Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Robert Rybicki,

WIERSZE

A A A
Sprostowanie

Na stole drży kwit opiewający
kwotę. Wisława Szymborska wali
rytmicznie głową o stół, zostawia
plamki potu, które szybko znikają.

Przeskoczmy nasze organizmy,
grozę organizmu w ogóle, a nawet
jego patafizyczne uwarunkowania.
Wyciekamy i parujemy we wszystkie
strony, które dano naszemu poznaniu;
zaznaczmy wektory, siłę i
pęd. Osobiście – siedzę i
piszę. Owszem, myślę,
ale co mi do tego?

Myśl zaciska organizm
jak obręcz beczkę. Przypadek
Szymborskiej, nawet jeśli
fikcyjny, nie jest odosobniony.
Wyobraźcie sobie bar, w którym
nagle wszyscy klienci, niezależnie
od tego, w jakim są stanie,
nagle zaczynają walić głowami
w stoły, zostawiając plamki potu,
które szybko znikają.

I z tego huku wyłania się
jasny, czysty głos żula,
który, zanim zaczął mówić,
przeżuwał własne dziąsła
jako zakąskę do cokilkugodzinnej
wstrząsającej dawki najtańszego jabłecznika.
No więc wszedł, zapytał i wyszedł.

Do moich tępych uszu docierał
miarowy, choć fałszywie brzmiący,
jak nieudane klaskanie przedszkolaków
na uroczystym przedstawieniu,
stukot walących łbów o stoły,
gdy próbowałem się
skoncentrować
na jednym słowie, które
docierało jakby z daleka, zza
morza,
krystaliczne, odcedzone z
obowiązków, bezwarunkowe,
nie do podzielenia na dziesiętne
i ułamki.

Chodziło mi o słowo: miłość.



Zimne zero

Zmarzłem, a to dopiero początek!

Z butelki paruje spirala dźwięków.
Na wieszaku dynda słownik w grubej
oprawie. Wspomnienia zawiązują się
w tętniące łańcuchy, które przepływają
jak giętkie brzeszczoty przez żołądek.
Dzień został otoczony przez śnieg, który
tańczy dookoła dendrytów. Różowa
dłoń doprowadza do huku bryłę
granatowego lodu; między wirującymi
szprychami precyzyjnie ściętego deszczu,
to jak w etiudzie pękniętej pamięci,
postać w białym płaszczu zamarła
na środku ulicy, by się odwrócić.
Właśnie teraz jestem przypływem
Morza w najczystszej postaci, zabieram
skorupiaki w muliste dno i zderzam
się ze skałami. Myślę o bezkastowości
godziny, bezprzepastnej luce jednej, jedynej
godziny. Ulica skwierczy iskrami.
Ze ściany zieje przecięta rura.
Nie otwierają się drzwi, dlaczego
nie otwierają się drzwi, nie otwierają?
Tam dalej, za innymi uchylonymi,
również drzwiami, na łożu śmierci
starzec wskazuje palcem na ścianę.

Postać w białym płaszczu rozwinęła skrzydła
z żelazobetonu, które chwieją się w pionie.

Aż w końcu zdarzyło się spojrzenie,
przed którym nie dało rady umknąć.

Wtedy poczułem, że jestem morskim
prądem, który niesie węgorze. Wtedy
poczułem, że jestem tym węgorzem,
który zrobił swoje, a jednak przetrwał

i płynie w nieustającym spojrzeniu.



Królewicz Odlotu

Jestem Królewiczem Odlotu.
Do tego stopnia jestem Królewiczem Odlotu,
że nawet nie wiem, czy istnieję. Królewicz
może być podobny do świni, Vukodlaka,
nogi od stołu, łuku tryumfalnego, grzybicy
stóp, piłki-biedronki, niższej struny
gitary, pasikonika o wschodzie słońca,
gdy rozpryskuje się o jego grzbiet czerwień;

eksplozjo pomysłu; i jego implozjo.

Słucham teraz perkusji serca o dwóch centralach.
Słucham i nie mogę wyjść z podziwu.
Jak taki głupi organizm w ciągu tysiącleci
doprowadził dźwięki do sztucznej harmonii?
I zmieścił je w równych odcinkach czasu?
Chmury są tam. Ale ja niestety
nie jestem niczym innym
niż jestem.

Obrzydliwe są te konstrukcje logiczne.

Zazdroszczę Cesarzom Odlotu.
Co taki Cesarz Odlotu musieć odczuwać?
Tacy to nawet wspomnienia po sobie nie zostawiać.
Po prostu nie być ich już za życia.
Pojęcie woli służyć do pisania.
Pojecie woli.

Dobrze pojecie.
Wiedziałem, że się zorientujecie.
Ugotowałem jajko i osiągnąłem constans.
Pojęcie woli inkluduje kłamstwo.
Praca to kłamstwo.
Kłamią ręce, oczy nie mówią prawdy,
nogi robią w balona.
Królewicz Odlotu trzyma się ziemi.

Głowa ulatuje jak balonik.
Między głową a stopami jakaś świetlna mila.
Królewicz Odlotu doznał spaghettyzacji.
A może gdzieś o spaghettyzacji przeczytał?
Jakiś strzęp, który się przykleił?
Co tam chodzi po plecach!

Co robi taki cień o tej porze?
I czy ten cień go nie pożre?
Co czai się za rogiem chmury?
Co znowu ugryzło Galaktykę?

Czas wyparowuje.
Czuję, jak ze mnie uchodzi czas.
To wrażenie czasu, który już nie wróci.
My wrócimy mocno zmutowani.
Bez pamięci, tego, co było, przerażeni
niedoskonałością w y p r a c o w a n e g o przez lata,
świetlne lata, te wory zjełczałych sekund
trwań, każda chwila to rzeźnicka apokalipsa,
którą cierpliwie wypada znosić, żeby się
nie skompromitować przed masą zdziczałych
pragmatyków, których nagle odnajdziemy
w jednej z zasłoniętych olbrzymim liściem jaskiń.

Może narodzimy się w innym stadzie,
którym będą rządzić inne zasady:

bo to, co nas napędza, to chęć, ale

czego, to nie wiem. To właśnie są te tryby,
które wytwarzają w nas nieznośne
napięcie istnienia. Jego balast.
Poczucie tego balastu.
Chcę pisać poza językiem.

Dlatego jestem Królewiczem Odlotu.

Nie mam wyrzutów sumienia.
Tego zsypu. Tego wysypiska
rupieci. Wystarczająco dużo
odsłoniłem, jeśli chodzi o archeologię
swojej zjechanej pamięci; najeździłem się po
bandzie swojej pamięci, zasypałem
koleiny faszyną i zobaczyłem wiejski
krajobraz z wierzbami po obu stronach
kolein. Zegar wskazuje czas pracy.
Dokuśtykałem do szlabanów czasu.
Przerwa. Cały czas przed zmianą.