Wydanie bieżące

15 listopada 22 (118) / 2008

Tadeusz Kosiek,

NOMO

A A A
„Ghost Rock”. Ubiquity 2008.
„Ghost Rock” to najnowsza i podobno najlepsza – czego niestety nie mogę potwierdzić, ponieważ poprzednich nie znam – płyta pochodzącego ze stanu Michigan oktetu, grającego amerykańską wersję afrobeatu. Od razu należy wspomnieć, że członkowie Nomo nie są niewolnikami wypracowanego w latach 70. XX wieku przez Felę Kutiego idiomu. Wykonywana przez nich mieszanka muzyki afrykańskiej, funku oraz jazzu staje się muzyką ponadczasową, w której z łatwością mieści się zarówno tradycja, jak i nowoczesność.

Być może grupie brak wyrazistego oblicza – cóż, eklektyzm ma swoje konsekwencje – jednak swoboda z jaką Nomo żongluje elementami poszczególnych stylistyk oraz werwa z jaką zespół i zaproszeni goście, wśród których znaleźli się Josh Abrams, Hamid Drake oraz Adam Rudolph, wykonują kolejne utwory, sprawiają, że płyta może się podobać. I choć przesłuchaniu płyty towarzyszy ustawiczne déjà entendu, nie przeszkadza fakt, że zespół, pozostając afrobeatowym, raz brzmi jak Tortoise / Isotope 217, to znów jak Medeski, Martin and Wood, by za moment przypominać Lounge Lizards z okresu „Queen of All Ears”, albo lekko „zmiękczone” Konono No.1. Lista nazw i nazwisk nie kończy się w tym miejscu, bo materiały promocyjne wspominają, poza Felą oczywiście, jeszcze m.in. Can, Funkadelic i Briana Eno, a sami członkowie grupy, nie odżegnując się od wykonawców wymienionych w poprzednim zdaniu, do zestawu artystów, którzy w mniejszym lub większym stopniu odcisnęli swoje piętno na „Ghost Rock”, dodają Mortona Subotnicka, Harry’ego Partcha i Moondoga. Podkreślają jednak, że pomimo rozmaitych wpływów i meandrów stylistycznych Nomo jest amerykańskim zespołem rockowym o własnym brzmieniu. Brzmieniu, które ma pokazać, że ta muzyka powstała „tu i teraz”, że nie jest bezmyślną kopią nagrań Africa 70 czy The JB’s, lecz raczej ich współczesną wersją. Muzyką, która jest świadoma swoich korzeni i jednocześnie otwarta na to, co nowe i świeże. Pełną życia i energii, radosną i dynamiczną, przepełnioną rytmem i niebanalnymi brzmieniami.

I przyznać trzeba, że w większości przypadków autorom „Ghost Rock” się to udało. Przede wszystkim za sprawą ciekawych aranżacji, wielce urozmaiconych pod względem składów, które w poszczególnych nagraniach oscylują między kwartetem a nonetem oraz wykorzystywanego instrumentarium. Na pochwałę zasługuje również samo wykonanie. Muzycy grają z zapamiętaniem i pasją. Wydaje się, że doskonale czują się w wybranej przez siebie stylistyce, nie bojąc się poszerzania jej granic. Jeśli tylko uda im się sprawić, by całość była bardziej spójna, to kto wie, czy już wkrótce Nomo nie dopisze kolejnego rozdziału w historii nurtu, który w ostatnich latach złapał drugi oddech i przeżywa swój renesans.