Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Sławomir Iwasiów,

AUTOBUS ZWANY RZECZYWISTOŚCIĄ

A A A
Opowieść z niezbyt odległej przeszłości – pisarz wspomina pobyt w jednym ze słynnych domów twórczych, gdzie przez lata powstawały arcydzieła literackiego kanonu. Jego opowiadanie wyłania się nagle, niczym fragment nieco już zatartej pamięci, kiedy zaczyna opisywać niepokojącą atmosferę oficyny dużego pałacu. Panuje tu skondensowane i trudne do wytrzymania napięcie artystycznego przymusu. Bohater czuje się nieswojo, ponieważ musi zawiesić egocentryczne mniemanie o niezwykłości pisarskiego fachu: w pałacu tylko ludzie pióra, a na korytarzu słychać kakofonię stukotu maszyn do pisania. Poza tym onieśmiela go legenda miejsca – jest zbyt mało znany jak na miarę zamku, w którym mieszkają duchy wielu pokoleń wybitnych autorów. Prawdopodobnie zadaje sobie pytanie: jak tu pisać? Pewnego wieczoru, zupełnie przypadkowo, podsłuchuje parę kochanków w pokoju obok. Początkowo nie wie, kim są jego sąsiedzi: dowiaduje się już następnego dnia rano i zaczyna, jakby od niechcenia, podglądać. Krąży wokół nich; zbliża się, to znowu oddala. Osacza ich samą konstrukcją tekstu, zachowując bezpieczny dystans przygodnego obserwatora. Mamy wrażenie, że im towarzyszy, chociaż oni nie zauważają jego obecności. I tak przez kilka dni, aż w końcu mężczyzna wyjeżdża, kobieta zostaje, a on przez całe lato nie może dokończyć choćby jednego opowiadania. Autorem bez reszty pochłoniętym fenomenami rzeczywistości jest Artur Daniel Liskowacki. Szczeciński pisarz, po wydanej w zeszłym roku powieści „Mariasz”, wraca do krótkich form narracyjnych w zbiorze opowiadań „Capcarap”.

W najnowszym tomie znalazły się utwory powstałe na przestrzeni kilku lat. Liskowacki mówił podczas spotkania promocyjnego w Szczecinie, że przeważnie były pisane w chwilach wytchnienia od pracy nad prozą powieściową. Nie znaczy to jednak, że są słabsze literacko – wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Opowiadanie, które streściłem powyżej, nosi ironiczny tytuł „Motyw miłości w literaturze współczesnej” i jest bardzo dobrym przykładem stylu Liskowackiego, który świetnie potrafi zaplanować przestrzeń mikronarracji. W pełni wykorzystuje ramy krótkiej formy, stroniąc od przesady: nie nadużywa słów, postaci i wątków, ale za to skutecznie operuje humorem, ironią i ostrą pointą. Dużo tutaj podpatrywania ludzi, zasłyszanego przypadkowo języka, sekwencji zwyczajnych wydarzeń. Narrator tych próz to nie tylko naoczny świadek codzienności, ale przede wszystkim jeden z jej bohaterów – chyba nawet ważniejszy i bardziej zajmujący niż opisywane postaci. Inteligentny, zabawny i błyskotliwy, bywa też niezdarny, lekko zagubiony i oszołomiony zwyczajnością świata, który nieco odciąga go od pisania. Niczym Woody Allen – lecz bez Nowego Jorku w tle – próbuje ten świat uchwycić w intelektualnej grze z rzeczywistością.

W pierwszej części, zatytułowanej „Uzdrowisko”, bohater wypoczywa w sanatorium. Jest pobudzony specyficznym klimatem nadmorskiego kurortu: nadmiar jodu, przestrzeń i barwny przekrój sylwetek wczasowiczów niewątpliwie skłaniają do refleksji. W „Suce” narrator obserwuje psy biegające po plaży: zachowaniem przypominają ludzi. W pewnej chwili suka porzuca szczeniaki i ucieka na wydmy. Niby nic nadzwyczajnego; właściciel smażalni ryb podsumowuje tę scenkę sentencją jak z Pasikowskiego: „Suka to nie kurwa. Pies to nie człowiek” (jeżeli poprawnie rozumuję, to wynika z tego mniej więcej tyle, że pies nie może być kurwą, a suka człowiekiem). Dalej mamy historyjkę o harmoniście siedzącym przy promenadzie – staruszek jest głuchy, gra na akordeonie niemożliwe do rozpoznania kawałki, a przy tym mruczy pod nosem jakieś piosenki („Harmonia”). Narrator zazdrości mu braku samokrytycyzmu; być może też chciałby pleść bzdury, ale umiejętność oceny własnej twórczości powstrzymuje go przed grafomańskim rozpasaniem. I jeszcze „Balkon”, reprezentacyjny w tym tomie zapis podsłuchanej przypadkowo rozmowy pomiędzy wczasowiczami. Czytając te fragmenty, miałem wrażenie, że nadmorski kurort jest osobną częścią świata – nie Ustką, Świnoujściem, Międzyzdrojami albo Niechorzem, lecz małym państwem obserwowanym przez bohatera-narratora.

Druga część nosi tytuł „Epitalamium”, więc spodziewamy się tematyki miłosnej. Dziwna to miłość, powiedziałbym, że dziwaczna nawet – tutaj Liskowacki umieścił między innymi wspomnienie z domu pisarzy. Ponadto znalazły się tu „Torcik węgierski” oraz „Spacer poweselny”. W tym pierwszym opowiadaniu rozmawia dwoje młodych ludzi; czy zakochanych – tego do końca nie wiadomo. On trzyma rękę na jej dłoni, więc może jednak. Kawiarnia, pamiętająca jeszcze stare dobre czasy, została urządzona w kontenerze. W środku bufetowa, galaretki i ciastka. Bohater, schowany za wieszakiem z ubraniami, podsłuchuje. Młodzi mówią rynsztokowym językiem; ona przeklina gorzej od niego. Kiedy wychodzą, wstaje zza wieszaka i znienacka zjada wisienkę, którą zostawili na stoliku – tak jakby chciał na chwilę połączyć się z nimi, pochłaniając pozostawione resztki. Natomiast „Spacer poweselny” to obrazek raczej poważny (bo dotyczący miłości dojrzałej), ale i zabawnie komentujący współczesne obyczaje – starsze małżeństwo znajduje na ławce w parku zużytą prezerwatywę, która jest niczym wprawiający w zakłopotanie zeitgeist. Narrator, podobnie jak w innych opowiadaniach, jest tutaj wycofany, ukrywa się i nie ingeruje w obserwowany świat. Czy coś go powstrzymuje? Po prostu nie chce?

Kolejna część tworzy centralny punkt całego tomu. „Opowiadania autobusowe” są jak parafraza piosenki Iggiego Popa: pasażer jeździ komunikacją miejską w Szczecinie i patrzy na świat przez zaparowane szyby. Co widzi? Raczej nie pełne gwiazd niebo, ale całkiem zwyczajnych ludzi, migające w pędzie wycinki szczecińskiej architektury (jakoś nie chcą przypominać Paryża) oraz dziwne, lekko oniryczne sytuacje. Być może właśnie dlatego Liskowacki wybrał formułę krótkich tekstów – ponieważ jest zbyt wiele do opowiadania i zawsze za mało czasu pomiędzy przystankami. Opisuje postać kieszonkowca, który udaje kaznodzieję („Święty Piotr”), dzieci bawiące się na przystanku („Zagadka”), młodzież rozmawiającą o niczym („Inny wymiar”), autobusowego mędrca wietrzącego wszędzie żydowski spisek („Wypisy z Talmudu”) i kilku innych pasażerów. Tytułowy „Capcarap” (to słowo oznacza „sprytną kradzież”) zostawił autor na koniec. Rzecz dzieje się tuż po wejściu Polski do Unii Europejskiej. W autobusie starszy mężczyzna mówi na głos właśnie „cap-carap”, sugerując w ten sposób bohaterowi, że Unia przyjdzie i nam wszystko zabierze (pobrzmiewają echa historycznego lęku szczecinian przed powrotem Niemców). Gdzieś wśród autobusowego zgiełku znalazło się trochę miejsca na urbanistyczny folklor w postaci drobnych uwag, które zrozumieją tylko szczecinianie (np. „Autobus przemknął obok Domu Marynarza, w którym od dawna już nie ma żadnych marynarzy”).

Czwarty „rozdział” (piszę w cudzysłowie, bo to jednak nie powieść) wypełnia spora dawka czarnego humoru. W „Notatkach do nekrologów” autor konstruuje taką oto paralelę: życie, a właściwie to, co po nim zostaje, ma ulotną wartość wzmianki w gazecie. Czasami dowiadujemy się o kimś dopiero w momencie jego śmierci – na przykład czytając nekrolog. A co, jeżeli redakcja przekręci nasze nazwisko i dowiemy się, że właściwie od jakiegoś czasu powinniśmy już nie żyć („Notatki do nekrologów”)?

Na zakończenie udajemy się z naszym narratorem do szpitala: w opiekuńcze aż do granic groteski objęcia służby zdrowia („Szpitalnicy”). Warto dodać, że Liskowacki to pisarz obdarzony bardzo charakterystycznym poczuciem humoru: cechą wspólną właściwie wszystkich tekstów jest konsekwentny poziom ironii przeplatany dość gorzkimi uwagami natury egzystencjalnej. W szpitalu jeden z pacjentów gryzie pielęgniarkę w obronie przed lewatywą („Józiołek”), inny jest załamany zbyt szybkim wypisem do domu („Romek Piękna Piżama”), a personel zwraca się do wszystkich w trzeciej osobie. Dużo śmiechu w mało zabawnym położeniu.

Kiedy myślę o „Capcarap” w kategoriach pewnej całości, przychodzą mi do głowy klasyczne zbiory – przede wszystkim nieśmiertelne „Opowiadania” Czechowa. Podobnie jak najlepsze realizacje krótkiej formy, „Capcarap” jest książką równą, pomimo że pozornie składa się ulotnych, przypadkowych nawet fragmentów prozy. Nie mam wątpliwości, że głównym bohaterem jest tu narrator: na pewno inteligentny i spostrzegawczy, ale czasami jakby uwięziony za autobusową szybą. Także miasto jest ważnym tłem tych fabuł (także historycznym i społecznym). Szczecin spod pióra Liskowackiego może literacko konkurować z Warszawą albo Krakowem. Zresztą polecam to sprawdzić i skonfrontować z obserwacjami Liskowackiego: choćby na wycieczce autobusem przez centrum miasta, ponieważ szczecińska komunikacja miejska dostarcza niezapomnianych wrażeń.
Artur Daniel Liskowacki: „Capcarap”. Wydawnictwo Forma. Stowarzyszenie Literackie Forma. Szczecin, Bezrzecze 2008.