Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (119) / 2008

Łukasz Iwasiński,

POSZERZANIE FORMUŁY

A A A
Generowane przez pochodzący z Płocka projekt kIRk masywne, zbasowane quasi-hiphopowe struktury, zderzone z abstract-jazzowymi lotami brzmią na tle współczesnej elektronicznej sceny tyleż aktualnie, co oryginalnie. Formacja działa już kilka lat, ale pozostaje nieobecna w świadomości krajowych słuchaczy. Została za to dostrzeżona w Europie – ma na koncie m.in. występy w legendarnym berlińskim Tresorze i kilka utworów na winylach wydanych przez zagraniczne labele (Neue Heimat, Noodles Institute Of Technology, GhettoFuck). Obecnie w skład kIRka wchodzą: odpowiedzialni za warstwę koncepcyjną, elektronikę i produkcję Paweł i Łukasz (Insp. Moore), wokalistka Ewelina (Ewel), turntablista Filip (Dot.BoY), trębacz Olgierd (Olg) i MC Mr Borman. Na stronie grupy można posłuchać jej nowej epki, pt. „About Simple Things”: http://kirk.fun-in-the-murky.com/ast.html



Łukasz Iwasiński: Przedstawcie się, opowiedzcie o swych dotychczasowych muzycznych i artystycznych doświadczeniach. Kiedy i w jakich okolicznościach powstał kIRk?

Insp. Moore: Paweł, Karol (obecnie Dożywotni Członek Honorowy kIRk) i ja zaczęliśmy ten cały bałagan lata temu w liceum, zajarani mocno bezkompromisową elektroniką. Początki były bardzo skromne. W domu na swoim blaszaku próbowałem składać jakieś dźwięki ogarnięty żądzą odkrywania. Pewnego dnia, po godzinach wciskania w programie wszystkiego co możliwe, udało mi się w końcu ułożyć beat 4/4. Nikt z nas nie miał żadnego przeszkolenia muzycznego. Zwyczajnie mieliśmy szczerą frajdę z majdrowania tymi wszystkimi pokrętłami, aby wydobyć jakąś strukturę, która ruszy głowę. Dziś w kIRk, wraz z Pawłem, grzebię się w produkcji i aranżacji. Napisałem parę tekstów. Od czasu do czasu wspieram numery swoim głosem. Nolens volens jestem też nadwornym realizatorem.

Paweł: Mam pieczę nad wszystkim co binarne, spory wpływ na kształt kawałków i tekstów. To co jednak szczególnie mnie pociąga, to działalność, by tak powiedzieć, ideowa w zespole, czyli inicjowanie dyskusji, tworzenie pewnego gruntu duchowego, z którego rodzi się warstwa estetyczna itd. Sztukę tworzą ludzie. Jeżeli zza jakiegokolwiek tworu przeziera człowiek-twórca, jakaś sylwetka, to jest już dobrze. Jeżeli jest to czysto estetyczne, strukturalistyczne, sztuka dla sztuki, „autor umarł”, to musi – powtarzam: musi!, powiać nudą. Jeślibyśmy nie zostawiali cząstki siebie w tym, co tworzymy, nie byłoby to nic warte.

DoT.BoY: Filip -–DoT.BoY, Sziwa Styles, SziwATC… i jak w skitach na pierwszych Wu-Tangach można by tak jeszcze długo. W kIRku obsługuję adaptery.

Olg: Jestem najmłodszy stażem ze wszystkich kIRków. Nasz pierwszy muzyczny kontakt miał miejsce ponad 2 lata temu. Współtworzyłem wtedy jeden nie warty wspominania zespół jazz-rockowy. Po koncercie podszedł do mnie Paweł i rozmawialiśmy. Byłem zdziwiony, że mu się ten koncert podobał, bo moim zdaniem był słaby. Utrzymaliśmy kontakt, zaprosiłem Pawła na jeden z pierwszych koncertów mojej Gaamery. Po nim pojawiła się propozycja współpracy, a na dobre poznaliśmy się w trakcie sesji do „About Simple Things” w Płocku. Ja do tej pory współtworzyłem i udzielałem się w kilkunastu mniejszych i większych zespołach. Dzięki projektowi kIRk otworzyłem się na współczesną elektronikę. W tworzeniu muzyki interesuje mnie najbardziej improwizacja i kreowanie podstaw strukturalnych, na bazie których można ją prowadzić. Tym właśnie zajmuję się w swoim autorskim projekcie Daktari, a także w klezmersko-noise'owej Gaamerze. Poza tym współpracuję obecnie także z RSP i Sziwa Stylez Sound Systam.

Ewel: Choć Olgierd jest u nas najmłodszy stażem, to raczej ja przoduję w młodzikowatości doświadczeń w tworzeniu muzyki w ogóle. W kIRku stawiałam pierwsze kroki i tu większości rzeczy się nauczyłam. Decyzja o przyłączeniu się do projektu była dość spontaniczna. Wcześniej miałam jakieś własne pomysły na działanie dźwiękiem, ale to nie nadawało się do realizacji. Któregoś dnia odwiedziłam Pawła i w trójkę, z Łukaszem zaczęliśmy opracowywać wokalnie jeden z kawałków. Był to dzisiejszy „Hedone” z „About Simple Things”. Zaskoczył mnie sposób pracy nad tą całą kirkową materią. Zaczynaliśmy od dość prostej struktury w postaci loopu, by potem dobudowywać kolejne warstwy dźwięku i wokalu. Najbardziej istotny był dla nas wstępny zarys, jakaś idea, no i emocje, które miały towarzyszyć kawałkowi. Nadal myślenie poprzez emocje w trakcie tworzenia utworu jest mi bliskie i sądzę, że się sprawdza. Obecnie działam jeszcze w projekcie RSP i mam nadzieję zadziałać w Daktari.

Pan Borman: Z cała ekipą KirK poznałem się na początku tego roku dzięki Filipowi „SziwATC”. Przy pierwszym spotkaniu znaleźliśmy wspólny mianownik, który nas łączy do dzisiaj, czyli brytyjski rap. Kiedy dostałem pierwsze bity od Pawła i całej ekipy, poczułem, że nasza współpraca przeniesie się na inny poziom. Pierwsze kroki w muzyce stawiałem wraz z Singledread Sound System – rodzimą ekipą z Mazur, z miasta Węgorzewo, potem przez kilka lat mieszkałem i działałem w Londynie.

Ł.I.: Istniejecie już parę ładnych lat, ale cały czas pozostajecie w głębokim podziemiu. Jak rozwijał się projekt, bo zdaje się, że jego formuła mocno ewoluowała?

Olg: Głębokim podziemiu? Zależy, z jakiej perspektywy patrzysz. kIRk na pewno nie jest zespołem, który chce konkurować z gwiazdami polskiej sceny pop o słuchaczy. Trudno jednak znaleźć polskiego artystę z podobnym dorobkiem zagranicznym.

Ewel: Też mam problem z tym „głębokim podziemiem”. Siedzieliśmy długo w ukryciu w Polsce – reszta świata jakoś nas odnajdywała. Nie mieliśmy nigdy jakichś manifestów, szczytnych haseł czy charakterystycznych niszowych wdzianek. Nawet o tym nie myśleliśmy.

Paweł: Natomiast w moim przypadku podziemie zawsze pozostanie odniesieniem. Jednocześnie nie muszę się kurczowo trzymać etosu undergroundu, gdyż mam większą świadomość, a co za tym idzie kontrolę nad tym, co robię. W każdym razie cały czas powracam do tych moich korzeni. I szukam tego w nowych zjawiskach. Był Bunker i Tresor w Berlinie, jest wielkomiejski dub. Był rave, jest dubstep. Obserwuję to, czasem w tym partycypuję i cieszę się, że całkiem nieźle się to trzyma. Jednak, niestety, chyba nic już nigdy nie wywoła we mnie takiej euforii jak „Everybody is in the place” czy „Out of space” The Prodigy.

Insp. Moore: Od nu-skoolowego, popieprzonego techno po dzisiejszą formę. Jaka to forma? Cholera wie. My to nazywamy autorską muzyką kIRk. Bo jest tu niby-jazz, niby-hip-hop, niby-rock. Wszystko zafugowane elektroniką. Mimo różnorodności, nie ma tu bałaganu, tylko jakaś jedna spójna linia.

Ł.I.: No właśnie, jaka to forma? Pierwsze skojarzenie, jakie miałem, słuchając „About Simple Things”, to „basowi terroryści”, jak Kevin Martin (Ice, Techno Animal, The Bug), czy ci skupieni w wytwórni Wordsound (m.in. Spectre, Sensational). Co prawda Wasza muzyka ulatuje w bardziej abstrakcyjne rejony, więcej w niej przestrzeni, nawet nieco jazzowego feelingu, ale ten mroczny, przytłaczający klimat odwołuje się do tamtych właśnie tradycji. Znacie je? Czujecie z nimi pokrewieństwo?

Paweł: Kevin Martin zdecydowanie do mnie trafia. Absolutnie i jednoznacznie. Niemniej wychowały mnie Berlin i Detroit. Dopiero później poznałem lepiej brytyjskie brzmienie. Cieszy mnie, że mroczny, przytłaczający, a równocześnie abstrakcyjny wydał ci się klimat naszej muzyki. Nie pierwszy raz to słyszę. Poniekąd tak miało być. Teraz kIRk wkroczył na bardziej introspekcyjny szlak – chcemy powiedzieć coś bliżej o sobie, być bliżej określonej, ludzkiej emocji. Robi się niebezpiecznie, bo to są rejony, gdzie łatwo o kicz, ale warto zaryzykować. Nie będziemy przy tym podpierać się wielką ironią i mówić: jak chcesz to słuchaj nas na serio, a jeśli cię to śmieszy, to widocznie o to nam chodziło. Nie. Będzie na serio, ale bez patosu dziejowego, pozostanie jedynie patos dnia codziennego.

DoT.BoY: Choć na liście moich dźwiękowych inspiracji przed Kevinem Martinem w jego wszystkich wcieleniach, znalazłoby się sporo innych nazwisk i ksyw, to w moje sety zwykle zaplączą się jakieś „Robaczki”, a po sieci krąży kilka „bugstepowych” mix’ów mojego autorstwa. Wordsound podobnie jak Anticon nigdy mnie naprawdę nie wciągnął. Chociaż to chyba w Wordsoundzie swój pierwszy album wydał Prince Paul, a to jeden z ważniejszych dla mnie hiphopowych producentów... Stetsasonic, Gravediggaz, Handsome Boy Modelling School…

Olg: Staram się, żeby brzmienie mojej trąbki było zupełnie niejazzowe. Eksplorowanie elektroniki, ubarwiając ją synkopowanym brzemieniem czy swingującymi samplami, jest mocno archaiczne i najczęściej zahacza o kicz. W kIRk chodzi o coś innego. O spójne elektroakustyczne brzmienie.

Ewel: Z jazzem walczę w sobie bezustannie. Dzięki wielokierunkowości tego, co robimy, mobilizuję się do poszukiwań w barwie, w intonacji, w pewnej manierze. Choć jazz jest dla mnie punktem wyjścia, to staram się o niego czasem jedynie potknąć, bo on łatwo wchłania – jest całkiem wygodny. Staramy się nie brzmieć „jak”. Wydaje mi się, że wszelkie skojarzenia muzyczne są właśnie tym, co ma nas nakłaniać do pójścia o krok dalej. Chodzi o – jak to chyba Paweł kiedyś ukuł – „poszerzanie formuły”.

Insp. Moore: Nigdy, ale naprawdę nigdy, nie powiedzieliśmy sobie podczas robienia numeru „zróbmy to jak ... ”. To chyba nawet niemożliwe. Ilekroć podczas kręcenia kawałka dźwięki uciekają w stronę czegoś nam znanego, jest nam jakoś wstyd. Przynajmniej mi. Jeśli to ma być muzyka autorska, szczera i głęboka to musi być nasza, z wnętrza. Nie chodzi tu też o machinalne negowanie wszystkiego. Jesteśmy pod wpływem wielu różnych ludzi i zespołów. Na pewno Martin we wszystkich wcieleniach często jest zasysany z rapidshare.

Ł.I.: Nie pomylę się chyba mówiąc, że lubicie również Daleka...

Olg: Tak, choć czasami przynudza.

Paweł: Znam jego twórczość o tyle, o ile. Natomiast stajnia, z której wychodzi Dalek, czyli Ipecac jest naprawdę konkretnym miejscem. Podpisuję się pod ich działalnością co najmniej jedną ręką.

DoT.BoY: Lista poprzedzających Daleka byłaby jeszcze dłuższa. Gatunków, nurtów, wytwórni, zespołów, wykonawców, płyt i utworów, które mnie swego czasu zafascynowały są setki, jeśli nie tysiące. Soundtrack z „Judgement Night” pokazał mi hip-hop, „Selected Ambient Works” otworzyło mi oczy na inne gatunki, a „Council Estate Of Mind” udowodniło jak szczere to wszystko może być.

Ewel: Średnio ogarniam hip-hop jako taki, ale MC Dalek daje radę. Lubię za to eksperymenty w stylu Einstuzende Neubautem, wokalno - rytmiczne poszukiwania Maxa Roacha i Abbey Lincoln, nieujarzmione wariactwa Gang Gang Dance, no i nabożność Lisy Gerrard, czy Eli Frazer. Ostatnio zaczęłam trochę grzebać w etno, tak w poszukiwaniu różnych patentów.

Ł.I.: Póki co, nowy materiał opublikowaliście w wersji cyfrowej. Planujecie wydać go na jakimś materialnym nośniku?

DoT.BoY: Pięć tych materialnych nośników w postaci winylowych dwunastek już istnieje i kładę na nich łapy przy każdej nadarzającej się okazji. „Karton+” i „About Simple Things” pod postacią trochę mniejszych plastikowych krążków drukowanych swego czasu w prawie masowych ilościach również jest gdzieś w obiegu. A zaistnienie na półce w EMPiKu jeszcze chwilę nam pewnie zajmie.

Paweł: I to jest właśnie ból, że już trochę muzyki wydaliśmy, a jakoś do nikogo to nie dotarło u nas w kraju. Cóż, pozostaje tylko robić nowy materiał.

Insp. Moore: Są propozycje, kontakty – działamy, szukamy.

Ł. I.: Dziękuję za rozmowę.