Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Tyberiusz Piankowski,

L.U.C.

A A A
„Planet L.U.C”. Mystic 2008.
Mizeria polskiej sceny muzycznej sprawia, że łaknienie płytowych nowości, dochodzi do niebagatelnych rozmiarów. Nie dość, że owych nowości nie pojawia się zbyt wiele, to na domiar złego są one bardzo różnej jakości, ze wskazaniem na miernotę. Dlatego też niezmiernie cieszy każdy przejaw aktywności w nurtach innych niż jazz czy metal, w których radzimy sobie wyjątkowo dobrze. Biorąc pod uwagę powyższe, z niecierpliwością wypatrywałem nowego albumu rapera i producenta Łukasza Rostkowskiego, szerszej znanego publiczności jako L.U.C. Dawniej związany z formacją Kanał Audytywny, której był założycielem i z którą w 2003 roku wyprodukował swoje pierwsze oficjalne wydawnictwo, noszące tajemniczy tytuł „Spasoasekuracja”.

Początkowo fama o projekcie krążyła jedynie w środowiskach hip hopowych, ale wraz z upływem lat i rosnącą ilością płyt na koncie krąg odbiorców znacząco się rozszerzył. Twórczość L.U.C.-a okazała się na tyle wartościowa, że przy pierwszym solowym albumie (wydanym w roku 2006) wśród osób zaangażowanych w projekt znaleźli się muzycy tej miary co Możdżer czy Smolik. „Haelucenogenoklektyzm, czyli Przypowieść o Zagubieniu w Czasoprzestrzeni” okazała się płytą niezwykle udaną, dzięki czemu L.U.C. na stałe zajął miejsce na salonach rodzimej alternatywy. W jakiej formie jest w roku 2008? Można się przekonać, obcując z multimedialnym wydawnictwem „Planet L.U.C.”, które jesienią pojawiło się na sklepowych półkach.

Zamieszczona na płycie muzyka jest wypadkową trip-hopu, rapu, nu jazzu i elektroniki, co jak na polskie warunki stanowi mieszankę dość egzotyczną. Choć dźwięki tego rodzaju od lat serwuje brytyjska, legendarna już wytwórnia – Ninja Tune. W tym zestawieniu L.U.C bynajmniej nie wypada gorzej, ani pod względem kompozycyjnym, ani produkcyjnym, ani tym bardziej artystycznym. Wszystko co oferuje się słuchaczom na omawianym krążku jest na wysokim, światowym poziomie, przy czym w żadnym razie nie jest to kalka zagranicznych trendów. Jest lucowo, zarówno w sferze muzycznej, jak i tekstowej. Neologizmy i abstrakcyjne konstrukcje myślowe sprawiają, że rap na tej płycie nabiera nowej – w stosunku do rodzimych konkurentów – jakości, a brak osadzenia w prozaicznej rzeczywistości dodatkowo podnosi jego wartość. Jedyne co rozczarowuje, to brak jakościowego skoku w stosunku do debiutu, co rzecz jasna nie zakłóca przyjemności płynącej z obcowania z nowszymi utworami.

Z pewnością jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nawet mimo tego, że nie udało się przeskoczyć poprzeczki ustawionej bardzo wysoko przez pierwsze solowe wydawnictwo, dźwięki, jakimi raczy słuchaczy L.U.C., pozwalają z nadzieją patrzeć w przyszłość.