Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (121) / 2009

Sławomir Iwasiów,

MIASTO, KTÓREGO NIE BYŁO

A A A
Zbiory reportaży często noszą znamiona pisarskiego recyklingu – wcześniej publikowane teksty zostają wybrane, powtórnie zredagowane i wydane w postaci książki. Na ile takie transpozycje wymuszają ingerencję w materię reportażu (strukturę językową, kompozycję, obszerność)? Jak wpływają na warunki jego interpretacji? Czy poszerzają możliwości odczytania tropów opisywanych miejsc, postaci, faktów? W przypadku „Nowohuckiej telenoweli” autorstwa Renaty Radłowskiej stała się rzecz dziwna. Te teksty od początku były pomyślane jako cykl pisany z wrażliwością literacką – publikowano je na łamach miesięcznika społeczno-kulturalnego „Lodołamacz” w latach 2004-2008. Autorka wykorzystała tu kompetencje reporterskie (jest dziennikarką „Gazety Wyborczej”), ale też poszła o krok dalej, układając katalog nowohuckich narracji. Krótko mówiąc, ta książka miała być częścią artystycznego projektu rewitalizacji wizerunku Nowej Huty. Problem polega jednak na tym, że Radłowska ocala tutaj opowieści o mieście nieistniejącym.

Kiedy pod koniec lat czterdziestych hutniczy ośrodek zaczął powoli rosnąć, najpierw zagarniał okoliczne ziemie. Huta „wysiedlała” domy i „pochłaniała” całe wsie, bezwarunkowo włączając je w swój obręb. Radłowska antropomorfizuje miasto, które staje się metaforą ustroju komunistycznego: Huta „myśli”, działa według ściśle określonego planu (dodajmy, że sześcioletniego), a przede wszystkim „wybiera” sobie mieszkańców.

Autorka przedstawia sylwetki nowohucian według ustalonego schematu kompozycyjnego: pokazuje ich przez pryzmat wydarzeń, osób i miejsc. Jest więc „Franciszek od domu dla Zosi”, „Albert od zdobywania Irlandii” albo „Janusz od jesiennych romansów”. Te tytuły sugerują podległość bohaterów wobec losu (są zawsze „od”, a nie „dla”). Większość z nich wychowywała się w czasie wojny, dobrze pamiętają czasy stalinowskie i obietnice komunistycznej władzy o wspólnym dobrobycie. Wspominają budowanie miasta: Nowa Huta z przeszłości istnieje tylko w ich opowieściach, jest obecna w niespełnionych marzeniach; ta współczesna to po prostu dzielnica – najbardziej pogardzana i zepchnięta na margines Krakowa. „Prawdziwe” miasto nigdy nie powstało, ponieważ upadł socjalistyczny mit o życiu w przemysłowej arkadii.

Najwięcej miejsca poświęciła autorka pionierom Nowej Huty. Jedni trafili tu z okolicznych wiosek, inni przyjechali z dalszych zakątków Polski. Franek jest zauroczony socjalistycznym projektem budowania ośrodka przemysłowego („Franciszek od domu dla Zosi”). W pocie czoła stawia dom, myśląc, że zamieszka w nim razem ze swoją żoną, Zosią, która przynosi mu obiady na budowę. Jest zawiedziony, kiedy dostaje przydział na zupełnie inne mieszkanie. Pomimo żalu rozumie, że Nowa Huta wybrała jego, a nie on Nową Hutę. Miasto decyduje także za Elżbietę, która musi opuścić rodzinną wieś, gdzie wkrótce stanie osiedle bloków („Elżbieta od przenoszonego domu”). Elżbieta prosi robotników z ekipy burzącej chałupy, żeby nie niszczyli ścian i dachu; przenoszą je w całości do innej wsi. Dom, ale też miasto, jako miejsce zamieszkania, jest dla niej symbolem i istnieje niezależnie od położenia na mapie. Maria robi cegły w fabryce („Maria od cegieł”). Wyrabia trzysta procent normy, ale nigdy nie zostaje nagrodzona za swoją pracę. Zdzisia pracuje przy wykopaliskach archeologicznych; bada ziemię, na której stanie Nowa Huta („Zdzisława od ujrzenia potwora”). Grzebie w przeszłości po to, aby ocalić jej okruchy, które wkrótce przykryje równa warstwa asfaltu i betonu. Bohdan, architekt Nowej Huty, nie ma wątpliwości – miasto jest „nowym, które zastępuje stare” i tak powinno być („Bohdan od mezaliansu”).

Są tu też postaci funkcjonujące na zasadzie miejskiego folkloru: oryginalne, czasami zabawne, łączące nowohucką przeszłość z teraźniejszością. Janusz pisze opowiadania utrzymane w konwencji tanich historii erotycznych („Janusz od jesiennych romansów”). W swoich zainteresowaniach jest bardzo genderowy; zajmuje się w końcu czymś zupełnie niemęskim (znajomi się z niego śmieją). Pisarstwo Janusza jest dowodem na to, że talent nie zna pojęcia płci. Z kolei Talia doskonale zna się na mężczyznach („Talia od przepowiadania przyszłości”). Wróżka niezupełnie przepowiada przyszłość, ale raczej wyciąga wnioski z przeszłości. Skąd tak dużo wie? To proste – miała wielu facetów (zupełnie jak w telenoweli). Z kolei Zbyszek mieszka w Nowej Hucie od zawsze, ale nigdy nie był w Krakowie („Zbyszek od niejeżdżenia”). Huta mu wystarcza. Kiedy po trzydziestu latach decyduje się na wycieczkę do Krakowa, jest rozczarowany zderzeniem z przedmiotem swoich wyobrażeń.

Na przeciwległym biegunie umieściła Radłowska narracje osadzone w teraźniejszości. Najlepszym przykładem jest opowieść o starszym mężczyźnie, który jedzie do Irlandii odwiedzić wnuka i tam przeżywa kulturowe olśnienie („Albert od zdobywania Irlandii”). Rewelacja: pan Albert w końcu rozumie, że świat poza Nową Hutą także może być interesujący, o ile spotka się właściwych ludzi. Stwierdza: „Nowa Huta w Europie leży”. Takich momentów jest zdecydowanie za mało; brak w tej książce równowagi pomiędzy reminiscencjami a komentarzami do teraźniejszości. Radłowska nie pokazuje współczesnego miasta, dlatego projekt rekonwalescencji nowohuckiej rzeczywistości wydaje się nie do końca wykorzystany.

Czytając tę książkę, miałem wrażenie, że na jej podstawie można by nakręcić serial telewizyjny opowiadany z perspektywy nostalgicznych wspomnień mieszkańców Nowej Huty. Wszystko układa się tu w zgrabną całość, która przywodzi na myśl stylistykę telenoweli, nieskończonej opowieści o zwyczajnych ludziach i ich zwyczajnych problemach. Z tych poszczególnych mikronarracji wyłania się obraz miasta, jakiego nigdy nie było. Śledząc losy mieszkańców, czytelnik zaledwie ślizga się po powierzchni nowohuckiej topografii z przeszłości – a szkoda, bo być może należałoby pokazać to, co w Nowej Hucie wciąż jest atrakcyjne i jeszcze nie uległo rozpadowi. Inna sprawa, że lektura może być ciekawym doświadczeniem, ponieważ jesteśmy świadkami narodzin aglomeracji miejskiej. Radłowska sięgnęła do fundamentów – również w sensie poznawczym – i to są cenne obserwacje. Trudno sobie wyobrazić, że moglibyśmy na przykład wysłuchać relacji pionierów Krakowa...
Renata Radłowska: „Nowohucka telenowela”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2008.