Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Magdalena Kempna-Pieniążek,

(ANTY)SUPERBOHATER HANCOCK

A A A
Nowości DVD
Superbohaterowie kochają Amerykę, a ona kocha ich – nawet wtedy, kiedy nie są jej rodzonymi dziećmi, lecz emigrantami z innych planet (Superman), przybyszami z przedsionków piekła (Hellboy) czy przedwiecznymi istotami podobnymi (upadłym?) aniołom (Hancock). Tytułowy bohater filmu Petera Berga, jak się okazuje, ma proweniencję antyczną – zanim los rzucił go do Stanów Zjednoczonych, działał między innymi w starożytnej Grecji i Persji. Bzdura? Oczywiście. Ale jednym z niepisanych przywilejów superbohatera jest przecież prawo do posiadania dziwacznego rodowodu. Wszak jest postacią w pewien sposób naznaczoną, której biografia – niczym średniowieczne żywoty świętych – musi zostać wzbogacona o elementy niezwykłe i nadnaturalne. O wartości opowieści o superbohaterze świadczy zatem nie tylko to, co, ale jak zostało przedstawione. I prawdziwe problemy zaczynają się wtedy, gdy całkiem interesujące „co” zatraca się w mało atrakcyjnym „jak”.

Wkraczający właśnie na rynek DVD „Hancock” (w dwóch wersjach – „kinowej” i „nieocenzurowanej”) to konglomerat komiksowych stereotypów i hollywoodzkiego efekciarstwa, odświeżonego poniekąd przez pozornie ironiczne spojrzenie na amerykański (jak najbardziej popkulturowy) mit herosa. Tytułowy bohater filmu miał być bowiem w zamierzeniu nie tyle superbohaterem, co – proszę wybaczyć ten językowy zlepek – antysuperbohaterem. Pijak i flejtuch cierpiący na zanik pamięci, nieuprzejmy, grubiański, wręcz chamski, najwyraźniej nie do końca świadomy swojej olbrzymiej siły fizycznej, ściga zbirów różnego autoramentu (taki „zawód” najczęściej staje się udziałem herosów), demolując przy okazji (zupełnie przypadkowo) miasto, wykolejając pociągi i zrzucając z wielkiej wysokości samochody. Will Smith kreuje w filmie Petera Berga obraz bohatera, którego niemal wszyscy mają serdecznie dość, kogoś odpychającego, ale i na swój sposób potrzebnego, bo skutecznego w wypełnianiu narzuconej przez los misji. Hancock jest tym dla wizerunku superbohatera, czym dr House dla obrazu świetnego lekarza z serialu medycznego – doskonałym powtórzeniem, a zarazem zaprzeczeniem konstytuujących go cech. Pomysł to zaiste oryginalny i dający możliwość zreinterpretowania mitu superbohatera. Cóż z tego, skoro twórcy filmu sprowadzają tak zgrabnie rozpoczętą grę z konwencją do poziomu dostarczyciela mniej lub bardziej zabawnych gagów.

Materiału w scenariuszu Vince’a Gilligana i Vincenta Ngo było wystarczająco wiele, by obdzielić nim co najmniej dwa pełnometrażowe filmy fabularne. Obserwujemy zatem początkową wegetację (bo życiem nazwać tego nie sposób) Hancocka, jego spotkanie z Rayem Embrayem (Jason Bateman) – niefortunnym nieco PR-owcem, wraz z którym bohater podejmie walkę o poprawę własnego wizerunku, bolesny (momentami zabawny) proces resocjalizacji, ukonstytuowanie się nowego „ja” superbohatera (tym razem bynajmniej nie „anty”), odzyskiwanie poczucia zagubionej tożsamości, wreszcie ostateczne zintegrowanie własnej osobowości w sytuacji zagrożenia. I znów trzeba zaznaczyć: w ogólnej perspektywie dzieło Berga mogłoby się przedstawiać jako swego typu metaopowieść o (ponownych) narodzinach superbohatera – wszak „nowy” Hancock jest produktem, w kreowanie którego Embray angażuje nie tylko najnowsze socjotechniki, ale i opiniotwórcze media. Ta potencjalność nie została jednak przez twórców filmu wyzyskana.

„Hancock” jest jednym z tych przypadków, kiedy dobrze dobrana grupa aktorów i specjalistów, kolosalny budżet oraz świetny pomysł nie były w stanie uratować przedsięwzięcia naznaczonego piętnem miałkości. Paradoksalnie, twórcom filmu zabrakło autentycznej i pogłębionej ironii. Zabawne sceny, w których Hancock zapoznaje się z wizerunkami komiksowych superbohaterów, uczy się współdziałania ze społeczeństwem albo lekko skacowany przygląda się katastrofalnym skutkom swojej kolejnej „akcji ratunkowej”, to zaledwie przebłyski inteligentnego podejścia do tematu. Cała reszta rozpływa się w trącącym tanią emocjonalnością budowaniu wizerunku głównego bohatera naznaczonego wewnętrznymi ranami, poszukującego miłości i akceptacji (i nieustannie je tracącego), wyalienowanego i zagubionego. Wątek romansowy wydaje się dopisany na siłę i pozbawiony głębszych treści, a nieustanne problemy Hancocka z własną tożsamością zmieniają się w ckliwą pogadankę, której finałem jest aż ociekający banalnością (na szczęście niewyrażony werbalnie) frazes, że prawdziwym człowiekiem superbohater staje się dopiero wtedy, kiedy dla dobra ukochanej osoby potrafi poświęcić własne szczęście.

Z obiecującego pomysłu zostaje zatem niewiele. „Hancock” okazuje się filmem przeciętnym, któremu nijak jest mierzyć się z fenomenalnym „Mrocznym rycerzem” Christophera Nolana czy z niemal autorskim odczytaniem „Hellboya” przez Guillermo del Toro. Pod względem realizacyjnym jednakże trudno jest dziełu Berga wiele zarzucić. Efekty specjalne, choć z pewnością nie porażają wrażeniem realności, stoją na wysokim poziomie, akcja toczy się wartko (co z tego, że sensu w niej niewiele), Will Smith, wspierany przez nieco wyblakłą Charlize Theron, po raz kolejny nie zawodzi. Jednym słowem: pusta, aczkolwiek na swój sposób sympatyczna rozrywka, która fanów i znawców komiksów raczej rozdrażni, a wielbicieli twórczości Nolana, Tima Burtona czy del Toro skłoni do protekcjonalnego uśmiechu. Szkoda. Wierzę bowiem, że Hancock mógłby się stać prawdziwym antysuperbohaterem, niezwykle interesującym produktem zakochanej w komiksach popkultury. I chociaż dla hollywoodzkiej superprodukcji byłoby to z pewnością katastrofalnym posunięciem – najlepiej byłoby, gdyby zdjął swój gustowny czarny uniform, wyrzucił wszystkie gadżety i wrócił do pełnej pogardy dla amerykańskości egzystencji. Może wtedy zachowałby dystans do samego siebie i świata wokoło.
„Hancock”. Reż.: Peter Berg. Scen.: Vince Gilligan, Vincent Ngo. Obsada: Will Smith, Charlize Theron, Jason Bateman. Gatunek: komedia / film akcji. USA 2008, 102 min.