Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Hubert Czarnocki,

WIERSZE

A A A
***

Mgły stały na polach
jak pierwszokomunijne dziewczynki.
Nie było słów.

Patrzyłem.



***

Wejść i rozpaczliwie szukać śladów po niej,
znajdować na pościeli jej włosy, jej sny,
odbić linie swego ciała w miejscu gdzie
leżała. Przymierzać do siebie nasze cienie,
wchodzić w jej zapach jak w bardzo starą podróż,
jechać do niej przez obrazy, muzea,
najpiękniejsze wiersze i dymiące łąki.
Wędrować do niej przez pustkowia i wymarłe odkąd
wyjechała miasta, poczuć jak z miejsc cofa się
światło odkąd je opuściła. Jak śmierć wywraca je
na drugą stronę. Iść za pachnącą miodem
muzyką jej ciała, zbierać jej wszystkie ślady.
Biec do niej przez noce i mgły, coraz bardziej
wchodzić w jej światło, w zapach jej miłości.



***

noc zapadała się
pode mną i kończyła jak
ostatni odcinek, już było widać
końcowe napisy
na blednącym

niebie,
nowy dzień przesunął moją figurę
w stronę śmierci,
na jej czarne pola



***

We mnie na zachodzie wojna,
śmierć chce się wedrzeć na zielone łąki,
we mnie stuletnia wojna,
wojna dwóch róż.

Coś jednym szarpnięciem porwało
tamten dzień, kiedy biegałem po sadzie.
Zapomniałem jak pachniała
tamta dawna dziewczyna i jak brzmiał jej głos.

Opadają ze mnie, mijają mnie podmuchy,
listy, gwar starych rozmów.

I jestem coraz mniej podobny
do tamtego chłopca,
który chodził po drzewach