ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (119) / 2008

Witold Marzęda,

TUSZ, TUSZA I DUSZA

A A A
Tusz jest bezduszny, a więc nie ginie. Czy nie jest jednak po prostu tak, że jego cząsteczki rozpływają się w powietrzu wolniej aniżeli samo drżące od głosu powietrze? Pośrodku dwu ciągów znaczeniowych, jakie można by spisać charakteryzując żywe i martwe, ulotne i trwałe widać niezbywalną sprzeczność i zagadkę, w którą plącze nas język, stawiając szeregi pytań, w których nietrudno odnaleźć echa paradoksów Zenona: dlaczego żywe nie staje się nieśmiertelnym, skoro martwe jest nieśmiertelne, a żywe zawsze martwieje? Czemu ruch ustając, nie stanie się ruchem ustanym, ale bezruchem? A w końcu: dlaczego zapisana mowa nie jest już mową, tylko pismem, które daje się najwyżej wtórnie odmówić?

Cezary Wodziński rozpoczyna swoje „Logo nieśmiertelności” w podobnym tonie – od opisu „przejścia” miedzy owymi „ciągami”, przejścia, które na początku książki uwidocznia się w obrazie przechadzającego się (już tylko od ściany do ściany celi) Sokratesa, a potem w postępującym ku sercu „zmartwieniu” członków niepiśmiennego filozofa. Zmartwienie to stanie się wreszcie obsesją unieśmiertelnienia Sokratesa w pismach najznamienitszego z członków sokratejskiego grona… Wodziński podkreśla paradoksalność platońskiej „strategii unieśmiertelniania”. Pisze o niej, że „musi być taką operacją przeciwko śmierci, która samą śmierć wprzęga do powozu unieśmiertelnienia” – a więc, mówiąc językiem ciągów znaczeniowych, taką strategią, która zamyka martwicę w tym, co żywe, ruchliwe i gadatliwe, czyli zamyka ją w… ciele, tuszy.

Książka zatem w odważnie (jeśli nie brawurowo) napisanym wstępie anonsuje się jako próba przejrzenia platońskich strategii unieśmiertelniania Sokratesa, a co więcej jako próba uznania owego unieśmiertelniania (mającego dla młodego Platona wymiar osobisty) za główny wątek rozważań. Jego osobisty wymiar Wodziński szkicuje nawet w postaci relacji (literackiego? duchowego?) ojcostwa, sugerując interpretację opartą na zależnościach, które próbował opisać Harold Bloom. Nie tylko syn-Platon próbuje na piśmie odpędzić śmierć od swego ojca, „uśmiercając” go w tym celu w „Fedonie”, lecz pojawia się tu i wnuk Arystoteles, w roli chłodnego (jakkolwiek dwuznacznie brzmi to słowo w kontekście śmierci) komentatora. Ze względu na ambitne założenia nieśmiertelność okazuje się być tu rozumiana bardzo szeroko – przebiega przez wszystkie obszary platońskiego dyskursu, przedstawiając się jako jego siła napędowa. Można nawet odnieść wrażenie – chyba niezamierzone przez autora (niezależnie, czy tym wyrazem nazwiemy Wodzińskiego, czy Platona Wodzińskiego) – że ogólny problem nieśmiertelności duszy, a zwłaszcza argumenty, jakie padają przy okazji jego omawiania w platońskich dialogach, jest efektem ubocznym prób unieśmiertelniania Sokratesa.

Tytułowe logo stanowi centrum lub koło opisane na tetradzie, jaką szkicuje Wodziński, umiejscawiając je między logosem, a pismem i między życiem kogoś (bios), a życiem jako nieokiełznanym, nieskończonym zjawiskiem (zoe). Tytułowy szyld czy znaczek (a)firmujący nieśmiertelność jest zatem od początku i z założenia rozumiany zarówno w pryzmacie nowoczesnej strategii budowania marki, jak i antycznie, czyli przedchrześcijańsko – nie jako coś danego z tzw. góry (z Olimpu?), coś, co w ramach instytucji polis lub dzięki uświęceniu w piśmie jawiłoby się jako boski za-szczyt. Logo nieśmiertelności zyskuje tym samym status derridiańskiego „nierozstrzygalnika” (Derrida patronuje wielu rozważaniom książki): jako ani… ani…, a zarazem to i to… nie jest ono ani logosem, ani znakiem pisma, ale zarazem jednym i drugim. Następuje tu jednak, moim zdaniem, pewne przesunięcie problemu – nieśmiertelność wraz ze swoim logo (oraz „ideolo”) pomimo nierozstrzygalnego charakteru musi być nieśmiertelnością czegoś, mieć jakąś „pożywkę”. Pożywką nieśmiertelności nie jest przecież niedomyta i satyrycznie brzydka tusza Sokratesa, nie może stać się nią również jego, nietrwałe jak głos, słowo – ale z drugiej strony Sokratesem jest zarazem to i to. Czy „sam” Sokrates, tudzież jego „postać” nie zaczyna być „przez” ową nierozstrzygalność (czy raczej „w” niej) logiem? Czy korporacja nieśmiertelnych jest właścicielką wielu różnych „logów”, z których jednym jest logo: Sokrates?

Wodziński wychodzi w swej książce od zagadnienia pisma, „które po mistrzowsku rozgrywa różnice między jest a nie jest, różnicę (me)ontyczną”, aby przejść do pokrewnego względem niego problemu poezji. I nic w tym dziwnego, skoro „Wielki agon z poetami toczy się na polu prawdy, na polu tego, co jest”. Tutaj obok tradycyjnych linii wywodu pismo – nieobecność, prawda – fałsz, opisanych znanymi ciągami generującymi nierozstrzygalność pojawia się (wyjęta spod poduszki dopiero zmarłego Platona) niesamowita moim zdaniem interpretacja „Chmur” Arystofanesa. Otóż argumenty Platona przeciw „wiele kłamiącym poetom” zawierają pewną sprzeczność – z jednej strony poeta „nie prędzej potrafi coś zrobić, zanim bóg w niego nie wejdzie, zanim zmysłów nie straci i nie pozbędzie się rozumu”, z drugiej zaś strony bóg nie kłamie, a poeta jest zaledwie jego tubą. Dlatego też „furia Platona, z jaką napada on na poetów i przepędza ich z państwa, rośnie w miarę podejrzenia, iż jego ataki nie są w pełni sprawiedliwe i zgodne z logosem” i doprowadzić musi w efekcie do podziału poetów na tzw. mimetyków oraz poetów manicznych. Ci pierwsi to kuglarze i naśladowcy, którzy w hierarchii stoją niżej od rzemieślników, ponieważ tworzą zaledwie obrazy rzeczy, nie zaś rzeczy same, a nie-dialogiczna forma ich poezji ruguje samodzielne myślenie i podobnie jak pismo szkodzi pamięci. Do tych drugich natomiast zaliczyć należy Arystofanesa. Zdaniem Wodzińskiego „Chmury” przedstawiają celowo wypaczony obraz Sokratesa, zupełną odwrotność rzeczywistości: „Arystofanes dopuścił się ewidentnego i rozmyślnego fałszerstwa, wyrabiając karykaturalną kopię tak odległą od oryginału, jak to później przedstawił Platon w swej rozprawie z poetami”. Rzeczywistość, w której Sokrates jest sofistą (tudzież staje się kimś nieodróżnialnym od sofisty), w której „nie ma miejsca dla prawdziwego Sokratesa” nie tyle jest rzeczywistością poetycko i komediancko wypaczoną, co rzeczywistością tragiczną, która oddaje stan świadomości Ateńczyków. W świadomości tej (objawi się ona najpełniej w procesie Sokratesa) nie ma miejsca na różnicę pomiędzy głoszoną w mowach i potyczkach słownych pseudo-prawdą opłacanych nauczycieli a prawdą poszukiwaną w rozmowach Sokratesa.

Tutaj rodzi się kolejne unieśmiertelniające zadanie Platona: zadanie odróżnienia Sokratesa od sofistów, a miano to mieści w sobie także wygnanych kuglarzy-poetów. Łowy na sofistę – Wodziński przejmuje tu platońską metaforę ze słynnego dialogu – mają zatem dwa cele: odróżnić duchowego ojca Platona od zgrai sofistycznych mędrków, a dzięki temu – i to zadanie drugie – stworzyć alternatywę dla postaci Sokratesa przedstawionej w komedii Arystofanesa. Łowy zaczynają się jak zwykle od nagonki, ale ta przywodzi na linię strzału tylko kilku sofistycznych szaraków (Hippiasza, Eutydema, Dionizodorosa), z których – zdaniem Wodzińskiego – „Sokrates może sobie dworować do woli”. Omawia się tu tradycyjne podręcznikowe problemy retoryki i mowy prawdziwej, dzielności, relatywizmu. Przewodnią myślą i schematem rozpracowania sofistyki jest tu tzw. argument z samoodniesienia, który w ustach cytowanego Sokratesa (a może tylko w piśmie Platona) oddaje zasadę działania sofisty następująco: „naprzód kogoś obali, a potem sam pada”. Mówiąc inaczej: zastosowanie jakiegoś schematu myślenia do niego samego przynosi sprzeczność i śmieszność. Prócz tego – jak w „klasycznej” już rozprawie Tuszyńskiej-Maciejewskiej – obok popsutej i psującej retoryki sofistów pojawia się także retoryka, będąca narzędziem prawdy.

Jednak gruby zwierz wciąż pozostaje w kniei. Gorgiasz – bo o nim mowa – zrazu jest tylko jednym z retorów, umizgującym się do słuchaczy „Pochwałą Heleny”. To od retoryki zaczyna Wodziński prezentację Gorgiasza, by po chwili uznać w nim rzetelnego, trudnego i cenionego przeciwnika spółki Sokrates i Syn. Gorgiasz okazuje się być świetnym dialektykiem, który lepiej niż inni rozumie zależność prawdy od fałszu – jej przeciw-stawną naturę. „Katastrofa logosu, opisywana przez Gorgiasza […] jest wydarzeniem odnalezienia przez logos owego znikąd i spoza w samym sobie”. Tu rozważania Wodzińskiego wchodzą w znak prawdziwie filozoficznej hermeneutyki, wolnej od wcześniejszych personalnych i literackich animozji, ale silnie napiętnowanej heideggerowskim (czy jak powiedzą mniej przychylni „heideggerszczyźnianym”) sposobem odczytywania tekstów. Autor „Loga nieśmiertelności” pokazuje „błąd” literowy, który stanowi w rzeczywistości poprawienie „błędu”. Otóż pierwsze zdanie traktatu Gorgiasza nie brzmi wcale „nic nie jest” (które znaczyłoby tylko tyle, co wzmocnione „coś nie jest”), ale „nic jest”. Tym samym można wykroczyć z dalece większa swobodą poza zasadę niesprzeczności i w całej rozciągłości przedstawić nihilizm Gorgiasza. On właśnie staje się punktem wyjścia polemiki Platona, który wszak stawia sobie za cel nie tylko oddalenie, jeśli nie obalenie Gorgiaszowego nihilizmu, lecz także odpowiedź na pytanie o możliwość wypowiadania fałszu. Skoro bowiem fałsz byłby nie wypowiadalny, to zgodnie z dialektyką nie można by mówić również o jego przeciwieństwie. Stąd znane próby uzgodnienia języka i bytu, wskazujące na możliwość względnego nie bytu i fałszu.

Ontologiczne i meontologiczne rozważania stanowią centralny i mocny punkt książki. Trudno jednak powiązać je jasno ze strategią unieśmiertelniania, o której mowa w partiach wcześniejszych oraz niedługo po ich zakończeniu. Nie bardzo wiadomo, jak ma się bycie i niebycie do życia i śmierci – czy jedno na drugie przekłada się wprost (czego chyba chciałby uniknąć Wodziński), czy dzieje się to za pomocą jakichś jeszcze pośrednich pojęć (może ironii?). Niewiele daje też wyjaśnienie, że autor poszedł w swej książce za interpretacją Heideggera i rozwinął wątki, których ten rozwijać nie chciał. Rdzenny problem platońskich rozważań – teoria idei i bytu – nie daje się również łatwo kaptować dekonstrukcyjnej częstokroć strategii Wodzińskiego.

Hegel w swych wykładach historyczno-filozoficznych zauważa z niejaką słusznością, że „Sokrates nie był grzybem”. Cóż z tego, skoro najtrudniej odpowiedzieć na pytanie, kim był niepiśmienny Sokrates, który do naszych czasów przetrwał zaledwie w logu, nie pozwalającym odróżnić go jasno od jego „syna” Platona. Książka Wodzińskiego unika skrobania powierzchni w poszukiwaniu „prawdziwej” postaci Sokratesa (nie wolno tykać bóstw, bo złoto zostaje na palcach!), przedstawiając zamiast tego ciekawą i ryzykowną Sokratesogonię – tezę o powołaniu do życia skazanego na śmierć filozofa. To nurt główny książki rozważań idący po linii ciało – pismo – nieśmiertelność. Poza nim można u Wodzińskiego znaleźć wiele ciekawych rozważań pobocznych, które jednak wpisują się w pejzaż książki raczej na zasadzie dygresji.
Cezary Wodziński: „Logo nieśmiertelności. Przypisy Platona do Sokratesa”. Wydawnictwo słowo/ obraz terytoria. Gdańsk 2008.