Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (120) / 2008

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
143.
– Co u ciebie?
– Marzę o żurze.
[fragment rozmowy telefonicznej z kolegą od lat mieszkającym w Australii]

144.
Na spotkanie w klubie literackim przy areszcie śledczym w Katowicach przyszło trzydziestu pięciu więźniów. Wśród nich były też trzy kobiety. Psycholożka, stażystka i wychowawczyni.
– Witam panów. Witam też trzy panie – powiedziałem.
– O, tutaj jest dużo więcej kobiet – mruknął jeden z osadzonych.

145.
– Popełniłabyś samobójstwo?
– Nie. Szkoda byłoby mi życia.
[pani Magda, księgowa]

146.
– Nie mam nic przeciwko Murzynom. Może być, pod warunkiem, że jest biały i Ślązak.
[dziadek Michała, albo kolega dziadka, nie pamiętam]

147.
– Aha, to ja w tym czasie mam być poza kadrem – stwierdził menel.
– Tak – potwierdził Adam.
[Starszy mężczyzna z fajką, w dżinsach i brudno-niebieskiej, ortalionowej kurtce został zatrudniony przez Adama do epizodycznej roli w filmie opartym na prozie Becketta. Miał zagrać siebie. I zagrał. Zrobił to dobrze. Użyłem niewłaściwego słowa – „menel”. Krzywdzącego. Powinienem nazwać mężczyznę zbieraczem. Skrzętnym zbieraczem złomu, papieru, kartonów, aluminiowych puszek po piwie, butelek zwrotnych i tak dalej, i tak dalej – wszystkiego, co można sprzedać w odpowiednich punktach].
– Skąd on znał zwrot „poza kadrem”? Nigdy nic takiego do niego nie powiedziałem – zdziwił się Adam na stronie.

148.
Od pewnego czasu mam kotkę. Nazwałem ją – Mała. Nie reagowała. Kiedy wskakiwała na mnie, zaczepiała, miauczała etc. – mówiłem [pytałem?]: „co mała”. Teraz, po niespełna dwóch miesiącach, biało-czarna kotka nazywa się Comała. Reaguje.

149.
– Co słychać?
– Remont.
– Kopalni?
– Nie wiem. Nie byłem w pracy dwa tygodnie. Domu. Mieszkania.

150.
– Ja od rodziców nic nie dostałem. No, tylko mnie wychowali.

151.
– Przy tej muzyce chciałbym być ekshumowany.
[Ryba słuchający Joy Division, urodziny Marcina Be, 6.XII.2008]

152.
– Jaki będzie tytuł twojej następnej książki?
– „Przełożony termin zlotu”.
[Ryba, jak wyżej]

153.
– Zrobię zlot fanów Joy Division w Dziurze. Wedle mojego rozeznania przyjedzie, powiedzmy, osiemdziesięciu osób. Na jednej ze ścian będzie olbrzymie zdjęcie wiszącego Iana Curtisa. Na pozostałych – osiemdziesiąt haków, a w barze wypożyczalnia sznurów. Cały czas bardzo głośna muzyka. Po kilku godzinach wszyscy uczestnicy zlotu powieszą się. Takie masowe samobójstwo. Tylko ja zostanę. Żeby to opisać. Tytuł – „Dziura wisielców”.
[Ryba, jak wyżej]

154.
Nie było prosto, nie było w lewo, nie było w prawo, nie było w tył.
Panie i Panowie, Temperówki i Ołówki.
Motyw motyla pod mostem, szerszeń na żeń-szeniu.
[zapiski z telefonu Antona]

155.
Pewnego dnia pojawił się Maciek. Kolega Ryby z Rybnika. Przywitali się i poszli do pokoju Braci. Po godzinie usłyszałem delikatne pukanie w szybę drzwi prowadzących do mojego pokoju. Nowy znajomy.
– Ryba mi powiedział. Czy to prawda, że pan jest tym Maciejem Malickim? – zapytał w progu.
– Nie wiem, o którego panu chodzi. Ale tak, nazywam się Maciek Malicki. To prawda.
– Miałem pana w ręku.
Dopiero po pewnym czasie zorientowałem się, że miał na myśli którąś z moich książek.

156.
– Idziemy na piwo?
– Przed chwilą piliśmy.
– No co ty! Liczysz małe jak piwo?
– Masz rację. Idziemy.

157.
I.

– Jechałem rano do pracy. Piąta. Stałem na peronie i paliłem papierosa. Obserwowałem dziwnie zachowującego się mężczyznę. Podszedł do latarni, wyciągnął z kieszeni płaszcza gruby sznur, stanął na palcach i zaczął przywiązywać go do przyspawanego do stalowego słupa haka. Podsunął metalowy kosz na śmieci. „Będzie się wieszał” – pomyślałem. Podbiegłem. „Człowieku daj spokój” – krzyknąłem. „Muszę. Odejdź. Nie przeszkadzaj” – mruknął. „Dobra. Jak chcesz. Wieszaj się. I tak cię odetnę” – pokazałem mu duży, ostry nóż, który mam zawsze przy sobie. Założył pętlę na szyję, stanął na koszu, odtrącił go stopami i zwisł. W ułamku sekundy podskoczyłem do niego i przeciąłem sznur.
– I co?
– Nic. Uciekł.

II.
– Żona znajomego natknęła się w lesie na wisielca. Wiesz, co zrobiła?
– Nie wiem.
– Podskoczyła do niego, chwyciła za nogi i podniosła.
– I co?
– Nic. Nie żył.

158.
– Zaczęło się od bójki na rynku – ciągnął chłopak. – Na kogoś czekaliśmy. Nie pamiętam. I szło dwóch. Zaczepili nas. Zaczęliśmy się bić. Jeden mi dokopał. Byłem pijany i przesadziłem z prochami. Ale dobrze się skończyło. Dowalił i przeprosił: „stary, wybacz, mam ADHD”. Rozstaliśmy się w zgodzie.