanie o to, jak pisarz c h c i a ł b y widzieć tę kwestię. Wielu autorów twierdzi, że pisarz tylko w momencie pisania, tylko będąc wypowiedzianym, otrzymuje chwilową spójność. Czy i Twoje doświadczenie jest takie? Czy piszesz po to, by na chwilę się zespolić?

M.O.: Nie, nie, nie, na pewno nie. I na pewno nie jest tak, że w trakcie pisania powstaje jakieś poczucie całości, że w końcu wszystko zaczyna się zazębiać i tworzyć jakąś spójną całość, czy to mówimy o świecie zewnętrznym, czy o „ja” piszącego. Przynajmniej w moim przypadku nic takiego nie miało miejsca.

I.N.: Jakiś czas temu, po pierwszej książce, Janusz Paliwoda pytał Cię, czy znalazłeś swój mityczny Amsterdam w Krakowie. Wtedy powiedziałeś, że nie. Czy tak jest nadal? Będziesz jeszcze szukał, być może gdzieś indziej? Oczywiście, jasne jest, że z mitologii się wyrasta, ale – na szczęście – nie ze wszystkich. Z tej wyrosłeś, nie szukasz dalej?

M.O.: Nie, zawsze się szuka. To chyba nie jest tak, że człowiek wyrasta i przestaje szukać, wykorzenia z siebie tęsknoty i marzenia. One ewoluują i dorastają wraz z nami, ale cały czas są. I może ten Amsterdam wygląda nieco inaczej teraz niż piętnaście lat temu, ale na pewno jest.

I.N.: Paliwodzie odgrażałeś się też, że być może za kilka miesięcy nie będzie się o Tobie pamiętać, że może już nic więcej nie napiszesz. Okazało się, że napisałeś drugą książkę. I co teraz?

M.O.: Powiem tak: ja się nie kryguję i nie robię min. Rzecz w tym, że jakiś czas pracy w zawodzie dziennikarza pozwala spojrzeć na tzw. scenę artystyczną czy literacką z boku i zobaczyć, ile przemyka przez nią komet, meteorów, które błyszczą przez chwilę, a potem spadają w niebyt i już się nie wynurzają. Więc, rozmawiając z nim, nie wiedziałem, czy ze mną nie będzie tak samo. I stąd padło takie a nie inne sformułowanie.

I.N.: Czy po wydaniu drugiej książki nadal podtrzymujesz tę samą wersję, w tym samym brzmieniu? Nadal jeszcze nic nie wiesz i być może…

M.O.: Tak, jasne, że podtrzymuję, ponieważ mam poczucie, że każda kolejna książka jest egzaminem. To jest trochę tak, jakbyśmy po raz kolejny podchodzili do matury albo egzaminu na prawo jazdy. Piszemy jakąś książkę, ona zostawia jakąś bliznę na mózgach czy wrażliwości czytelników (albo i nie zostawia), a potem trzeba książkę zamknąć i zastanowić się, co dalej, podjąć ryzyko napisania kolejnej i stanąć znowu twarzą w twarz z czytelnikami, z krytykami, z tą niepewnością: co stanie się dalej, jak ona zostanie przyjęta? Ta druga książka jest dla mnie gorzką lekcją pokory, ponieważ – jakkolwiek sygnały od czytelników są fantastyczne, a ja mam pewność, że to jest książka znacznie lepsza niż pierwsza, to z drugiej strony część krytyków skreśliła „Łąki” jednym grubym pociągnięciem flamastra, oceniając je na jedno wielkie „nie”. No i cóż – trzeba się z tym liczyć. Dlatego mówię o egzaminach i dlatego mówiłem, że być może Janusz Paliwoda za kilka miesięcy nie będzie o mnie pamiętał. Książki pojawiają się i znikają, gwiazdy medialne pojawiają się i znikają, rynek medialny jest nasycony, ludzie są wystrzeliwani na piedestał, a potem szybko z niego spadają... Taka kolej rzeczy.

I.N.: Mam nadzieję, że jednak zafundujesz nam jeszcze kilka blizn na umysłach i wrażliwości. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.
Tekst jest zapisem fragmentów rozmowy przeprowadzonej z Michałem Olszewskim 10 stycznia 2006 na spotkaniu autorskim w krakowskim klubie Lokator