Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (121) / 2009

Monika Glosowitz,

GRA W MIASTA-WYSPY

A A A
„Ludzie, miasta” to antologia opowiadań autorstwa uczestników programu stypendialnego Homines Urbani, pochodzących – jak sam tytuł wskazuje – z Niemiec, Polski, Ukrainy i Białorusi, wspólnie rezydujących w Willi Decjusza w Krakowie. Ideą scalającą zbiór można uczynić wyzwanie reinterpretacji europejskiej mitologii, uczynienia z ruchomości pejzaży status quo doświadczenia nowego europejskiego flâneura.

Problemy pojawiają się już na samym początku. Andrej Chadanowicz czyni zastrzeżenie: „[...] kontakty z genius loci to sprawa bardzo osobista i dane miasto przed każdym odsłania się w inny sposób” (s. 13). Co gorsza, to dopiero preludium do mającego się rozpętać wiru miejskich narracji. Na starcie próba ustawienia perspektywy ujednolicającej skazana jest więc na niepowodzenie. Wydaje się, że czytelnik „Ludzi, miast. Literatury Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy – śladów »nieistniejącego języka«” staje wobec popkulturowego paradygmatu „todo para todos”, tropiąc „miasta miraże, miasta pocztówkowe, miasta na pokaz”, jednocześnie wypatrując wyraźnych konturów tej multikulturowej układanki.

Miasta opisywane przez młodych autorów jawią się jako wyspy zawieszone w próżni. Już Igor Stokfiszewski zwrócił uwagę na brak „zapisu szlaków samochodowych i pociągowych, jakie towarzyszyły wyprawom” pisarzy. Odnajdujemy natomiast przestrzenie ograniczone z zewnątrz, niewidzialnie obrysowane (te „wnętrza miast”, które za Benjaminem przywołuje Ostap Sływynski w „Formach abstrakcji”), niektóre nawet poddane intymnej infiltracji, zawężone do powierzchni domowej, na której momentami bezpieczeństwo przeobrażone zostaje w klaustrofobiczną niechęć. Izolacjonizm miasta określanego metaforycznie wyspą nie zależy już ani od warunków geopolitycznych, ani nie należy całkowicie do sfery techniki (jak za czasów Thomasa More’a, podkreślającego te dwa czynniki kształtujące doskonałość miejskiego projektu, patrz: T. Sławek: „Akro/nekro/polis”). Taka izolacjonistyczna perspektywa bierze się raczej z potrzeby przeorientowania dotychczasowego „topograficznego punktu widzenia”. „Nasza świadomość potrzebuje biegunów i punktów orientacyjnych. Prawda–kłamstwo, raj–piekło, dobro–zło – bez takiego »zestawu podróżnego« nie da się zbudować własnej etyki, a tym samym uporządkować własnego życia” (Maryna Sokolian: „Homines Vagabundi”, s. 269). Z racji utożsamienia wskazówek geograficznych z etycznymi od razu tworzy się łańcuch: Wschód–Zachód, „nowa”–„stara” Europa, Ameryka –„stara łajdaczka Europa” (Reymont: „Ziemia obiecana”), a z członami opozycji wiadomo, jakie wiążą się wartości.

Wspólna autorom opowiadań zamieszczonych w antologii jest strategia „wytnij-wklej” – pozbawienia kontekstu, kartograficznego ufortyfikowania, historycznego umocowania: „Miastu jest najlepiej, kiedy zostawia się je w spokoju. [...] Tu, w mieście, potrzebny jest tłumacz, nie interpretator. Przekładem będzie coś dla nas z początku niezrozumiałego, coś, co rozpada się na fragmenty, przeskakuje z tematu na temat, co nie ma podziału na rozdziały i akapity, jest niedokończone, nieskończone” (Sokolian, s. 268). Bo bogactwa narracji nie da się sprowadzić do wspólnego mianownika – formuła antologii realizuje się w reportażowo-eseistyczno-poetycko-fikcjonalnej hybrydzie. W przejętym przez Sieniewicza Różewiczowskim „zawsze fragmencie”. Podróżnicza impresja sąsiaduje tu z blogerskim postem, szkicem do powieści czy opowiadaniem bliskim formie political fiction. Miejskie historie są jednak opowieściami prywatnymi, niemal wsobnymi, co więcej – impresyjnymi, fragmentarycznymi, rozedrganymi, jakby ciągle w wersji szkicu do większej całości.

Z niewidzialnością granic, „krystalizacją przestrzeni” wiąże się, oczywiście, kwestia „widmowego obywatelstwa” – problem integracji europejskiej, a nawet i ogólnoświatowej (wystarczy wspomnieć pomysły budowania Nowej Pentarchii, Pax Consortis czy Pax Nipponica), która prowadzi do powolnego zanikania centrum. Zmienia się wobec tego formuła opowieści. Oprócz zwiastowanego końca wielkich narracji i zindywidualizowania ich języka ustawione zostaje przede wszystkim nowe tło, miejski background – tak odmienny czy tak bliski narracjom minionych wieków? Łódź opisywana w „Ziemi obiecanej” w kontekście wielkiej przemiany społecznej – zmiany porządku feudalnego na kapitalistyczny – okazuje się przestrzenią zniewolenia jednostki przez system. Po mniej więcej stu latach Dahrendorf dopatruje się zgubnych skutków ogłoszenia panowania tego „nowego” systemu. „Ludzie, miasta” nie uciekną więc od rejestrowania kolejnych przemian – chociażby kultu konsumpcjonizmu: „Paryż jest chyba najbardziej zeskanowanym na kubki, koszulki, tytuły książek i filmów, historie, marzenia etc. miastem świata. Prawdopodobnie jedynym, które mogłoby z nim konkurować, jest Nowy Jork, ale on trochę później przystąpił do konkursu” (Agnieszka Drotkiewicz: „Paris, je vous embrasse”, s. 53). Projektowane społeczeństwo otwarte jest jednak propozycją, która oddaje ducha ekonomii wymiany (a może daru?) doświadczeń, inicjowanej i kontynuowanej podczas pisarskich podróży.

W podjęciu wyzwania, porzucenia skostniałej mitologii nie chodzi bynajmniej o szaleństwo ignorancji, raczej o uczynienie z przestrzeni Historii przestrzeni pamięci, „bo historia nie jest zamknięta w pomnikach, gablotach ani w muzeach na wolnym powietrzu. Biega dokoła nieujarzmiona i łapie każdego, kogo zechce” (Juli Zeh: „Theo, jedziemy do Łodzi”, s. 342). Także o eliminację partykularno-narodowych krzywdzących mitologii, „stylistyki odrzutu społecznego w pl, gdzie wylansowane przez tę znaną epokę średniowieczne wartości takie jak cierpienie, łaknienie kary i gorzki żal rzutują na wszystko, począwszy od architektury, przez budowę zdania, a skończywszy na żebractwie miejskim, a żebrak to półmartwa natura z fioletową nogą bez stopy wystawioną z zaropiałych szmat jak relikwia do całowania, a teraz zapłać, że wszystko można o tobie powiedzieć, ale nie, że jesteś mną!” (Dorota Masłowska: „Nyc”, s. 159), ironiczne przetworzenie stereotypów obrazujących poszczególne nacje i znalezienie własnego wyjścia z topornej mitycznej scenerii odwiedzanych miast.

Wbrew pozorom „Ludzie, miasta” nie stają się łańcuszkiem wizji nowych utopii. Berlin, który miałby być „kwintesencją wszystkich miast Europy”, miastem „już nawet nie europejskim – światowym, kosmopolitycznym, gdzie przyspieszony ruch industrialu i lekkiej wolnej nowoczesności, stawia Historię i przeszłość w nawias” (Mariusz Sieniewicz: „Europa anegdotycznych wysp”, s. 257–258), poddany jest w gruncie rzeczy ironicznemu zawieszeniu dzięki przyozdobieniu anegdotą mityczną o ponętnych syrenach, być może z Frobenstrasse na Schönebergu, gdzie rzeczywiście syrenie buty na wysokim obcasie zdobią parki, co można obserwować podczas porannych spacerów. Owszem, Historia dzięki wielokulturowemu kalejdoskopowi została w Berlinie zamrożona, unieszkodliwiona, a nawet konsumpcyjnie zawłaszczona i wyzyskana. Jednak lévinasowskie fundamenty są chyba mocno przesadzone – Polak oprowadzający po Kreuzbergu nie oprze się pokusie opowiedzenia turyście dowcipu o tym, że dzień bez potrącenia Turka jest dniem straconym. Zresztą Sieniewicz ostatecznie odkrywa ostrze swojej ironii: „Chciałbym, żeby Berlin był kwintesencją wszystkich miast Europy. Wiem jednak, że nie jest i nie będzie. To atol syren, położonych w środku europejskiego oceanu, w którym pływają zarówno płotki, jak i grube ryby sprzecznych, skrajnych ideologii” (s. 260).

Metafora „europejskiego oceanu” świetnie komponuje się z obrazem miasta-wyspy. Konfigurację miast-wysp połączonych za pomocą „widmowych mostów”, przedzieloną „widmowymi granicami” Stokfiszewski za Nawratkiem nazywa „polem wpięcia”. Miasto staje się obszarem prywatnej enumeracji wplecionej w ogólnomiejski kod. „Ludzie, miasta” nie mieszczą się w znanych literackich porządkach negacji/afirmacji technokratycyzmu czy przednowoczesnej Arkadii. Miasto przestaje być przestrzenią opresji, purytańskich szeregujących porządków, których punktem odniesienia są poszczególne tradycje. Transformacja miasta mieści się w pojemnej kontaminacji glokalności, globalizacyjne zapędy nie rugują jednak genius loci każdego z wprzęgniętych w ten implozyjny proces miejsc. Efektem jest budowanie pamięci „z zewnątrz” „kontynentu odkrywanych wysp” scalonych tylko „od biedy w jeden zmetaforyzowany kontynent” (Sieniewicz, s. 263). Zatem nie pamięci uniwersalnej, brutalnie ujednolicającej, ale polifonii miejskich głosów, wdzierającej się w szczeliny wypełnione „naprędce przygotowanym ideologicznym materiałem uszczelniającym” (Sływynski, s. 266).
„Ludzie, miasta. Literatura Białorusi, Niemiec, Polski i Ukrainy – ślady »nieistniejącego języka«”. Red. P. Marecki, R. Serednicka, I. Stokfiszewski. Wydawnictwo Ha!art. Kraków 2008.