Wydanie bieżące

15 listopada 22 (118) / 2008

Karol Francuzik,

CZYTAJĄC TRAKTATY KONSTRATA (ZAPASY)

A A A
1.
Poezja dzisiejszych trzydziestolatków nie szuka łatwego poklasku, lecz współweseli się sobą.

2.
Nic bez wysiłku. Nic bez – znowu oczywistość – wkładu własnego. Nic – cóż za bezczelność! – bez zadowolenia z tego, że się czyta.

3.
Co mnie zaskoczyło w nowych wierszach Bartosza Konstrata? Uderzenie. Rzadka siła frazy. Zdania, które kotłują się w głowie; jakiś mętlik: szamotanina wiersza, niepokój i – to przede wszystkim? – nieprzewidywalność. Nie wiem, co mnie spotka. Nie mam pojęcia, skąd to płynie. Czuje się w tych wierszach niewydobytą energię, która jeszcze nieraz zadziwi rozmiarem erupcji.

4.
Pierwszy wiersz z nowej książki Konstrata, „traktat”, jest wstępem do poematu, choć można czytać go oddzielnie. Podoba mi się w nim wszystko to, co wyjęte spod prawa: sny, zbieracze kości, muzyka psów i osłów, brudna iskra. Bo tu obowiązują inne przepisy, inna jurysdykcja. To prawo nazywa się język w skojarzeniu (tak jak księżyc w nowiu). Wiersz jest otwarciem, uwolnieniem, pokazem wolności. Mam wrażenie, że ten wiersz mówi: „Niczego od ciebie nie chcę, niczego nie oczekuję”. Mogę stanąć obok wiersza i być nie tylko antypartnerem w czytaniu, ale także czułym kochankiem słowa. Podoba mi się ten typ swobody obywatelskiej wiersza, który dla mnie jest wolnością absolutną.
Konstrat najwięcej zawdzięcza swoim skojarzeniom, swoim głodnym kotom mowy; i jest w tym arcyciekawy. Mamy więc poemat i mamy otwarcie. Mamy zaczyn wiersza, zakwas, który – jak koty, a jest ich tu sporo – trzeba nakarmić. Ten wiersz jest zapowiedzią, by tak rzec, rejonizacji tematycznej „traktatów”. Jest cyrk życia, są sny i cielesność, jest stawianie pytań, jest zgoda na ciemną eschatologię, są zabawa i tajemnica.

5.
„traktaty konstrata” to poemat o samotności, o wyobcowaniu, wrażliwości i jej izolacji. Bohater (a może jest ich wielu?) tej książki jest uwikłany w niewypowiedziane relacje. To niewypowiedzenie, omijanie języka jest przenoszone w inny wymiar – obrazowanie, myślenie wizją, skojarzeniowość. W pewnym sensie te wiersze chcą się wymknąć poezji, zamknąć się w zdaniu, olśnieniu, błysku.

6.
Zatrzymajmy się przy wierszu „wszystko głupstwa, kochasiu”, w którym na pierwszy plan wysuwa się historia rozstania kochanków. „Oto, co tracę: świat sutków i pach (jak tytuł czasopisma), które ogarnąć można // jedynie językiem”. Denerwuje mnie ta dosłowność, choć wiem, że o siłę tej dosłowności także tu chodzi. „Świat sutków i pach” to wprowadzenie do erotyki, do cielesnej bliskości. „Oto, co tracę” jest zapowiedzią, która się właśnie dokonuje, strata się staje teraz. Zazwyczaj traci się siłę, przyjaźń, wiarę, a także pieniądze, głowę dla kogoś; tracić to także marnować. Wszystkie te rodzaje strat kumulują się tu w braku, a cielesność oddalona boli. Stąd homoerotyzm uwięziony w klatce (religii? uczuć? słów?), spragniony i jednocześnie próbujący zrealizować się w języku, czasem dosłownie nazywać, innym razem (nieprzenośnie) organoleptycznie poznać.

Co to za fraza tu jeszcze niepokoi? Co to za słowa, które do niczego nie pasują? „Musimy walczyć ze sobą i sobie urągać, i siebie nienawidzić, i siebie pożądać”. Albo taki „traktat o czynniku ryzyka”. Co czyni ten wiersz erotykiem? Momenty dziwnych napięć słów. Odnosi się wrażenie, że te napięcia graniczą z wyświechtaniem („jestem drżeniem”, „urwana rzęsa”, „złapać swój ostatni oddech”) i równocześnie ten sam bodziec podpowiada, żeby zbyt lekko nie zbywać wiersza. To zakażony wiersz miłosny, i jasne jest, że bohaterem tego wiersza jest facet, który mówi do innego faceta. Świadome użycie „zakażonych zmysłów” wisi w powietrzu.

7.
Można czytać „traktaty” jako gejowski poemat miłosny, który jest próbą ośmielenia języka, dotykaniem tematu wciąż jeszcze w polskiej poezji objętego częściowym zakazem. Z drugiej strony tacy autorzy jak Pasewicz czy Tkaczyszyn-Dycki niejednokrotnie pokazywali, że płeć wiersza (i płeć w wierszu) nie ma znaczenia; w tym sensie przełamywali homofoniczność poezji. Wiersze tych poetów udowadniają, że gadanie o fascynacji homoseksualnej może być tematem równie doniosłym jak choćby śmierć. Niezgoda na mówienie jednym głosem, w jednym tonie – jak bardzo nie byłby to ton atrakcyjny – cechuje także Konstrata.

„Traktaty” są jednak czymś więcej niż powtórzeniem gestu z Szekspirowskich „Sonetów”. W tej poezji nie chodzi o efekt, o tani chwyt retoryczny, którego celem jest zrobienie wyłomu w jakiejś ścianie współczesnego wiersza. Moim zdaniem najważniejszą lekcją tych wierszy jest przełamywanie sztuczności w mówieniu o relacjach międzyludzkich, które jeszcze przez wielu uznawane są za nienaturalne.

8.
Konstrat pokazuje, że operowanie językiem w poezji jest samo w sobie niewystarczające. Stąd emocjonalność tych wierszy, wizyjność i prozaiczność. Nie można świata opowiedzieć po staremu, ale też w grę nie wchodzi eksperymentowanie z nowym. Dlatego poeta sięga po gramatycznie uporządkowane zdanie, w którym czuje się najlepiej. Pozostaje wrażenie, że układ wiersza jest momentami przypadkowy, jakby nieważny. Graficzna strona wiersza mogłaby wyglądać inaczej, bo jest tylko niepotrzebnym domknięciem, sztuczną ramą.

9.
Siła tych wierszy polega na tym, że łatwo stracić do nich dystans. Niby wiesz, co chcesz o nich powiedzieć, ale coś zamyka ci usta, jakiś knebel niewyrażalności.
Bartosz Konstrat „traktaty konstrata”. Biblioteka Kwartalnika Kulturalnego „Opcje”, Katowice 2008.