Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Mariusz Sieniewicz,

FELIETON NAIWNY

A A A
Nad upadkiem kultury i nikczemnym statusem sztuki wysokiej wylano już tyle łez, że nie zamierzam dołączać ze swoim szlochem do powszechniej lamentacji. Moja łza, nawet największa, nie byłaby przysłowiową kroplą, przelewającą czarę goryczy. Ta czara wydaje się nie mieć dna, przyjmuje każdą skargę. Wszyscy znają na pamięć defetystyczne mantry o tym, że książek praktycznie nikt już nie czyta, że literatura zajmuje w życiu społecznym odległe, mało znaczące miejsce, że na dźwięk słowa „kultura” nikt już nawet nie odbezpiecza – wzorem Hannsa Johsta – swojego browninga, jedynie ziewa, mocno znudzony.

Chcę jednak wierzyć, że nie jest aż tak źle i z tym większą radością śledzę wszelkie przejawy odwrotnych tendencji. Przykład pierwszy, choć dość ryzykowny – nasza kochana władza, która pod naszą szerokością geograficzną przyjmuje od niepamiętnych czasów bizantyjskie formy. A skoro Bizancjum, to jest w nim zarezerwowane miejsce na sztukę jako nieodzowny i ważny emblemat namaszczenia tego czy innego wojewody, prezydenta, burmistrza. Jubileusze, rocznicowe obchody, fora, kongresy, akademie, festyny zawsze mają część artystyczną. Ktoś tam zatańczy, ktoś przeczyta kilka wierszy, ktoś zagra na skrzypcach, przy akompaniamencie pianina. Gdzie władza, tam sztuka – od wysokiej po niską, oraz wręczane kwiaty, medale, odznaczenia. Wiem, o czym piszę. W pierwszych dniach listopada wziąłem udział w forum kultury o zobowiązującej nazwie „Są solą tej ziemi”, zorganizowanym przez wojewodę warmińsko-mazurskiej krainy. Forum w planie merytorycznym było dość retoryczne, jego teza i puenta zawierały się w samym tytule. Artyści są solą tej ziemi i nie ma o co się sprzeczać, z czym dyskutować. Koniec, kropka. A skoro meritum forum było aż nadto oczywiste, większą część spotkania poświęcono na rozdmuchiwanie ego artystów. Władza kocha snobizm, a jego obiekt widzi w sztuce. Mnoży okrągłe laurki pod adresem iksa – genialnego malarza, raczy strzelistą hiperbolizacją poetę igreka – najlepszego, największego w regionie, obdarza iplysona cudowną etykietą genialnego filharmonika. Już po kilku minutach na sali zrobiło się dosyć ciasno i duszno. Wszystko przez rozdmuchane do granic możliwości balony ego artystów. Ocierały się o siebie i unosiły tuż nad sufitem. Ktoś by mógł powiedzieć, że to ściema, że to obłudna strategia władzy, puste pochlebstwo. Ale ja, niczym Ryszard Ochódzki z „Misia”, muszę stwierdzić: przecież nikt im nie każe komplementować twórców, robią to z własnej woli i bezinteresownie. Sztuka przecież nie jest pragmatyczna, jej znaczenie wyborcze jako siły sprawczej określonego elektoratu – raczej znikome, nie warte zachodu, mieści się w granicach statystycznego błędu. A przecież rzecz wygląda bardziej budująco: nie ma miasta, które nie organizowałoby poetyckiego konkursu, a artystyczne granty, stypendia, nagrody oplatają twórców coraz większą siecią.

Jest też i inny przykład, z samego wnętrza literatury, a dokładniej – jej gatunkowych podziałów. Literatura popularna, fantastyczna, kryminalna wraz z ich niezliczonymi odmianami od lat walczą o podwyższenie swego statusu, o dorównanie sztuce pisania, którą nazywamy „wysokoartystyczną”. Nie chcę tu roztrząsać, na ile są to sprawiedliwe rozgraniczenia oraz na ile stanowią rękojmię jakości jednej bądź drugiej grupy literackich dzieł (zdarzają się „Ulissesy” wśród harlequinów i harlequiny wśród prozy ogólnie kojarzonej jako ambitna). Rzecz idzie o gminne, archetypiczne przeświadczenie, że sztuka wysoka to coś, co ex definitione powinno wywoływać „ochy” i „achy”, to coś, czemu immanentnie towarzyszy wyjątkowość, niepowtarzalność, szczególność. Tutaj do głosu dochodzi stary rytualny odruch i wciąż mocno trzymający się paradygmat romantyczno-modernistyczny, którego nie zmiotła fala postmoderny z jej odrzucaniem sensu, znaczenia na rzecz gry i bezsadności. Wciąż mniej lub bardziej wierzymy, że sztuka jest nośnikiem sensu, że sztuka musi mieć znaczenie, powinność i cel głębszy niż estetyczna, formalna otoczka. Tę intensywność i głębię oddaje nawet język. Pierwsza z brzegu pani lub jakikolwiek pan, którzy czytają do poduchy pierwszą z brzegu książkę, nieważne – romans czy awangardową narrację, mogą śmiało powiedzieć, że oto obcują z literaturą. A już w samych słowie „obcować” tkwi bardzo intymna i ważna czynność. Z byle kim i byle czym nie obcuje się. Nie obcuje się z komórką, ani z płytą disco czy coca colą. Czytelnik ma świadomość, że lektura jest czymś wyjątkowym, wywyższającym. Co więcej, wzorem znanego powiedzenia, może stwierdzić, że przeczytać całą książkę, to tak, jakby jej połowę przynajmniej samemu napisać. I nagle to, o czym na początku pisałem na dowód upadku kultury – spadek czytelnictwa, z tej perspektywy staje się niezwykle ważnym gestem: czytanie to gest niepospolity, elitarny, wyłącznie dla wybrańców.

Jeszcze jeden przykład, że tak to ujmę: odwieczny, branżowy, na mocno zapalnej linii: pisarz – krytyk. To że pisarze, wcześniej czy później, wchodzą z krytykami na wojenną ścieżkę, wiadomo od dawna. I właśnie ta wojenna ścieżka świadczy o tym, że walka toczy się nie o byle co. W listopadowej „Lampie” ukazał się przewrotny tekst Dariusza Nowackiego pt. „Oblany egzamin i duch Janusza Leona – wokół kuriozalnego wywiadu Wojciecha Kuczoka”. Autor bierze pod lupę narzekania twórcy „Gnoju” skierowane pod adresem krytyki literackiej i sygnalizuje w nich dość ciekawe wnioski: jednak krytyka literacka musi coś znaczyć i ma kilka armatek (jeśli nie armat), skoro wywołuje tak wielkie emocje autorów. Głos krytyka, zarówno ten niszowy, jak i z wysokiego nakładu jest słyszalny, jest brany pod uwagę, mimo iż śmierć tej nacji literackiej ogłaszano wielokrotnie. Koresponduje to z postawą innego prozaika – Zbigniewa Masternaka, który dwa miesiące temu, w internetowych „Niedoczytaniach”, utyskiwał na umysłową impotencję i słabe wyrobienie, a raczej zupełnie niewyrobienie ludzi interpretujących książki. Krytyka nie pozostaje dłużna i przeprowadza kontrnatarcie, choćby piórem Justyny Sobolewskiej, która nie widzi w prozie polskiej nic godnego uwagi. (Na marginesie: czy tezy zawarte w „Doktrynie szoku” Naomi Klein dotyczą również literatury?). To chyba wystarczające dowody, że po obu stronach jest o co kruszyć kopie i wydeptywać wojenne ścieżki.

Powtórzę: chcę wierzyć, że nie jest aż tak źle. Inaczej to wszystko jawi się ledwie jako ledwie fantom, któremu nadaliśmy zbyt realne kształty, jako kraina pozoru i śmiertelnie poważne puszczanie oka do samych siebie.