Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Anna Katarzyna Dycha,

CIAŁOWIARA

A A A
Maria Peszek: „Maria Awaria”. Kayax 2008.
Pełna erotyki, miłosnych wyznań i hedonistycznej filozofii – taka jest druga płyta Marii Peszek „Maria Awaria”.

Peszek muzycznie debiutowała kilka lat temu. Płyta „Miasto mania” powstała po sukcesie spektaklu pod tym samym tytułem. Artystka wspólnie z Piotrem Lachmannem napisała wtedy pełne ciekawych porównań niebanalne teksty, m.in. o szybkim życiu w wielkomiejskiej Warszawie. Za kompozycje odpowiadał natomiast klan Waglewskich. Teraz zajął się nimi Andrzej Smolik i wyprodukował je, jak zwykle, z wielkim smakiem.

Już po wysłuchaniu pierwszej piosenki z nowego wydawnictwa możemy być pewni, że Peszek nie odeszła od słownych zabaw i przewrotnych skojarzeń. Jednak tym razem na tapetę bierze... swoją intymność i życie erotyczne. Nuci o wzwodach, napletkach, sklejonych ciałach, rozłożonych rękach i rozsuniętych udach. Jednak erotyka w wydaniu artystki nie ma wulgarnego zabarwienia. W „Misiu” śpiewa: „pod lód ciągnie mnie twój arktyczny wzwód”, a w „Kobietach pistoletach”: „A ja dla własnej wygody / zapuszczam swe ogrody / i kolekcjonuję wzwody”. Wyraźnie słychać, że rymuje dla zabawy. Podobnie rzecz się ma z „Hujawiakiem”. „Poliż mnie / I’m Polish / Możesz mnie posolić / albo wy... miętolić”. Bawi się słowami też po angielsku: „Fuck you / How do you do”. Tekst „Ciała”, początkowo pozornie błaha opowiastka o spotkaniu dwóch ciał, którym się „zachciało”, staje się wyznaniem wiary. „Wierzę w ciała zmartwychwstanie / Poprzez miłość, przez kochanie / Ciało z ciałem niech się sklei / Od niedzieli do niedzieli niech trwa / ciała z ciałem modlitwa”. Maria raz krzyczy jak dziki, indiański wojownik z okładki płyty, a raz wyśpiewuje swoje hedonistyczne wersy jak pacierz. „Rosół z siebie robię / i podaję tobie / wprost do ust / swój niedzielny biust” – to powrót do zabawnego rymowania w przebojowym „Rosole”. I nieco ostrzejszy w „Rozpudzie”: „Rozkładam ręce / rozsuwam uda / leżę bezbronna/ jak Rozpuda”. Ten przekąs, pewien humor niesłychanie do Marii Peszek pasuje. Choć na pewno znajdą się tacy, którzy go nie dostrzegą. Będą zarzucać artystce odarcie się z wszelkiej prywatności. Rzeczywiście, otwiera drzwi swojego domu, swojej sypialni, ale mimo to ciągle ma przewagę nad gwiazdami sprzedającymi kolorowej prasie swoje śluby czy narodziny dzieci. Jej ekshibicjonizm ma wielką artystyczną moc i pokazuje, na czym polega sztuka. Peszek potrafi „przemielić” przez siebie codzienne życie i wypluć je jako poezję najwyższej próby.

Byłoby jednak dużym uproszczeniem traktowanie „Marii Awarii” jako zbioru lekko pikantnych utworów. To przede wszystkim płyta o miłości. Delikatna, wyciszona, liryczna. Z mruczanymi pod nosem piosenkami, jak tęskne „Marznę bez ciebie” czy słodkie „Superglue”. W „Miłości w systemie dolby surround” swoje pięć minut dostaje niejaki Edek, konkubent Marii, który deklamuje zwrotkę. Refren Peszek jest niebiańsko melodyjny, bujający, aż chce się zerwać z fotela. Fajnie wychodzi im też wspólne śpiewanie. „Nie umiem żyć w mono / wybieram stereo / a w ogóle lubię love w dolby surround” – deklaruje artystka.

Idąc tropem ekshibicjonistycznym Maria Peszek w kilku utworach ujawnia też swoją życiową filozofię. Odstającą od normy postawę i niewiarę w zmartwychwstanie duszy. „Sama jestem sobie winna / jestem inna niż powinnam / poza normę wystrzelona / i wykolejona” – deklaruje w tytułowej piosence. W „Hedonii” dodaje: „Nie mam najmniejszych złudzeń / co do przyszłych przebudzeń / choć bardzo bym chciała jak inni by chcieli/ po śmierci obudzić się nie na pościeli (...) więc zamiast tu stygnąć/ w strachu przed wiecznością/ ja wolę bezwstydnie namakać czułością”.

Muzycznie ta płyta uwodzicielsko wciąga, choć daleko jej do przebojowości. Wymaga kilkukrotnego przesłuchania. Dużo dzieje się tu nie w pierwszej, ale dalszych warstwach. Zachwyca bogate instrumentarium. Podzwaniają cymbałki, pobrzmiewają tuba, puzon, flet i trąbka, pobrzękują sitar, banjo i kontrabas, kołyszą smyki. Dodatkowo pojawiają się w różnych stylistykach. A to jazzującej („Kobiety pistolety”), a to reaggowej („Hujawiak”), a to countrowej („Ciało”). Spina je elektroniczny rys Smolika, który z pomysłem Peszkowej na ten album doskonale współgra. Świetna płyta na długie, jesienne wieczory.