Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Bernadetta Darska,

CZY TEN TANIEC COŚ W SOBIE MA, JEŚLI KAŻDY KROK Z GÓRY SIĘ ZNA?

A A A
Joanna Fabicka przygotowała swoją powieść wedle sprawdzonego przepisu na czytadło skierowane do mało wybrednego czytelnika. Tego typu stwierdzenie zakomunikowane na początku tekstu może być potraktowane jako falstart, mam tego świadomość. Tyle że autorka, znana dotychczas z cieszących się powodzeniem powieści dla młodzieży o przygodach i dylematach Rudolfa Gąbczaka, w wersji dla dorosłych założyła widocznie, iż najlepszym sposobem na sukces jest „łopatologia stosowana”.

Cóż zatem proponuje czytelnikom Joanna Fabicka? Mamy mało atrakcyjną bohaterkę o wdzięcznym imieniu Jadzia. Kobieta wychowuje samotnie inteligentnego i zaradnego Gucia. Wiecznie skupiona na swoich problemach, egzaltowana, naiwna, łatwo zmieniająca nastroje, przekonana o własnej beznadziejności i jednocześnie pakująca się często w sytuacje bez wyjścia – bardziej wydaje się być córką swojego syna niż jego matką. Opuszczona przez mężczyznę swojego życia spotyka innego mężczyznę. Nie muszę dodawać, że w finale opowieści ów dżentelmen okaże się nowym mężczyzną życia Jadzi. Początkowo ani walcząca z nadwagą bohaterka, ani Cyprian nie darzą się sympatią, a nawet są do siebie wyraźnie wrogo nastawieni. Tym oczywistszy jest więc happy end, w którym ona z brzydkiego kaczątka zamieni się w łabędzicę, a on odsłoni swoje prawdziwe oblicze – osobnika samotnego, nieszczęśliwego, zagubionego i szukającego miłości. To jednak nie wszystko. Fabicka zdecydowała się wystawić cierpliwość czytelnika na jeszcze jedną próbę. Nie tylko bowiem przyglądamy się znajomości opisanej powyżej, ale dodatkowo – Jadzia i Cyprian biorą udział w telewizyjnym konkursie tanecznym. Mamy więc do czynienia z beletrystyczną wersją „Tańca na lodzie”, „Tańca z gwiazdami”, czy może raczej – pozwolę sobie na własną propozycję tytułu – „Tańca dla zdeterminowanych”. Rzeczywiście, właśnie determinacji potrzeba najbardziej w trakcie lektury powieści Fabickiej. Bardzo szybko czytelnik zaczyna się zastanawiać, jak daleko autorka posunie się w preparowaniu naiwnych, sentymentalnych scenek, będących wtórnym wykorzystaniem motywów znanych z seriali czy innych książek pop. Okazuje się, że bardzo daleko.

O powieści „Idę w tango” możemy przeczytać na okładce, iż jest to „pełna humoru, błyskotliwie napisana powieść obyczajowa, a zarazem bezlitosny portret grajdołka z pretensjami, jakim jest polski show-biznes”. Po przeczytaniu książki jedyną reakcją na epitety „błyskotliwie” i „bezlistosny” jest śmiech. Owszem, zdarzają się autorce zabawne pomysły. Do takich z pewnością należy sposób, w jaki Jadzia poznaje Cypriana. Nie zdradzając szczegółów, powiem jedynie, że jest on dość niekonwencjonalny, a w ruch natychmiast iść muszą papierowe torebki jednorazowego użytku. Pewne zainteresowanie może też wzbudzić proces społecznego dorastania Gucia – skądinąd bardzo samodzielnego w domu, ale szykanowanego – do czasu – w szkole. To chyba jedyne plusy tej opowieści, do tego plusy dość łatwe do unieważnienia.

Kobieta w książce Fabickiej to istota do bólu stereotypowa – wręcz instynktownie rozgląda się za silnym, męskim ramieniem, gdyż bez niego czuje się wybrakowana; kiedy wychodzi za mąż, automatycznie staje się istotą bezbronną (przykład przyjaciółki bohaterki). Ciągle marzy o romantycznych wyznaniach spod znaku świec, księżyca i spadających gwiazd; gdy rzuci ją mężczyzna, który zdradzał, jest załamana i od razu odnotowuje obniżone poczucie własnej wartości; zaś te ostatnie ma ogólnie niskie i nieustannie użala się nad własnym beznadziejnym wyglądem. Chyba dlatego Jadźka nie budzi sympatii. Choć teoretycznie powinna. Wszak sympatyzujemy z tymi, którym się nie udaje, kibicujemy im, trzymamy za nich kciuki, chcemy zwykle wierzyć, że nie tylko doskonałość, ale i zwyczajność może prowadzić do szczęścia. Tymczasem Fabicka odbiera czytelnikowi możliwość wspierania bohaterki. Ponieważ od początku wiemy, z kim się zwiąże, od początku wiemy, że taneczny konkurs pewnie zwycięży, co więcej, od początku też wiemy, kto może stanąć na jej drodze oraz że ten ktoś i tak nie przeszkodzi w szczęśliwym zakończeniu. Wszystko, co dzieje się w książce, staje się tak naprawdę obojętne. Ani nie śmieszy, ani nie bawi, ani nie wzrusza. Nie jest też relaksem, z którym często utożsamiamy literaturę popularną.

Joanna Fabicka postanowiła, tak się przynajmniej wydaje, przygotować produkt. Wszyscy oglądają „Taniec na lodzie” i „Taniec z gwiazdami”, wszyscy więc będą z wypiekami na twarzy czytać o tanecznych perypetiach Jadźki i Cypriana. Wszyscy mają jakieś kompleksy, tym chętniej więc poznają opowieść o miłości, która rodzi się mimo przebrzmiałej sławy jego i nadwagi jej. Wreszcie wszyscy kochają historie o miłości, błyskawicznie więc się zachwycą, gdy on wyzna jej miłość w telewizji. Przepis na sukces gotowy. Co prawda autorka sentymentalny język okrasiła pewną dawką ironii, protekcjonalności i dystansu, nie zmienia to jednak faktu, że przewidywalność, schematyczność i tendencyjność w powieści królują. Jadźka – jako stereotypowa kobieta – szybko wybacza. Czytelnik i czytelniczka niekoniecznie muszą być tak wyrozumiali, zwłaszcza że autorka poprzestała na dość wyeksploatowanych motywach. Zdecydowanie więc nie polecam – w takie tango iść nie warto, w takim tangu można zasnąć z nudów.
Joanna Fabicka „Idę w tango. Romans histeryczny”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008.