Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Janusz Paliwoda, Adam Przegaliński,

CO BY BYŁO, GDYBY...

A A A
Z Adamem Przegalińskim rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: Kiedy Przegaliński-poeta przeobraził się w Przegalińskiego-prozaika?

Adam Przegaliński: Sześć, siedem lat temu były już opowiadania i wiersze. Niektóre ukazały się w pismach i internecie. Długo się z tym zbierałem, żeby napisać jakąś większą formę, tak jak bohater mojej „Laponii” – Stasiek, który marzy, żeby napisać coś większego, ciągle się z tym zmaga.

J.P.: No właśnie. Stasiek „Próbował napisać coś większego, coś większego od samego siebie, choć zazwyczaj wychodziły mu tylko wiersze”. Ale to było tak, że robiłeś sobie przerwy w pisaniu wierszy, brałeś się za prozę, która Ci nie wychodziła i wracałeś znowu do poezji?

A.P.: Pisałem jednocześnie wiersze i prozę, z różnym skutkiem. Z dzisiejszej perspektywy część wierszy już się nie nadaje (śmiech) do czytania, ale z wielu jestem zadowolony. Kilka moich opowiadań zainspirowało mnie, żeby rozwinąć niektóre wątki w „Jutro...”. Na pewno pozostał u mnie sentyment do poezji, choć ostatnio, przyznaję się, niewiele jej piszę. „Wszystko jest poezją”, jak pisał Stachura, ale poetą się bywa. Dla mnie poezją nie są salony czy różne wygibasy i miny tzw. artystów, ale codzienne obserwacje ludzi i ciekawych miejsc – nieważne, czy chodzi o drzemiących pasażerów pociągów, czy świdermajery w podwarszawskim Otwocku i okolicach kryjące historie kilku pokoleń.

J.P.: Ciekawi mnie, w jaki sposób Twoja poezja wpłynęła na powstanie „Laponii”. W jednym z Twoich wierszy czytam: „Ich myśli są o piątej rano / jak pokój na Bliskim Wschodzie”. Podobnie brzmi pierwsze zdanie Twojej książki...

A.P.: Najpierw był wiersz, który przypomniałem sobie, gdy starałem się wejść w psychikę jednego z głównych bohaterów. Potrzebowałem mocnego pierwszego zdania, żeby zacząć „z kopyta”. Inspiracje są bardzo potrzebne: czymś takim jest teraz dla mnie wiersz „Tajemniczy nagi człowiek” Aldena Nowlana i generalnie rzeczy, które zawierają jakąś tajemnicę, niedomówienie, na przykład obrazy Nowosielskiego, powieści Myśliwskiego, muzyka Możdżera, Brada Mehldaua, Astora Piazzoli, filmy Jarmusha, opowiadania Kereta. Kiedyś w Urugwaju całe dnie spędzałem w kinie – uwielbiam stare czarno-białe filmy (jeden z moich ulubionych to „Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha, który – tak na marginesie – był ostatnim filmem wyświetlanym w nieodżałowanym warszawskim kinie Iluzjon).

J.P.: Przejrzałem Twoją poezję pod kątem historii zawartych w powieści i okazało się, że większość pomysłów z wierszy wykorzystałeś i rozwinąłeś w prozie. Wystarczy wziąć pod lupę wątek artystyczny. To, co znalazło się w takich wierszach, jak „Podręcznik do literatury”, „Przeciw artystom” czy „Sen o pisarzach”, rozwinąłeś w „Jutro wyjeżdżam do Laponii”.

A.P.: W moim przypadku bardzo wiele łączy poezję i prozę, dlatego że to są, tak naprawdę, ciągle te same myśli, które przechodziły przez różne etapy rozwoju. W końcu były „przyswajane” przez różne postaci, które pojawiły się w mojej głowie, albo które poznałem, dlatego że „Laponia” jest pomieszaniem historii zasłyszanych, podpatrzonych w Nowym Jorku i Ameryce Południowej, z rzeczami zmyślonymi. Tylko kawał polega na tym, że ja strasznie lubię, kiedy każda historia ma zakorzenienie w rzeczywistości, bo wtedy jest bardziej prawdziwa. Ciężko mi jest walczyć z pokusą, żeby opisać lub rozwinąć historie, które inni ludzie mi opowiadają – one we mnie wsiąkają jak w gąbkę. Każdy wyrobiony czytelnik od razu odróżni historię, która jest totalnie zmyślona, od historii zasłyszanej. Zresztą życie zazwyczaj jest bardziej zaskakujące i ciekawsze od fikcji. Najfajniejsze jest to, jak zaczynam szkicować jakieś miejsce, sytuację lub historię opartą na prawdziwym zdarzeniu, a potem ta historia „leci” swoim torem. Bohaterowie też w pewnym momencie zaczynają żyć własnym życiem, mówią swoim głosem. Ta nieprzewidywalność jest fascynująca, choć nie zawsze udaje się otworzyć odpowiednie drzwi, jak w życiu.

J.P.: Do czego porównałbyś pracę nad „Laponią”?

A.P.: Praca nad tą książką była trochę jak malowanie obrazu albo pisanie utworu muzycznego. Jest w niej wiele różnych historii (większość w tonacji molowej), różne postaci, różne epizody i one się tak rozwijają jak etiudy. To są historie o ludziach samotnych, na zakręcie, jak bohaterowie obrazów Hoppera. Przypatrywałem się im, tak jak przypatruję się ludziom na ulicy, chciałem poczuć ich nastrój, wejść w ich świat.

J.P.: Dlaczego pozwoliłeś Małemu zaginąć? Facet cierpiący na schizofrenię istnieje tylko we wspomnieniach swojej matki, przyjaciół – Staśka i Ani, oraz w dziennikach, które zostawił... Jak na to wpadłeś?

A.P.: To jest trudne pytanie. Nie ma na to jednej odpowiedzi. Nie wszystko jest świadome w pisaniu takiej książki. Niektóre rzeczy wypływają same. Wiedziałem, że temat schizofrenii wcześniej czy później się pojawi i będzie do mnie powracał („Wszyscy jesteśmy przypadkami klinicznymi” – napisał Lacan). Wydaje mi się, że granica między tym, co nazywamy „normalnością”, a chorobami psychicznymi jest bardzo cienka. A jeśli chodzi o postać, która znika... Powiedzmy, że ten bohater ma jakiś kryzys tożsamości, rozpływa się w tłumie, szuka samego siebie. Wolałbym nie mówić o tym szczegółowo, bo „mniej znaczy więcej” i lepiej nie zdradzać wszystkich tajemnic bohaterów. Mogę tylko powiedzieć, również jako czytelnik, że moi bohaterowie zamiast gadać i gadać, woleliby czasem pomilczeć jak „Buszujący w zbożu” czy bohaterowie „Trylogii Nowojorskiej” Austera.

J.P.: Swoich bohaterów plączesz nie tylko na jawie. Zabierasz ich również w oniryczną podróż. Stasiek jest lunatykiem...

A.P.: Dla mnie wszystkie granice i konwencje są płynne. One się przenikają albo rozmywają przed moimi oczami. To się bierze z mojego widzenia świata. Chciałbym czasem w trakcie pisania wyłączyć się z kontaktu z rzeczywistością. Najlepiej gdzieś w ciszy, poza miastem. Sny są o tyle fajne, że wydobywają na powierzchnię różne nieoczywiste, mroczne sprawy, które ludzie skrywają w ciągu dnia. W snach przyglądamy się samym sobie, naszym lękom – to kopalnia wiedzy i kopalnia dosłownie (u Murakamiego w „Kronice Ptaka Nakręcacza” to była na przykład studnia…). W przyszłości chciałbym tak właśnie konstruować postaci, aby nie poruszały się one tylko na poziomie rzeczywistym, w stylu: ktoś tam coś zrobił, zapalił papierosa, gdzieś wszedł itd.

J.P.: O czym będzie Twoja następna powieść?

A.P.: W nowej książce chcę wziąć na tapetę rodzinę – różnice pokoleń i brak porozumienia. Będzie facet, który właśnie przeszedł na emeryturę i jego troje dorosłych dzieci. Wszyscy muszą dokonać bilansu swoich działań, poszukiwań. Ojciec żyje jedną nogą w teraźniejszości, drugą w przeszłości. Zresztą, wydaje mi się, że wszyscy tak funkcjonujemy. Z jednej strony robimy swoje od A do Z, ale zawsze się zastanawiamy: co by było, gdyby... To jest zresztą podstawowe pytanie przy konstrukcji wszelkich historii. Ja to traktuję jako ucieczkę od oczywistości, od codziennej sztampy. Na co dzień jestem dziennikarzem. Ale żeby odkryć w sobie i wokół coś nowego, trzeba czasem zejść kilka pięter głębiej.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, Kawka, 4.12.08 Fot. Konrad Żelazowski