Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

Katarzyna Rycąbel,

MŁODZIK W SZKOLE STARYCH MISTRZÓW

A A A
„Historia tak naprawdę zaczyna się, jak zwykle, kawałkami, to tu, to tam, w najróżniejszych miejscach i ciałach, które przeważnie od dawna nie istnieją…” – pisze Dehnel w „Lali” (s. 72). W tej pierwszoosobowej narracji na plan pierwszy wysuwał się intymny stosunek narratora do opisywanych zdarzeń i miejsc, debiutancka powieść czytana była jako proza inicjacyjna, saga rodzinna, coś na kształt autobiografii pisarskiej młodziutkiego autora. „Balzakiana” jawią się zgoła inaczej, z jednej strony jako kontynuacja „łańcucha” historii raz po raz rozpoczynanych na nowo, zaczynających się w odmętach ułomnej pamięci, z drugiej jest to cykl powieściowy – mini powieściowy, gdzie narrator obiera pozycję obserwatora, stwarza pozór głębokiej analizy społecznej Polski przełomu wieków. Jednak, jak pokazuje praktyka pisarska, zarówno fabulatorzy, jak i twórcy skłaniający się ku publicystyce popadają w impas w zetknięciu z teraźniejszością; ci pierwsi uciekają się do fantastyki w miejscach, które stawiają opór, do wyimaginowanych baśniowych motywów (np. Karpowicz, Tokarczuk), drugich zaś „posądza się” o zaangażowanie, odbierające samodzielny status literaturze. Doprawdy nie wiem, czy klasycyzm jest rozwiązaniem problemu, zwłaszcza w wydaniu Dehnela, który – owszem – jest udatnym uczniem mistrza Honoriusza B. Podobieństw można wskazać wiele (o czym napomknął Tadeusz Dąbrowski: „Polityka” 2008, nr 41) – poczynając od portretów kobiet w wieku balzakowskim, poprzez krytyczny ogląd religijności i kapitalistycznych praktyk (opowiadanie „Mięso wędliny ubiory tkaniny”), kończąc na życiu wyższych sfer i dworsko-szlacheckich tradycjach (saga rodzina w opowiadaniu „Tońcia Zarębska”, dandysowski savoir vivre opowieści „Miłość korepetytora”), ale też w opisach dzisiejszego show biznesowego światka („Blaski i nędze życia artystki estrady na zasłużonej emeryturze”) oraz bohemy artystycznej („Mięso wędliny ubiory tkaniny”), jednak trudniej już wskazać różnice, ponieważ nawet dyskretny humor, jaki serwuje autor, zdaje się być nieco wtórny i skądś znany.

Wszelako już w poezji Jacka Dehnela na plan pierwszy wysuwa się tendencja podkreślająca samotność i starzenie się, ułomność pamięci – jak w „Pochwale przemijania” (w: „Wiersze”, 2006) i „Żywotach równoległych” (2004), zaś zeszłoroczna „Brzytwa okamgnienia” ukazuje, jak pisze Ryszard Chłopek, że jednym ze sposobów na lęk przemijania jest osadzenie w kulturze. „Bo jeżeli coś trwa (w pamięci, w książkach, na płótnach, na płytach, na kliszach, w nutach, w stiukach czy gzymsach), to jednak unikamy zupełnego rozpadu. Dlatego Jacek Dehnel jest tak klasycyzujący” („artPAPIER” 2007, nr 82) . Owszem, to osadzenie jest aż nadto widoczne, za Dehnelem ciągnie się i fascynacja „rupieciarnią” kultury, i „rupieciarnią” minionych zdarzeń, słów. Czasem jego uwikłanie w tę pamięć jest wręcz odstręczające, jak przekonała mnie lektura młodzieńczych opowiadań autora, jednak czy ten piękny klasycyzujący styl jest odpowiedzią na kryzys reprezentacji?

Zacznę jednak z nieco innej strony: „jego [Dehnela] najlepsza książka, w której dał jeden z najbardziej wiarygodnych portretów obyczajowych Polski w ostatnich latach” – pisze o „Balzakianach” Maciej Robert w „Życiu Warszawy” (08.10.2008), „Na podobieństwo Honoriusza B. gdańsko-warszawski pisarz wziął pod lupę mechanizmy napędowe ludzkich karier w warunkach kapitalistycznej gospodarki” – stwierdza Monika Małkowska („Rzeczpospolita” z dnia 03.10.2008), w „Polityce” zaś możemy dowiedzieć się, iż autor „Balzakian” kreśli: „Obraz na tyle plastyczny i wiarygodny, że z przekonaniem gardzimy łajdakami i całym sercem współczujemy skrzywdzonym. Zachwyca precyzja, z jaką Dehnel odmalowuje charaktery, trudno mu też odmówić fabularnej pomysłowości” (9.10.2008). Proszę wybaczyć ten zlepek cytacji, ale podczytując teksty wspomnianych autorów, a nie są to odosobnione głosy wstępnej recepcji ostatniej pozycji w dorobku pisarza, mam wrażenie, że ktoś robi mnie w bambuko, co więcej, kiedy czytałam zbiorek Jacka Dehnela, także przyświecało mi to przekonanie, bowiem nie dostrzegam nic z przenikliwości autora „Jaszczura”, nic z głębi psychologicznej w portretach współczesnych kobiet w wieku balzakowskim, których winno być bez liku w „Balzakianach”. Bohaterowie zszyci zostają z samych stereotypów. Tońcia Zarębska pomyślana jest od początku do końca jako „bufetowa baba” (owszem, zna trudne i rzadkie słowa, przeto świetnie się przydaje w kryzysowych momentach w rozwiązywaniu krzyżówek), co kiełbaski podaje i nie wiadomo, ile ma ukrytych pęków banknotów. Pani Ściepkowa z opowiadania „Mięso wędliny ubiory tkaniny”, zaledwie naszkicowana, idealnie wpisuje się w krąg wyobrażeń na temat słuchaczek pewnej znanej rozgłośni radiowej z Torunia, zaś jej mąż Włodzimierz Ściepko zostaje niemal żywcem „wycięty” ze „Skąpca” Moliera: tyranizuje rodzinę, aranżuje małżeństwo starszej córki, skąpiec… Wszystkie postaci są co najwyżej papierowe, wyrastają ze zbiorowych abstrakcji na temat młodokapitalistycznego biznesu, światka artystycznego, nawet klerowi – zakonnicom (siostra Kunegunda), i intelektualistkom się dostało. Wszystko zszyte, pozlepiane ze stereotypów, przesądów, szablonów, a czytam o przenikliwości w obrazowaniu, o zmyśle fabulacji. Zgodzę się z tezą, że to najlepsza książka Denhnela, że czyta się ją świetnie (mocno chwalona „Lala” miejscami była „przyciężka”), a jedna z końcowych scen, gdy młody narrator „wywlecze” swoje zniecierpliwienie – „na wierzch” pełnych gracji fraz „wychodzi” ciało – była wprost urzekająca, jednak tak zachwalany realizm czy naturalizm jest po prostu papierowy.

Autor „Rynku w Smyrnie” w różnych formach nawiązuje do tradycji sagi rodzinnej – czasem jest to historia filiżanki przekazywanej z pokolenia na pokolenie (właśnie „Rynek w Smyrnie”), czasem wyimki z kroniki familijnej („Lala”) czy opowieści rodowe Helsztyńskich („Miłość korepetytora”) – reminiscencje wymagające uzupełnień, przechodzą w gawędę, wyłaniają się z ziemiańskich tradycji, gdzie poszczególne wątki, raczej postaci przewijają się w kolejnych epizodach, co jest charakterystyczne dla gatunku wyrosłego gdzieś z ustnych opowieści snutych w gronie zacnych biesiadników. Zgoda, do Ignacego Chodźki czy Henryka Rzewuskiego proza Dehnela nijak podobna, jednak gdyby przyjrzeć się bliżej opowieści o Tońci czy dandysie korepetytorze (który uczy co prawda dobrych manier i dorastania do bycia szczęśliwym), dałoby się wyznaczyć elementy na to wskazujące, takie jak postrzępienie opowieści na kolejne epizody czy zwroty do czytelników: „Zostawmy je tak na razie (widząc doskonale, jak i one, że taka wspaniała zakonna znajomość nie może pozostać bez wpływu na losy całego domu skrytek w Grabowie nad Prosną), bo jest jeszcze brat Kunegundy, Teodor, i jej pozostałe siostry, Honorata, Antonina, Felicyta, wszyscy piękni po obojgu rodzicach” (s. 104), „I tak wraca na scenę matka Marylki, Honorata, szczęśliwa wdowa po hulace Tadku, która po jego śmierci spędzała najlepsze lata swojego życia: najpierw zafundowała sobie melancholijny, jesienny romans ze swoją pierwsza miłością, akowcem Witoldem, emerytowanym nauczycielem historii, dwukrotnym rozwodnikiem, potem oddała się już tylko tradycyjnym przyjemnościom wieku późnego…” (s. 201); dalej – aintelektualny charakter, dużą płynność i swobodę w prowadzeniu wątków, powtórzenia, nadbudowywanie kolejnych epizodów i historii w obrębie większych całości... Jednak to wszystko jest silnie sformalizowane, miast oralności mamy wytwór literackiej konwencji, gawędowość i „zagadanie” są tekstowe – pozwolę sobie na paradoks. Wszystko jest przetworzone przez język – stylizowany na klasyczny, wygładzony, pełen kunsztu i wirtuozerii.

Z drugiej strony także „ziemiańskość” jako idea kształtuje się jako zlepek stereotypowych, nostalgicznych wyobrażeń budowany na bazie literackich mitologii wyjętych z „Nad Niemnem” czy Soplicowa. Tońca Zarębska chciałaby utrzymać dom po rodzicach i wielką w nim rodzinę, Helsztyński – korepetytor, po matce zachowuje szlacheckie (czytaj: szlachetne) nazwisko. Z kolei żywioł mowy, owa „orgia językowa”, jaka winna być zauważalna, jest znowuż pozorny. Chociaż mamy do czynienia z gawędą, przejawia się ona w egzaltowanych, nieco zbyt poetyckich frazach: „Po drugiej stronie otwierała się czarna panorama: najpierw nadbrzeże ze schludnymi alejkami, wytyczonymi i wyłożonymi kostką Bauma, kiedy szumiącą Wisłostradę wpuszczono w ziemię, przywracając kawałek nadwiślańskiej promenady; dalej widać było wybrzeże Pragi, azjatyckiej części Warszawy, dzikie jak tańce Płowców, zarośnięte krzaczorami, splątanymi drzewami, zapuszczone, rezerwat wędkarzy, pijaków, gwałcicieli i miłośników opalania (jedna z łach na Wiśle podobno ponoć porosła w całości wysianymi z piknikowych resztek pomidorami; na letnich zdjęciach z powietrza widać, że jest cała w czerwone kropki); jeszcze dalej była jednak cywilizacja, szczyty i wierze katedry Świętego Floriana, bloki, wieżowce, okna, za którymi toczyło się jakieś życie, czyjeś wieczorne ceremonie kładzenia dzieci spać, drzemania przed telewizorem, seksu, płaczu w poduszkę” (s. 317). Owe „rozbuchane” frazy i zdania, skądinąd obecne we wcześniejszych tekstach autora, są przykładem czystej redundancji, zdanie rozrasta się, wprowadzane zostają kolejne wątki tematyczne w obrębie wypowiedzi. Było nie było, wszystko zostało wyliczone, wystylizowane i utkane z „literackiej rzeczywistości”.

Genetowska transtekstualność mogłaby sugerować mnogość języków – „Balzakiana” to zbiór quasi-realistycznych powiastek z rozbudowanym zapleczem dyskursywnym – tyle że zamiast nastawienia na dialog, mamy do czynienia z powtórzeniem (nawet nie rewritingiem), z rzadka tylko wychodzącym poza myśl i taktykę powierzchniowo balzakowskiego postrzegania świata. Iluzoryczna polifoniczność – nawiązania do popkultury, kultury wysokiej, literatury, na pierwszy rzut oka sugerująca dialogiczność, produktywność tekstu, w przypadku pastiszu byłaby uzasadniona, jednak po pierwsze klasycyzm, jaki proponuje Dehnel, prędzej wiązałby się z imitacją, z „cytowaniem na serio”, z brakiem poczucia falsyfikowania świata. Bynajmniej nie mam na myśli fałszerstwa, bo oczywiście paratekstualny odnośnik wskazujący na inspiracje dziełem autora „Komedii ludzkiej” jest obecny. Raczej chodziłoby o świadomość falsyfikacji tworzywa tekstowego, której brak prowadzi do infantylizowania rzeczywistości. Owa tekturowość podkreśla jednocześnie umowność świata przedstawionego, hasła „wszystko już było” i „wszystko jest tekstem” to slogany, jednakowoż zastanawia naiwne czytanie Dehnela przez krytykę, ponieważ iluzoryczność i nieprawdopodobność wzrastają w miarę rozwijania kolejnych wątków narracyjnych.

Świat przedstawiony w „Balzakianch” jest więc tworem językowym, utkanym ze stereotypów, zamiast psychologii, ciała, materii jest papier. Również ironia, jaka pobrzmiewa w tekście, jawi się, jakby była zaprogramowana, w zasadzie albo jest to mini polemika z Mistrzem, albo poigrywanie z kłopotów gastrycznych bohaterów (co nota bene jest znaczące przy obrazowaniu starszych kobiet, ukazanych jako histeryczki, raz po raz ośmieszanych). Jednocześnie zbiór można by czytać jako pastisz, co pokazywałam wcześniej, na zasadzie odwróconej strategii gombrowiczowskiej – młodzik w szkole starych mistrzów, albo jako naśladowanie i twórcze przekształcanie stylu, tyle że w tym aspekcie byłaby to raczej, wbrew pozorom, wypowiedź monologiczna i zbyt może na serio? Na pewno jednak prędzej „Balzakiana” jawią się jako pastisz niż analiza polskiego społeczeństwa przełomu wieków, prędzej uwierzę w krasnoludki z Sieniewiczowskiej „Rebeli” (patrz. J. Cembrowska, „Opcje” 2007, nr 4), aniżeli w „Dehnelową Prawdę”.

Nie przeczę, Dehnel pisać potrafi, jego wysubtelnione i wypieszczone zdania zwracają uwagę i o języku można by się rozwodzić długo, jak to czyni wspomniana wcześniej Monika Makowska: „Żadnych eksperymentów formalnych, tradycyjna konstrukcja. Za to piękno fraz, erudycja, cienkość aluzji, mistrzowskie operowanie słowem, wyczucie klimatów, balansowanie między groteską a tragedią, wnikliwość obserwacji – chapeau ba”, można by nawet wysnuć przypuszczenie co do domniemanej rewolucji klasycystycznej, jeśli już idziemy w stronę fabulacji. Tyle że o ile rewolta gerontofilsko-językowa Sieniewicza przekonuje, to Dehnel, choć potrafi zauroczyć erudycją, potrafi i odstręczyć; ów język, miejscami imitujący styl klasyków, czasem pióro mistrza Honoriusza, stwarza wrażenie sztuczności, aby nie powiedzieć – archaiczności. Zgoda co do jednego, całość zdoła przejąć, wzruszyć, ponieważ Dehnel i tym razem porusza tematy od zawsze mu bliskie: starość, samotność, przemijanie i permanentnie upomina się o trwanie, o scalenie zachowanych fragmentów.
Jacek Dehnel: „Balzakiana”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008 [seria …archipelagi…].