Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (119) / 2008

Wiesław Kowalski, Matylda Podfilipska,

Z BAGAŻEM ZAWSZE POD RĘKĄ

A A A
Z Matyldą Podfilipską, aktorką Teatru im. Wilama Horzycy, rozmawia Wiesław Kowalski.
Wiesław Kowalski: Rzadko która aktorka po zaledwie pięciu sezonach spędzonych w teatrze może pochwalić się tak bogatą galerią scenicznych postaci, od Charlotte Corday po Ofelię, od Soni z Dostojewskiego po Heloizę Brentona, od Marii z Büchnera po Felice z „Pułapki” Różewicza. Kiedy zatem znajduje Pani czas na zatrzymanie i odpoczynek, który podobno jest Pani tak potrzebny?

Matylda Podfilipska: Znalezienie wolnego czasu staje się w moim życiu coraz trudniejsze. Przyznaję, że sporo ostatnio pracuję, ale wcale nie traktuję tego jako powodu do narzekań. W tej chwili otrzymuję rzeczywiście wiele propozycji, które dają mi szansę rozwoju moich warsztatowych umiejętności i zdobywania kolejnych zawodowych doświadczeń. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze będę miała możliwość pracy nad trzema czy czterema rolami w jednym sezonie teatralnym. Dlatego żyję i pracuję dość intensywnie, ale nie przekraczając granicy wynikającej z ludzkich możliwości. Bywa, że czasami dochodzę do kresu swych sił, ale staram się szukać sposobów na ich regenerację – spacer z psami, pływanie, chociaż jedna wypita w spokoju herbata w ciągu dnia, a nade wszystko sen. Wiem już, że w tym zawodzie trzeba bardzo dbać o swój organizm, umieć utrzymywać stan „rozwibrowania”, ale również trzeba znaleźć czas, by odetchnąć po wyczerpującej pracy. Nie mam zamiaru oglądać swojej „galerii postaci scenicznych”, jak Pan to ładnie ujął, leżąc na wygodnym łóżku w szpitalu czy sanatorium. To, co udało mi się zrobić należy już do przeszłości, której nawet gdybym mogła, to i tak nie chciałabym zmienić. Chociaż wśród teatralnych doświadczeń mam również porażki i okazje nie wykorzystane tak, jak bym tego pragnęła, to jednak wszystko to razem składa się na moją własną i niepowtarzalną drogę w poszukiwaniu artystycznego spełnienia.

W.K.: W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że zrezygnowała ze skrzypiec, by móc poprzez aktorstwo odkrywać złe i dobre strony swojej osobowości, by móc w pełni kontaktować się z drugim człowiekiem. Na jakim etapie jest dzisiaj Pani eksploracja samej siebie w tak kruchym i ulotnym zawodzie jakim jest aktorstwo?

M.P.: Nie jestem pewna, czy rzeczywiście powodem, dla którego zdecydowałam się na aktorstwo, była chęć poznawania złych i dobrych stron mojej osobowości. Oczywiście praca w teatrze pomaga mi odkrywać w sobie cechy i emocje, o które bym siebie nie podejrzewała. I to mi bardzo odpowiada. Jednak ważniejszą kwestią stał się dla mnie kontakt z drugim człowiekiem. Czasami trzeba o tego człowieka bardzo walczyć – bo materiał trudny, bo ciśnienie za niskie, bo ktoś przyszedł do teatru z przymusu, a nie z własnej woli etc. I niestety zdarzają się takie spektakle, po których czuję, że tę walkę przegrałam, ale następnego dnia mam nową szansę, i w tym jest zawarta ogromnie mobilizująca i magiczna siła teatru.

W.K.: Podobno autor „Don Juana” powiedział, że aktorstwo to sztuka wczuwania się, a nie udawania. Obserwując Pani kolejne role nie trudno zauważyć pewien świadomie stosowany ascetyzm środków wyrazu, podążający w kierunku jak największej prostoty i naturalności w przekazywaniu emocji postaci. Pani aktorstwo to rezygnacja z nadmiaru i aktorskich sztuczek, to raczej odejmowanie niż dodawanie.

M.P.: Na szczęście miałam przyjemność pracować z Wiktorem Ryżakowem, Iwoną Kempą, Marcinem Wierzchowskim, i jeszcze paroma reżyserami, którzy są w pewien sposób uczuleni na aktorską nieprawdę. To dzięki nim uczę się, że czasami lepiej jest pokazać w teatrze mniej, ale za to szczerze. To pod czujnym okiem dobrego reżysera mogę szukać odpowiednich środków scenicznego wyrazu wypełnionych prawdą a nie kłamstwem. Przy każdym nowym projekcie startuję od zera, nie mam gotowych przepisów na idealny spektakl, czy wykreowanie postaci dramatu.

W.K.: Czy potrafi Pani oddzielić życie prywatne od życia postaci. Czy nie jest tak, że niektóre role obciążają jednak Panią emocjonalnie?

M.P.: Ten zawód stawia nas w bardzo dziwnej sytuacji. Z jednej strony oczywistym jest, że na scenę wychodzę ja, Matylda, z drugiej strony postać, z którą przychodzi mi się zmierzyć w teatrze czy w filmie, często zachowuje się zupełnie inaczej niż ja prywatnie, bohaterka doświadcza rzeczy, których czasami na szczęście, a czasami niestety, prywatnie nigdy nie przeżyłam. Bywa, że staje się to przywilejem danym w tym zawodzie, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na więcej, ale zdarza się również, że trzeba przejść przez mniej przyjemne sytuacje i towarzyszące im emocje. Moja praca jest częścią mojego życia. Każda z postaci w procesie przygotowań z pewnością staje mi się na tyle bliska, że w jakimś stopniu zostaje we mnie. I tak jak w życiu prywatnym przyjmuję złe i dobre zdarzenia oraz emocje jako coś naturalnego, tak samo traktuję to, co przydarza mi się dzięki aktorstwu. Pozwalam, żeby to, co mnie spotyka, w odpowiednim tempie przeze mnie przepływało. Wierzę, że zostaje we mnie tyle, ile powinno. Nie martwi mnie to, ile już zapomniałam, i nie męczy mnie to, co pamiętam.

W.K.: Czy lubi Pani reżyserów, dla których sposobem wyrażania emocji jest szukanie dla nich formy? Tak było chyba w przypadku „Ja” w reżyserii wspomnianego już Ryżakowa, gdzie postaci i relacje nie miały linearnych przebiegów i typowej dramaturgii?

M.P.: Wydaje mi się, że forma w sztuce jest sprawą nie do uniknięcia. To znaczy, jeśli ktoś chce komuś coś przekazać, zawsze mniej lub bardziej świadomie musi poszukać odpowiedniej formy. Lubię reżyserów, którzy potrafią myśleć niekonwencjonalnie. Z pewnością Wiktor Ryżakow jest jednym z bardziej oryginalnie myślących o teatrze reżyserów. Praca z nim była dla toruńskiego zespołu rewolucyjna. Odsłoniła bowiem przed nami inny świat, i choć tylko cząstkę tej inności zdążyliśmy poznać, a pewnie jeszcze mniej udało nam się przełożyć na siebie, to i tak można powiedzieć, że to było jedno z moich ważniejszych aktorskich doświadczeń.

W.K.: Bez wątpienia istotnym doświadczeniem w Pani artystycznej biografii musiało być spotkanie z Agnieszką Holland na planie filmu „Julia wraca do domu” oraz w Teatrze Telewizji z Piotrem Mikuckim podczas pracy nad spektaklem „Na wsi” Martina Crimpa, z Jerzym Radziwiłłowiczem i Anną Radwan.

M.P.: Choć nie miałam zbyt wielkiego zadania w filmie „Julia wraca do domu”, mogłam przyjrzeć się pracy niezwykłej profesjonalistki na prawdziwym planie filmowym. Byłam dopiero po drugim roku studiów, gdy wpadłam w sam środek filmowej zawieruchy; i trudno mi było oderwać oczy od Agnieszki Holland. Fascynujące jest, jak łączą się w niej pewność siebie, „twarda ręka”, konkretność, precyzja, z ogromnym spokojem i wyczuciem. Takie poczucie bezpieczeństwa, jakie miałam na planie, jest możliwe do osiągnięcia tylko przy kimś kto precyzyjnie wie, co robi i do czego zmierza.

W przypadku pracy nad przedstawieniem telewizyjnym muszę przyznać, że moje wątłe doświadczenie zawodowe nie dodawało mi otuchy przed zetknięciem się z tak wybitnymi aktorami jak Jerzy Radziwiłłowicz czy Anna Radwan. Dlatego miłym zaskoczeniem było spotkanie się w tym gronie z ogromną dozą życzliwości i zaufania. W dość krótkim czasie – a mieliśmy na nagranie dwa tygodnie – przeszliśmy krok po kroku przez materiał dramatyczny i niejednokrotnie mogłam liczyć na dobre rady i pomoc ze strony aktorów tak przeze mnie cenionych i bardziej ode mnie doświadczonych. Cieszę się bardzo, że Piotr Mikucki odważył się zaryzykować i wybrał mnie, zupełną nowicjuszkę do obsadzenia w jednej z postaci dramatu Crimpa.

W.K.: Do Torunia przyjechała Pani jeszcze w trakcie studiów w PWSFTviT w Łodzi zaproszona przez Andrzeja Bubienia. I została Pani w Horzycy do dziś. Jak by Pani nazwała swój stosunek do tego miasta?

M.P.: Nazwałabym go na pewno bliskim. Jakiś czas temu Tata zapytał mnie, gdzie się czuję jak w domu, w Toruniu czy w rodzinnym mieście – Łodzi. W Toruniu mieszkam już sześć lat, mam tu wielu przyjaciół, którzy sprawdzili się niejednokrotnie jako akceptujący mój wariacki sposób życia; to tutaj spędzam 90% mojego czasu, trudno więc nie uznać tego miejsca za swoje. Nadal jednak w parę dni po przyjeździe do Łodzi dostrzegam, że i w tym mieście czuję się jak u siebie, bo tutaj czekają na mnie najbliżsi z mojej rodziny i to w Łodzi spędziłam większość swojego życia.

A może jest tak, że mój dom jest tam, gdzie ja. No i potrzebuję coraz więcej walizek na wspomnienia. Teraz trzymam je w Toruniu. Tylko proszę nie myśleć, że traktuję to miejsce jak przechowalnię czy poczekalnię. Raczej chcę mieć swój bagaż zawsze pod ręką, żeby w każdej chwili móc do czegoś wrócić.

Można powiedzieć, że pozwoliłam sobie na przywiązanie się do Torunia. Oczywiście istnieje jeszcze szansa, że przyjdzie mi żyć w innym mieście, może nawet w innym kraju, ale teraz nad tym się nie zastanawiam. Żyję w Toruniu dość intensywnie, więc chcąc nie chcąc uczę się tego miasta. Dobrze się tu czuję, co jest zapewne zasługą zarówno jego niepowtarzalnego i niezwykłego uroku, jak i ludzi, z którymi się w nim stykam.

W.K.: Jak dotychczas unika Pani takich decyzji jak małżeństwo czy macierzyństwo. Jaki to ma związek z Pani aktywnością zawodową, z wchodzeniem z roli w rolę?

M.P.: Wcale nie unikam takich decyzji. Raczej po prostu nie przyszedł jeszcze czas na ich podejmowanie. Mam wrażenie, że odpowiednie role przychodzą do mnie we właściwym czasie, więc niczego się nie obawiam – zresztą i tak wiem, że będę musiała się w życiu zmierzyć z różnymi rolami lub też z ich brakiem.

W.K.: Jak znosi Pani nowe propozycje pojawiające się w polskim teatrze? Czy ich estetyka, tematyka, forma sceniczna są Pani bliskie? Chciałaby Pani zagrać u Zadary, Klaty, Olsten, Kleczewskiej, Passiniego?

M.P.: Uważam, że każda propozycja dająca powód do dyskusji jest potrzebna. Stratą czasu i energii są dla mnie przedsięwzięcia pozostawiające nas obojętnymi, takie, w których nic nie chcemy drugiemu człowiekowi ofiarować i nie pobudzamy go do refleksji. Nie wszystkie pojawiające się w teatrze estetyki, formy i tematy są mi bliskie, ale czasami konfrontacja z kimś, kto reprezentuje upodobania zgoła odmienne od moich, pozwala na odkrycie czegoś nieoczekiwanego i zupełnie nowego. Z przyjemnością wzięłabym udział w projekcie reżyserowanym przez osoby, które Pan wymienił. Każda z nich tworzy w swoim własnym stylu, posiada swój teatralny charakter pisma, a moim zadaniem jest odnalezienie w każdej teatralnej propozycji swojego miejsca i zrealizowanie jak najlepiej postawionego przez reżysera zadania.

W.K.: Dziękuję za romowę.
Fot. Wojciech Szabelski.