Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Przemysław Pieniążek,

„WYŚCIG ŚMIERCI” – SPORT PRZYSZŁOŚCI

A A A
W 2012 roku gospodarka Stanów Zjednoczonych definitywnie upada. Bezrobocie osiąga rekordowy pułap. Współczynnik przestępczości wymyka się spod kontroli. Poziom sytemu więziennictwa przekracza punkt krytyczny. Wszystkie zakłady karne prowadzone są jedynie dla zysku. Jeden z nich, ulokowany na terenie Terminal Island, organizuje serię zawodów odbywających się w zamkniętych klatkach, podczas których więźniowie walczą na śmierć i życie, podbijając tym samym oglądalność telewizyjnych transmisji. Terminal Island to futurystyczne Koloseum, w którym więzienni gladiatorzy zabijają swych przeciwników ku uciesze wielomilionowej gawiedzi. Jednak widzowie, podobnie jak ich protoplaści ze starożytnego Rzymu, szybko się nudzą. Chcą czegoś więcej. Wraz tym pragnieniem rodzi się idea Wyścigu Śmierci – bezkompromisowego derby, w którym startują opancerzone wehikuły wyposażone w zabójczą broń, aktywowaną w odpowiednim momencie przez czuwających nad wszystkim organizatorów.

Niekwestionowanym mistrzem turnieju jest Frankenstein – charyzmatyczny więzień, który pod swoją maską ukrywa pokiereszowane w wyniku wypadku samochodowego oblicze. Jednak ostatnie drogowe starcie z Karabinem Maszynowym Joe (Tyrese Gibson) kończy się dla Franka tragicznie. Śmierć czempiona może pokrzyżować szyki Hennessey (Joan Allen) – naczelnik więzienia oraz pomysłodawczyni samochodowej masakry, której olbrzymia popularność przyniosła jej niemałą fortunę. Jedynym wyjściem wydaje się znalezienie śmiałka, który odegra rolę sobowtóra zamaskowanego kierowcy. Wybór pani naczelnik pada na Jensena „Interceptora” Aimesa (Jason Statham), trzykrotnego mistrza lokalnych wyścigów na żużlu, który odbywa wyrok za okrutny mord na małżonce. Hennessey proponuje bohaterowi układ: jeśli przetrwa trzydniowy maraton, odejdzie wolny. Wszak pięciokrotne zwycięstwo w kolejnych edycjach Wyścigu Śmierci równoznaczne jest z pełną amnestią. A Frankenstein ma na swoim koncie cztery wygrane wyścigi. Początkowy opór Aimesa zostaje przezwyciężony przez fakt, że za murami czeka na niego córeczka, która lada chwila zostanie oddana do adopcji. Funkcję dodatkowego stymulatora podczas turnieju z pewnością będzie pełnić obecność Pachenki (Max Ryan), ponurego zbira, mającego na rękach niejedną przelaną krew. Także żony Aimesa. Zaczyna się szaleńczy wyścig, w którym zwycięzca może być tylko jeden. Ale czy na pewno?

Najnowsza propozycja Paula Williama Scotta Andersona to luźny remake „Wyścigu Śmierci 2000” Paula Bartela (1975), przynoszącego pesymistyczną wizję przyszłości, w której jedną z rozrywek stają się transmitowane na żywo krwawe wyścigi samochodowe, polegające na tym, że kierowcy zdobywają punkty rozjeżdżając ludzi. Główną rolę w filmie (wyprodukowanym przez nestora kina klasy B, Rogera Cormana) grał David Carradine, natomiast w postać jego zagorzałego antagonisty wcielił się mało wtedy znany Sylvester Stallone. W ramach ciekawostki nadmienię, że rok później Bartel nakręcił głośny „Cannonball” – dynamiczną komedię sensacyjną o nielegalnym wyścigu samochodowym, w której również wystąpił duet Carradine / Stallone.

Produkcja Andersona to destylat kina akcji: efektowne pościgi, eksplozje, utrzymujący się przez większą cześć filmu wysoki poziom adrenaliny, atrakcyjna oprawa wizualna oraz dynamiczny montaż. Na darmo szukać tu głębokich rozważań na temat nadciągającej nieubłaganie recesji oraz społecznej degrengolady, za którą kroczy hegemonia tabloidowych mediów i rozrywka bazująca na najniższych instynktach. Ale przecież nie tego spodziewamy się po twórcy „Ukrytego wymiaru” (1997) czy „Resident Evil” (2002).

Futurystyczne wizje Bartela oraz Andersona z całą pewnością jednak wpisują się w pewien szerszy filmowy dyskurs. Ponury obraz rozrywki w nowym stuleciu przyniósł przecież już „Uciekinier” Paula Michaela Glasera (1987), będący luźną adaptacją wczesnej powieści Stephena Kinga, w której oskarżony o dokonanie masakry Ben Richards (Arnold Schwarzenegger) bierze udział w tytułowym show, którego uczestnicy zostają zredukowani do roli uciekającej zwierzyny, ściganej przez oddziały ekscentrycznych łowców. Za uciekinierami ruszają także telewizyjne kamery, dostarczające widzom „co smakowitsze” ujęcia z plenerowych egzekucji. Podobny motyw King wykorzystał w powieści „Wielki Marsz”, w której grupa wybrańców wędruje niestrudzenie dzień i noc (pod czujnym okiem uzbrojonych wojskowych, monitorujących odpowiednie tempo marszu) w ramach medialnego widowiska, w którym nagroda przypadnie temu, kto jako pierwszy – i jedyny – dotrze do linii mety, zaczynającej się tam, gdzie padnie z wycieńczenia ostatni rywal.

Z kolei w „Rollerball” (1975) Norman Jewison przedstawia nowy rodzaj sportu, stanowiący połączenie futbolu amerykańskiego, jazdy na wrotkach, wyścigów motocyklowych oraz walk gladiatorów, przynoszący niebotyczne zyski zdehumanizowanym konsorcjom oraz spotykający się z ekstatycznym uwielbieniem ze strony publiczności. Wizji tej pozostaje wierny John McTiernan – twórca remake’u, który mieliśmy okazję oglądać w 2002 roku. Swoistą wariacją na ten temat jest również telewizyjna produkcja „Sport przyszłości” Ernesta Dickersona (1998), gdzie zdigitalizowana oraz zbrutalizowana odmiana koszykówki staje się substytutem walki gangów, których członkowie na arenie rywalizują o terytorialne wpływy.

Ale turnieje przyszłości wcale nie muszą rozgrywać się na olbrzymich hipodromach oświetlonych neonami, w blasku bijącym od ciekłokrystalicznych telebimów. W trzeciej odsłonie przygód Szalonego Maxa zatytułowanej „Pod Kopułą Gromu” (1985) wielką estymą cieszą się okrutne walki rozgrywane wewnątrz tytułowej areny, będącej w zasadzie gigantyczną klatką, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Z kolei „Krew bohaterów” Davida Webba Peoplesa (1989) to postapokaliptyczna opowieść o drużynie Juggerów, podróżujących od miasta do miasta sportowców-gladiatorów, którzy rozgrywają mecze przypominające futbol amerykański (w którym piłka została zastąpiona psią czaszką) połączony ze standardową akcją policyjnej prewencji.

Tematyka sportowej rywalizacji (oczywiście, bardzo szeroko rozumianej) nie jest zresztą obca samemu Andersonowi. W adaptacji – dla wielu kultowej – gry „Mortal Kombat” (1995) imponujące choreograficznymi układami sceny walki, rozgrywane na pograniczu dwóch światów, decydowały o wybawieniu lub anihilacji rodzaju ludzkiego. Z kolei w „Żołnierzu przyszłości” (1998), którego scenariusz napisał notabene David Webb Peoples, pojawił się wątek pokazowej walki, jaką weteran wojen międzygwiezdnych (Kurt Russell) musi stoczyć z żołnierzem młodego pokolenia (Jason Scott Lee), będącym produktem metod szkoleniowych najnowszej generacji. Wspominany już „Resident Evil” oraz jego nakręcona dwa lata później kontynuacja przynoszą obraz bezkompromisowego zmagania przedstawicieli homo sapiens z hordami żywych trupów. Natomiast w „Alien vs Predator” (2004), będącym kolejną adaptacją gry komputerowej, bazującej tym razem na popularnym komiksie, Anderson przedstawia wizję odwiecznego polowania-inicjacji, przeniesionego z otchłani kosmosu na naszą rodzimą planetę.

„Wyścig Śmierci” to przykład rzetelnie zrealizowanego filmu akcji, utrzymanego w konwencji niezbyt odległej SF. Znajdziemy w nim bardzo wiele zapożyczeń z estetyki gry komputerowej. Na trasie wyścigu na gracza / kierowcę czekają pułapki, ale także bonusy – wystarczy bowiem w odpowiednim momencie wjechać na podświetlony symbol umieszczony na torze, by aktywować zainstalowany w samochodzie arsenał lub pozostałe gadżety, utrudniające życie konkurentom. Także sposób przedstawiania zawodników oraz tabeli wyników to reminiscencja wizualnych rozwiązań znanych z wielu „turniejowych” gier.

W filmie nie brakuje elementów humorystycznych. Obok komizmu sytuacyjnego i słownego mimowolny uśmiech (choć może to zamierzony efekt?) wywołuje medialny anturaż zabójczego wyścigu. Charakterystyczny głos prezentera z powagą przybliża tabele wyników oraz sylwetki uczestników, zachęcając równocześnie widzów (przy użyciu słownych klisz pokroju „Zamów już teraz!”) do wykupywania subskrypcji dającej prawo dostępu do najbardziej ciekawych oraz efektownych ujęć śmierci, które w czasach neotelewizji oraz niesłabnącej popularności reality shows stają się towarem pierwszej kategorii.

Zupełnie przyzwoicie prezentują się w filmie aktorzy („prezentują” to dobre słowo, bo o wiekopomnych kreacjach możemy zapomnieć). Wylansowany przez Guya Ritchiego Jason Statham przekonuje jako twardziel o czułym sercu. Dobrze ze swojego zadania wywiązał się Ian McShane występujący w roli Trenera – szefa mechaników, a prywatnie człowieka o pogmatwanym życiorysie. Natomiast męskie oko z pewnością ucieszy Natalie Martinez, wcielająca się w postać Elizabeth Case, ponętnej nawigatorki głównego bohatera. Na dłużej w pamięci pozostaje z pewnością kreacja Joan Allen („Miasteczko Pleasantville”). Hennessey w jej wydaniu to lodowata niczym hartowana w ciekłym azocie stal kobieta fatalna. Producentem wykonawczym obrazu został ponownie Roger Corman, którego niezapomniane adaptacje utworów Edgara Allana Poe na trwałe weszły do historii światowej kinematografii. Reasumując, „Wyścig śmierci” to lektura obowiązkowa dla miłośników programów typu „Top Gear” oraz realizacyjnej widowiskowości spod znaku „Szybcy i wściekli”. Ale i pozostali widzowie mogą mieć z oglądania najnowszej propozycji Paula W.S. Andersona sporo uciechy – ja z pewnością miałem.
„Wyścig Śmierci” („Death Race”). Reż.: Paul W.S. Anderson. Scen.: Paul W.S. Anderson, J.F. Lawton. Obsada: Jason Statham, Tyrese Gibson, Ian McShane, Joan Allen, Natalie Martinez. Gatunek: akcja / SF. USA 2008, 89 min.