Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Tadeusz Kosiek,

ROKIA TRAORÉ

A A A
„Tchamantché”. Universal 2008.
Choć przed 2008 rokiem Rokia Traoré wydała ledwie trzy płyty, to premiera jej najnowszego albumu nie przeszła niezauważona, ba, stała się wręcz jednym z najważniejszych wydarzeń w niewielkim światku world music. Traoré to nowa, jasna gwiazda na firmamencie tego nurtu, który wbrew pozorom, m.in.: stałej nieobecności w mediach, wcale nie jest niszowy. Jej poprzedni album „Bowmboï”, nagrodzony prestiżową nagrodą BBC3 World Music Award, w samej tylko Francji sprzedał się w nakładzie ponad stutysięcznym.

I trudno się temu dziwić, bo Rokia Traoré to artystka niezwykła. Piękna, utalentowana i do tego nie bojąca się wyzwań i eksperymentów. Jej muzyka to wielobarwne, multietniczne patchworki powstałe ze śmiałego, a jednocześnie wyważonego, zestawiania różnorodnych elementów, zarówno tych wywodzących się z tradycji jej rodzimego Mali oraz pobliskich krajów, jak i wpływów bluesa, soulu, jazzu, muzyki klasycznej, rocka, folku i Bóg wie czego jeszcze. Owo swobodne żonglowanie elementami różnych, czasem zdawałoby się dość odległych stylistyk, ani przez moment nie chwieje afrykańskimi posadami muzyki Rokii Traoré. Słuchając jej nagrań, nawet tych najnowszych, w których jej głos nie brzmi „etnicznie”, doskonale słyszymy skąd Traoré pochodzi, skąd czerpie swą siłę. Nawet jeśli czuć, że nie brzmi ona afrykańsko (i to w porównaniu nie ze śpiewakami lokalnymi, lecz artystami tak zdawałoby się zeuropeizowanymi, jak Salif Keita, czy Youssou N'Dour), lecz raczej amerykańsko, szczególnie wyraźne jest to w przejmującej interpretacji „The Man I Love” braci Gershwinów ukrytej na końcu najnowszej płyty.

Tę swoistą amerykańskość śpiewu – na „Tchamantché” Traoré w wielu momentach brzmi niczym niedzisiejsza diva soulu czy jazzu w stylu Niny Simone, czy Billie Holiday – wokalistka zawdzięcza zapewne udziałowi w projekcie „Billie and Me”, trasie koncertowej największych gwiazd obu wspomnianych przed momentem nurtów poświęconej właśnie Billie Holiday. Na nowym albumie cechę tę równoważą delikatne harmonie wyraźnie afrykańskich chórków, nadające zawartym na „Tchamantché” piosenkom lekkości. W uzyskaniu tego efektu sekundują aranżacje – instrumentalnie płyta rozpisana jest na kameralny zestaw kilku gitar, n’goni (malijskiej odmiany harfy), harmonijki, instrumentów perkusyjnych, w tym balafonu oraz… human beat box (nic w tym niezwykłego, wszak artystka za młodu występowała w ekipie hiphopowej) – sprawiające, że rozpięta na siateczce ażurowych rytmów delikatna nić melodii łagodnie faluje, targana wiatrami emocji.

Autorką większości kompozycji jest sama Rokia Traoré, ona również napisała, w języku plemienia Bamana, z którego się wywodzi, oraz po francusku, teksty i zaaranżowała wszystkie piosenki. Jak wspomniałem, inspiracje czerpie z różnych tradycji i dlatego, choć jej muzyka ma wyraźnie odczuwalne afrykańskie korzenie, to przekracza wszelkie granice, na „Tchamantché” jej styl stał się uniwersalny i zdecydowanie współczesny. Nowy album nie poddaje się łatwo próbom zaszufladkowania. To muzyka afrykańska o posmaku rocka, to blues o korzeniach w Afryce (to zresztą nic dziwnego, bo według niektórych blues właśnie z Mali się wywodzi), to wreszcie multikulturowa world music o sile jazzu i soulu. Jedno jest pewne to płyta, którą można by było umieścić w szeroko pojętej stylistyce pop, gdyby to ostatnie określenie tak bardzo się nie uległo dewaluacji. I w tym gatunku byłby to niewątpliwie jeden z najlepszych albumów wydanych w bieżącym roku. Gorąco go polecam.

W jednym z wywiadów Rokia Traoré powiedziała o „Tchamantché”, że miało być nowym otwarciem, jakby płyta ta miała być początkiem kariery, a nie kolejnym jej rozdziałem. Sądzę, że udało się to jej, że nie odcinając się od swoich korzeni, stworzyła dzieło nowoczesne, przemawiające do słuchaczy otwartych, do miłośników wielu odmiennych stylistyk, dzieło w swej zwodniczej prostocie niezwykle wyrafinowane i głęboko uduchowione.